<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553</id><updated>2012-01-30T23:35:18.311-08:00</updated><title type='text'>Rainbow Tours</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>28</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-2204914080789892383</id><published>2010-09-01T01:16:00.000-07:00</published><updated>2010-09-20T01:43:56.468-07:00</updated><title type='text'>TAM JEST PRAWDZIWA TURCJA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P10GfveI/AAAAAAAAAxs/-6kmwRaJYFw/s1600/Turkey_map_modern.png"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 94px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5511860411141438946" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P10GfveI/AAAAAAAAAxs/-6kmwRaJYFw/s200/Turkey_map_modern.png" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejne wakacje i gdzieś trzeba wyruszyć – wybieramy Turcję, ale nie tą bardziej znaną, komercyjną, zachodnią lecz tą prawdziwie orientalną – wschodnią – fascynująco różnobarwną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;14.07.- Wyruszamy z lotniska w Łodzi o 8 rano i po zmianie czasu (1 godz. )jesteśmy przed godz. 12 na lotnisku w Antaly. Bardzo sprawnie zostajemy przewiezieni i ulokowani w hotelu „Ring” w centrum miasta. Temp 38 stopni.&lt;br /&gt;Spacerkiem, w 10 min. robiąc po drodze wymianę kaski, docieramy nad wysoki klif, aby pokłonić się morzu i zajrzeć do starego portu. Jutro zaczynamy objazd.&lt;br /&gt;15.07. - Po wczesnym śniadaniu spotykamy całą ekipę – jest nas 26 osób plus Pani pilot – Anna – studentka 5 roku turkologii, pilot turecki Ismet i kierowca. I na powitanie wiadomość że jedziemy w przeciwnym kierunku jak podaje program..... no to.... jedziemy, wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego docieramy do Alanii gdzie zwiedzamy wzgórze z XIII wieczną, okazałą, seldżucką twierdzą – to największa turystyczna atrakcja miasta.&lt;br /&gt;Krętymi i wznoszącymi się coraz wyżej drogami mkniemy w kierunku Anamur, gdzie wchodzimy na teren jednego z najlepiej zachowanych zamków na wybrzeżu śródziemnomor&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P6HQpB-I/AAAAAAAAAx0/AjT_IB--HCc/s1600/IMG_2215.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5511860485003741154" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P6HQpB-I/AAAAAAAAAx0/AjT_IB--HCc/s200/IMG_2215.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;skim - Mamure Kalesi, został zbudowany w XII wieku przez ormiańskich władców Cylicji, a do dzisiaj zachowały się jego wszystkie wieże, w liczbie - 36. Po objedzie ruszamy dalej, aby jeszcze dziś znaleźć się w niebie i w piekle – ciekawe- prawda?&lt;br /&gt;W okolicach miasta Silifke, gdzie mamy nocleg, podziwiamy dwie jaskinie – Niebo (Cennet) i Piekło (Cehennem). Do piekła zaglądamy z platformy widokowej....bo nie chcemy się smażyć w ogniu piekielnym, a do nieba schodzimy ( a powinno być –wchodzimy) po 452 stopniach. Na dnie jaskini znajdują się ruiny Kaplicy Marii Dziewicy pochodzące z V w.&lt;br /&gt;16.07. Dzisiejsze zwiedzanie rozpoczynamy od wizyty w mieście narodzenia św. Pawła – jedziemy do Tarsus. Spacerujemy uliczkami wzdłuż starych osmańskich domów i dochodzimy do studni św. Pawła – głównej atrakcji turystycznej, a dalej idziemy do kościoła św. Pawła. Tarsuslu Pavlos Kilisesi pochodzi z XII w. i oczekuje wpisu na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.&lt;br /&gt;Miejscowi plotkują, że to w Tars, Kleopatra uwiodła Marka Antoniusza – pewnie coś w tym jest.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P-JCzZUI/AAAAAAAAAx8/rt0Zv_mJo2s/s1600/IMG_2258.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5511860554202047810" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P-JCzZUI/AAAAAAAAAx8/rt0Zv_mJo2s/s200/IMG_2258.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejny przystanek to Antakya – w czasach chrystusowych – Antiochia. W pierwszym wieku naszej ery, mieszkała tu duża wspólnota żydowska, która pod wpływem św. Pawła stała się w jedną z pierwszych znanych wspólnot chrześcijańskich. Według Józefa Flawiusza Antiochia stała się trzecim co do wielkości miastem imperium rzymskiego. Strabon pisał, że była niewiele mniejsza od Aleksandrii.&lt;br /&gt;Swoje pierwsze kroki kierujemy do położonego na zboczach góry Staurin, wykutego w skale kościoła św. Piotra, który podobno mieszkał w tym mieście w latach 47-54.&lt;br /&gt;Dalej podjeżdżamy do centrum i udajemy się do Muzeum Archeologicznego, aby podziwiać wspaniałą kolekcję mozaiki z czasów rzymskich i bizantyjskich.&lt;br /&gt;Nocujemy w Antakii, a po kolacji witamy w progach naszego hotelu młodą parę i gości weselnych.&lt;br /&gt;17.07. Rano wyruszamy do Adiyaman, w hotelu „Bozdygan” spożywamy wczesną (około 14) objadokolację i po przesiadce w 10-cio osobowe busy wyruszamy przez miasto Kahta, na zdobywanie góry Nemrut. Docieramy na to magiczne miejsce przed zachodem słońca, a po drodze odwiedzamy kilka ciekawych miejsc - sanktuarium grobowe dla kobiet z królewskie&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcdUWxAfNI/AAAAAAAAAyc/JiT26IuQL4Y/s1600/IMG_2384.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 145px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518912103911554258" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcdUWxAfNI/AAAAAAAAAyc/JiT26IuQL4Y/s200/IMG_2384.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;go rodu, znane, jako Karakush, zbudowane przez Mitrydatesa króla Kommageny, dalej pozostałości Arsemii – letniej stolicy Królestwa Kommageny, zbudowanej przez syna Mitrydatesa, króla Antiocha I, oraz most Cendere z czasów panowania Septymiusza Severa – jeden z najstarszych do dziś używanych mostów na świecie.&lt;br /&gt;I wreszcie, po 20 minutowym podejściu - Góra Nemrut – wspaniałe, magiczne miejsce, pomnik samouwielbienia króla Antiocha I zbudowany około 62r. p.n.e. Kompleks składa się z kurhanu o wysokości 50 metrów, usypanego z drobnych odłamków skalnych oraz tarasów, które przylegają od wschodu i zachodu. Każdy taras ozdobiony jest grupą pięciu monumentalnych (8 m wysokości) rzeźb.&lt;br /&gt;18.07. Dziś kolejne atrakcje, rozpoczynamy od wizyty na tamie &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcddpFWxRI/AAAAAAAAAyk/xm8ZNoZeHJ0/s1600/IMG_2386.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518912263447561490" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcddpFWxRI/AAAAAAAAAyk/xm8ZNoZeHJ0/s200/IMG_2386.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Ataturka na Eufracie – czwartej co do wielkości tamie świata, głównej budowli systemu GAP - 22 tam na rzekach Tygrys i Eufrat. Projekt GAP ma doprowadzić do dziesięciokrotnego zwiększenia tureckich areałów nawadnianych przez dwie wielkie rzeki.&lt;br /&gt;Teraz czas na Miasto Proroków – Sanli Urfa to jednak niezwykłe miejsce. Może naprawdę żyli tu Abraham i Hiob? Pamięć Abrahama czczona jest przez muzułmanów w miejscowym meczecie. Żelazne punkty zwiedzania to park Golbasi w którym znajdują się stawy ze świętymi karpiami i ogród różany oraz XIII-wieczny meczet Halilur Rahman Camii, następnie zespół meczetów i park w otoczeniu Jaskini Abrahama, a nad tym wszystkim górują pozostałości twierdzy z czasów rzymskich. Temperatura 42 stopnie, aparat intensywnie pstryka, a my przyglądamy się zabytkom ale i jakże odmiennie ubranym kobietom i mężczyznom. Wizytę w mieście kończymy na pobliskim bazarze..... i to jest prawdziwy bazar. Mnóstwo krętych uliczek, chwilowo błądzimy i nagle skręcamy w starą, okutą ćwiekami bramę i ukazuje nam się spory dziedziniec z kilkoma drzewami i z płóciennymi zadaszeniami – to XV wieczny karawanseraj, zajazd dla wędrownych karawan, budowano je wzdłuż głównych szlaków handlowych. Przy wielu malutkich stolikach siedzą mężczyźni ubrani w szarawary i w chustach arafatkach lub turbanach na głowach, pijąc niespiesznie czay, palą i grają w kurdyjskie warcaby – pewnie wejdzie tu zaraz jakiś Sindbad Żeglarz lub inny &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcdmhCrXSI/AAAAAAAAAys/eXq3_bFe8nw/s1600/IMG_2495.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518912415907667234" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcdmhCrXSI/AAAAAAAAAys/eXq3_bFe8nw/s200/IMG_2495.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Ali Baba – dla nas to jakaś bajka.&lt;br /&gt;Po intensywnym dniu jedziemy pod Midyat na nocleg.&lt;br /&gt;19.07. W północnej Mezopotamii, czyli w południowo-wschodniej Turcji, leży Hasankeyf, to skalne miasto zbudowane na stromych brzegach Tygrysu. Tutaj tak jak w Kapadocji znajdziemy wykute w skałach domostwa i kościoły. Nad brzegiem rzeki górują resztki cytadeli a w rzece stoją filary dawnego mostu zbudowanego tu w VII wieku n.e. Nie udaje się wejść na cytadelę – kilka dni wcześniej oderwała się skała wielkości autokaru i ktoś zginął – trafiliśmy na zamknięty obiekt. Posnuliśmy się po uliczkach, porobiliśmy piękne zdjęcia i w drogę.&lt;br /&gt;Bardzo podobny most widziałem w Mostarze, a ten przed nami, pochodzący z 1147r nazywa się Malabadi i przebiega nad rzeką Batman – dopływem rzeki Tygrys. To dziś kolejny nasz przystanek na zwiedzanie. Żołnierzy z pobliskiego posterunku ( a mijamy ich około 10 ciu) namawiamy na grupową fotkę i ruszamy dalej – nad największe w Turcji, bezodpływowe, lekko słone - jezioro Van. Z portu wypływamy na malowniczą wyspę Akdamar, której największą atrakcją jest ormiański kościół Świętego Krzyża z 921r. z bardzo ciekawymi płaskorzeźbami na ścianach zewnętrznych. Po renowacji w latach 2005-06, zostanie 12 września 2010 roku przekazany wiernym.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcduaevC9I/AAAAAAAAAy0/gcV7_oDiDcc/s1600/IMG_2677.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518912551585254354" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcduaevC9I/AAAAAAAAAy0/gcV7_oDiDcc/s200/IMG_2677.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Nocujemy w mieście Van, nad brzegiem jeziora.&lt;br /&gt;20.07. Rano jedziemy nad wodospady Muradiye, których wody wpadają do jeziora Van, a następnie, będąc około 30 km od granicy z Iranem, wspinamy się do gwarnego i zatłoczonego miasta Dogubayazit, jadąc dawną drogą karawan do XVIII - wiecznego pałacu Isak Pasa Saryi. Zwiedzamy pałac. Z okien rozpościera sie niesamowita panorama na miasto, którą potęgują jeszcze kolory otaczających miasto wulkanicznych gór – jest pięknie i znów...... jak z baśni. Zjeżdżamy do miasta na obiad i po spacerku ulicami Dogubayazit, pozdrawiani przez mieszkańców, ruszamy w kierunku granicy z Armenią, zatrzymując się na zdjęcia schowanej niestety w chmurach góry Ararat.&lt;br /&gt;Kolejny, bardzo ciekawy punkt na naszej trasie to Ani, miasto leżące w prowincji Kars – w czasach swojej największej świetności Ani było stolicą średniowiecznej Armenii. Aszot III wybrał miasto w 961 r. na siedzibę stolicy. Ani rozkwitło jednak za panowania jego następców- Symbata II i Gagika I. Wymarłe dziś pustkowie, liczyło niegdyś 100 tys. mieszkańców, a na rozległym terenie znajdowało się około 1000 kościołów, kaplic i karawanserajów - sławą i potęgą Ani dorównywało Konstantynopolowi. Takie budowle jak - Kościół świętego Grzeg&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcd8JKJH_I/AAAAAAAAAy8/-hk1N6ZI0ho/s1600/IMG_2776.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518912787453648882" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcd8JKJH_I/AAAAAAAAAy8/-hk1N6ZI0ho/s200/IMG_2776.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;orza z 1215r, wzniesiony nad graniczną z Armenią rzeką Arpa Cayi, Katedra Zwycięstwa z 987-1010r, Kościół Odkupiciela z 1034-36r. czy Meczet Menüçer z 1072 roku, który był najprawdopodobniej pierwszym meczetem wzniesionym przez Turków Seldżuckich na tym terenie – uruchamiają tylko naszą wyobraźnię.&lt;br /&gt;Współcześni mieszkańcy tych terenów żyją w nędznych domostwach opalanych zimą zbieranym na pastwiskach i suszonym w słońcu bydlęcym łajnem.&lt;br /&gt;Jedziemy na nocleg w okolice miasta Sarikamis do ośrodka narciarskiego na wysokości około 2100m n.p.m.&lt;br /&gt;21.07. Dziś przeprawa przez Góry Kaczkar, wjeżdżamy na 2560m wysokości i kierujemy się w stronę Morza Czarnego. To najbardziej wilgotne tereny Turcji i właśnie docierając do kolejnego punktu naszej wyprawy, spadają na nas pierwsze krople deszczu.&lt;br /&gt;Klasztor Sumela, leżący na ścianie stromego klifu doliny Altındere na wysokości&lt;br /&gt;1200 m n.p.m. to główna atrakcja Parku Narodowego Altındere. Początki istnienia tego obiektu to 386 rok n.e., okres panowania cesarza Teodozjusza I.&lt;br /&gt;Samo podejście pod górę i historia tego miejsca zyskały na tajemniczości w panującej gęstej mgle i siąpiącym kapuśniaczku, choć warunki te znacznie popsuły widoczność i jakość zdjęć, to dodały temu miejscu jakiejś magii.&lt;br /&gt;15 sierpnia 2010, po 88 latach przerwy, władze Turcji wydały zgodę i Patriarcha ekumeniczny Konstantynopola Bartłomiej I odprawi w niedzielę mszę w tym prawosławnym monastyrze.&lt;br /&gt;Największy port we wschodniej części wybrzeża Morza Czarnego –Trabzon został założony w 746 roku p.n.e. przez osadników z Miletu jako Trapezus, a w latach 1204–1461 istnieje jako przebogate Cesarstwo Trapezuntu. I to jest następny przystanek naszej wycieczki a zarazem punkt noclegowy – hotel mamy w centrum, więc po kolacji wyruszamy pod pobliski meczet Iscander Pasa Camii i na wieczorną włóczęgę po handlowym deptaku miasta.&lt;br /&gt;22.07. Rano podjeżdżamy pod największą atrakcję turystyczną Trabzonu - Aya Sofya, czyli &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJceRA_fg6I/AAAAAAAAAzE/Gz5DDgxJh_w/s1600/IMG_2863.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 150px; FLOAT: left; HEIGHT: 200px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518913146038748066" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJceRA_fg6I/AAAAAAAAAzE/Gz5DDgxJh_w/s200/IMG_2863.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;dawny kościół Hagia Sophia, który pochodzi z XIII wieku, z czasów bizantyjskich. Po krótkich zakupach, dalej w drogę – kierunek Amasya – piękne miasto, starożytna Amaseja, od III w. p.n.e. stolica królów Pontu. Położona na zboczach gór z wijącą się środkiem rzeką Zieloną.&lt;br /&gt;Jako że nic tutaj nie zwiedzamy (dziwne) a docieramy około godz. 17, więc po szybkiej kąpieli wyruszamy samodzielnie na zwiedzanie. Najpierw wspinamy się na strome zbocze, gdzie zwiedzamy wykute w skałach (a wieczorem pięknie podświetlone) - groby królów Pontu z czasów hellenistycznych (III-I w. p.n.e.), a jeszcze wyżej - ruiny cytadeli bizantyjskiej, a jakie widoki – było warto. Z góry świetnie rozpoznajemy obiekty które chcemy odwiedzić po zejściu do miasta – no to ruszamy. Bardzo ciekawy meczet, Burmali Minare Camii- z minaretem spiralnie skręconym (1242), meczet Sultan Beyazit Camii (1486) i dalej Mehmet Paşa Cmii, także z 1486r. Spacerkiem wracamy na kolację przy świecach i muzyce, by po obfitym posiłku ponownie wyruszyć - tym razem w nocnej scenerii pięknie oświetlonego miasta, na gwarny deptak wzdłuż brzegu rzeki Zielonej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23.07. Po śniadaniu – w drogę, Yazilikaya to hetyckie sanktuarium, najważniejsza świątynia państwa Hetytów, założona przez króla Hattusilisa III panującego w latach 1275-1250 p.n.e. Naturalny skalny wąwóz, na ścianach którego wyrzeźbiono reliefy przedstawiające panteon wędrujących w procesji bóstw hurycko-hetyckich. Wyznawcy owych bóstw, zamieszkiwali odległe o 2 km, a powstałe około 1650r p.n.e. potężne państwo Hetytów z centrum w Hattusa (w 1986 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO). I tam właśnie zmierzamy.&lt;br /&gt;Rozległy teren miasta opasany był wielkim murem, a do miasta prowadziły trzy bramy. Zachodnia brama była ozdobiona reliefem lwów, wschodnia reliefem wojownika,&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcegvqieLI/AAAAAAAAAzM/xBTORruttn4/s1600/IMG_2908.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 144px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518913416265365682" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TJcegvqieLI/AAAAAAAAAzM/xBTORruttn4/s200/IMG_2908.JPG" /&gt;&lt;/a&gt; południowa reliefem sfinksa. Liczne zarysy kamiennych fundamentów każą pracować naszej wyobraźni, jak wielkie budowle się na nich wznosiły.&lt;br /&gt;Nasza podróż powoli zmierza do zamknięcia pętli – kierujemy się na południe - przystanek Kapadocja. Dziś odwiedzamy kilka dolin i punktów widokowych, a wcześnie rano – przed godz. piątą - pobudka i .......tubylcy mówią, że wschód słońca nad Kapadocją najlepiej kontemplować z gondoli balonu.(to niestety dodatkowo płatna atrakcja)&lt;br /&gt;24.07. Po lotach wracamy na śniadanie, by zgodnie z programem (sklep ze skórami, sklep z biżuterią) kontynuować zwiedzanie. Uczisar , formacje skalne – „trzy gracje” czy „wielbłąd”, wizyta w dolinie Soganli, ruiny starożytnego Sobessos, klasztory Keslik i spacer po miasteczku Mustafapasza to spora dawka na dziś, a dla chętnych wieczorem –Noc Turecka – jasne że tam będziemy.&lt;br /&gt;Jak to w Kapadocji, wydrążona pod ziemią wielka sala z gwiaździście ustawionymi stołami, a w centrum owej gwiazdy scena. Na wstępie mistyczny występ wirujących derwiszy, a później - piękne stroje tancerek i tancerzy, turecka muzyka (alkohole bez ograniczeń) i tańce z różnych regionów Turcji. Obiektywy kamer i aparatów w kierunku sceny i........jest wykonawczyni tańca brzucha, zgrabna, piękna (a może za dużo alkoholu). Artyści proszą wszystkich do wspólnej zabawy i tak do północy, a rano....&lt;br /&gt;25.07.....zaglądamy do podziemnej Kapadocji. Odwiedzamy Derinkuyu, podziemne miasto wydrążone w głąb ziemi na 11 „pięter” i mogące pomieścić około 10 tys. mieszkańców.&lt;br /&gt;Opuszczamy kosmiczne krajobrazy Kapadocji i udajemy się do jednego z głównych miejsc modlitwy muzułmanów – to Konya leżąca u podnóża gór Taurus. Najważniejszy punkt zwiedzania to tzw. Zielony Grobowiec -Mauzoleum Mevlany, poety, mistyka, założyciela zakonu wirujących derwiszy. Zlokalizowane jest koło meczetu zbudowanego za panowania Sułtana Selima II w XVI w.&lt;br /&gt;26.07. – 28.07. Czy to już koniec? I tak i nie, pozostał jeszcze trzydniowy wypoczynek w Alanyi i kolejną wakacyjną eskapadę uznajemy za bardzo udany i ciekawy urlop.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aleksandra i Ireneusz &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-2204914080789892383?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/2204914080789892383/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=2204914080789892383' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2204914080789892383'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2204914080789892383'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2010/09/tam-jest-prawdziwa-turcja.html' title='TAM JEST PRAWDZIWA TURCJA'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/TH4P10GfveI/AAAAAAAAAxs/-6kmwRaJYFw/s72-c/Turkey_map_modern.png' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-2911580190765927356</id><published>2010-03-02T00:31:00.000-08:00</published><updated>2010-03-08T01:19:27.045-08:00</updated><title type='text'>TURCJA PASJONATÓW</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Dzień 1&lt;/strong&gt; &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S4zNddFIFII/AAAAAAAAAxM/V2RJEmZwaDk/s1600-h/Turkey_map_modern23.PNG"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zbiórka przy stanowiskach odpraw Rainbow Tours na 2 godziny przed wylotem samolotu na poszczególnych lotniskach. Wylot do Turcji. Po przylocie transfer do hotelu w A&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S4zN08YcJ4I/AAAAAAAAAxU/qFkKLu9_n-A/s1600-h/Turkey_map_modern23.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 229px; FLOAT: right; HEIGHT: 133px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5443952359029614466" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S4zN08YcJ4I/AAAAAAAAAxU/qFkKLu9_n-A/s200/Turkey_map_modern23.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;ntalyi i spotkanie z pilotem. Czas wolny. Kolacja i nocleg. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 2&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Po wczesnym śniadaniu wyjazd w kierunku jednego z przyrodniczych cudów świata - Pamukkale, ze względu na kolor zwanego Bawełnianą Twierdzą- wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To niezwykła kaskada białych, wapiennych tarasów i naturalnych basenów, napełnionych wodą z gorących źródeł. Następnie spacer po ruinach Hierapolis - antycznego uzdrowiska, ( zwiedzamy - Wielkie Łaźnie, Ulica Fortiniusa - główna ulica miasta, Brama Domicjana, Nekropola, Teatr Rzymski). Przejazd do Afrodisias, ośrodka kultu Afrodyty, gdzie zobaczymy ruiny murów obronnych miasta, stadion, termy, teatr, odeon i agora Tyberiusza z portykiem kolumnowym. Przejazd na nocleg i kolację do Selcuk lub Kusadasi. (500 km).&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 3&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu przejazd do Meryemana, zwiedzimy Wzgórze Słowików z Domem św. Marii –matki Chrystusa, oraz bazylikę Św. Jana, wybudowaną nad grobem Apostoła. Następnie dojedziemy do Efezu i zwiedzimy ruiny jednego z najlepiej zachowanych miast antycznych na świecie: wspaniała Droga Arkadyjska, imponujący amfiteatr, fontanna Trajana oraz świątynia Artemidy - jeden z siedmiu cudów antycznego świata. Przejazd do Troi (UNESCO). Miasto odkrył w XIX wieku archeolog-amator Henryk Schliemann, kierując się opisem z Iliady Homera. Zobaczymy teren wykopalisk, gdzie archeolodzy doliczyli się dziewięciu warstw-miast i do dziś toczą spory o to, które z nich jest Troją „homerycką”. Dodatkową atrakcją będzie możliwość zobaczenia repliki słynnego konia trojańskiego (która „zagrała” w filmie „Troja”). Przejazd na kolację i nocleg w okolicy Canakkale. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 4&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu, przeprawa promowa przez cieśninę Dardanele i jazda w kierunku Stambułu (UNESCO). W Stambule zwiedzamy : Hagia Sophia, Cysterna bazyliki, Błękitny Meczet, hipodrom, pałac Topkapi, rejs statkiem po cieśninie Bosfor, wizyta na Wielkim Bazarze. Kolacja i nocleg w Stambule. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 5&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Śniadanie i dalsze zwiedzanie Stambułu: Pałac Dolmabahce, kościół św. Zbawiciela (na Chorze)- bizantyjskie mozaiki, freski, Meczet Sulejmana. Wyjazd na prom do Gelibolu (lub na inną przeprawę promową), przeprawa promowa i jazda do Bergamy (Pergamonu) – zwiedzamy akropol, teatr, świątynia Trajana, Czerwona Bazylika. Kolacja i nocleg w okolicy. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 6&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Po śniadaniu wyjazd w kierunku Sardes, stolicy starożytnej Lidii, gdzie władcą był król Krezus, miasto zostało wspomniane jako jeden z Siedmiu Kościołów Apokalipsy przez świętego Jana Apostoła. – zwiedzanie pozostałości synagogi i gimnazjonu. Przejazd w kierunku Prieme, gdzie zwiedzimy - świątynię Asklepiosa z IV w. p.n.e., świątynię Ateny z 335 p.n.e. projektu Pyteosa, sanktuarium Demeter, teatr z 300 p.n.e. Krótki przejazd do ojczyzny filozofów – Talesa i Anaksymandra, do Miletu, gdzie zobaczymy amfiteatr, łażnie Faustyny, trzy agory, stadion i meczet. Następnie dojedziemy do Didymy gdzie zwiedzimy okazały kompleks ruin świątyni Apollina. Kolacja i nocleg. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 7&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Śniadanie i wyjazd do Bodrum, gdzie zwiedzamy zamek św Piotra z 1402r wzniesiony przez Joanitów oraz pozostałości jednego z siedmiu cudów świata - mauzoleum władcy Mauzolosa. Przejazd w rejon pogranicza starożytnej Karii i Licji – do Kaunos i Dalyan - zwiedzamy licyjskie grobowce skalne, amfiteatr, bazylikę, łaźnie oraz mury obronne. Zawitamy na słynną z żółwi morskich (Caretta caretta) plażę Istuzu. Przejazd do Fethiye, kolacja i nocleg. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 8&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Po śniadaniu wyruszamy na zwiedzanie dawnego Telmessos – zobaczymy grobowce władców licyjskich (grobowiec Amyntasa), dalej przejazd do Tlos – miasta którego początki sięgają 2000 roku p.n.e. gdzie zobaczymy pozostałości teatru, akropol, termy, bazylikę, grobowce. Przejazd do Ksanthos (UNESCO) (Kinik) Starożytnej stolicy Licji, niepodległej do czasu podboju perskiego. Najważniejszymi zabytkami Ksantos są charakterystyczne dla Licji grobowce filarowe (wieżowe), celle i sarkofagi wznoszone na monolitowych słupach (IV i III w. p.n.e.). W Ksantos znajdują się resztki akropolu, murów obronnych, rzymskiej agory, portyku i teatru, na którego koronie ustawiono grobowce wieżowe. Przejazd do miasta Letoon (UNESCO), zobaczymy ruiny świątyni bogini Leto (III w. p.n.e.), Apollina, nimfajonu z czasów Hadriana, teatru hellenistycznego, rzymskiego portyku oraz teatru rzymskiego. Następnie wizyta i spacer w wąwozie Saklikent i powrót do hotelu w Fethiye. Kolacja i nocleg. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 9&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu wyjazd w kierunku Antalyi wzdłuż wybrzeża licyjskiego, po drodze zwiedzamy Patarę – miasto św. Mikołaja (amfiteatr, łuk triumfalny, termy), a dalej przejedziemy do Demre(Myra). Pozostałości starożytnej Myry znajdują się około 1,5 km na północ od zabudowań współczesnego miasta Demre. Na akropolu zobaczymy mur obronny i tron skalny z okresu licyjskiego, zaś u podnóża akropolu – amfiteatr rzymski, uważany za największy w Licji. W mieście i w okolicy zwracają uwagę groby wykute w skałach z fasadami naśladującymi architekturę świątynną. Zobaczymy kościół św. Mikołaja i uszkodzony sarkofag w którym spoczywały jego szczątki. Jazda w kierunku Antalyi, zakwaterowanie do hoteli na pobyt wypoczynkowy.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień 10-14&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Wypoczynek, udział w wycieczkach fakultatywnych. Wylot do Polski &lt;/div&gt;&lt;div align="right"&gt;&lt;br /&gt;Aleksandra i Ireneusz z Wieruszowa&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;Proponowany program wycieczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-2911580190765927356?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/2911580190765927356/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=2911580190765927356' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2911580190765927356'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2911580190765927356'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2010/03/turcja-pasjonatow.html' title='TURCJA PASJONATÓW'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S4zN08YcJ4I/AAAAAAAAAxU/qFkKLu9_n-A/s72-c/Turkey_map_modern23.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-5874331265487907019</id><published>2010-01-06T03:07:00.000-08:00</published><updated>2010-01-06T03:11:58.514-08:00</updated><title type='text'>Prośba - Uroki Morza Śródziemnego</title><content type='html'>Proszę przyjąć wyrazy podziwu i gratulacje z powodu współpracy z BIUREM TURYSTYCZNYM „Euro-Pol Travel” w Warszawie. Urocze panie tam pracujące bez wahania wskazały mi Rainbow Tours jako najlepszego touroperatora. Tym samym otworzyły mi drogę do „świetlanej przyszłości” o kryptonimie HFR081352048.&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Już na pokładzie samolotu moich ulubionych PLL LOT poczułem przedsmak wielkiej przygody. Urocze stewardesy kwiecistym tekstem wygłosiły mowę powitalna na cześć klientów Rainbow Tours.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvL0gbO5I/AAAAAAAAAwk/3OuMFIFUXrs/s1600-h/pawel1.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 134px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423582100124810130" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvL0gbO5I/AAAAAAAAAwk/3OuMFIFUXrs/s200/pawel1.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dalsza droga wskazała mi „UROKI MORZA ŚRÓDZIEMNEGO”. Wkroczyłem na nią 13 VIII 2009r przedłużając potem tygodniowym leniuchowaniem w hotelu „Caprici”. Oczywiście w Hiszpanii, gdzie Santa Suzanna (również nazwa miejscowości) roztoczyła nade mną troskliwą opiekę. I rzeczywiście czułem się tam jak w raju! Ale zanim się w nim znalazłem zdążyłem napsuć sporo krwi zacnym niewiastom w biurze „Euro-Pol Travel”. Y perspektywy czasu widzę, ile wysiłku włożyły w przygotowanie dla mnie jak najlepszej oferty. Wykazały się przy tym stoickim spokojem i anielską cierpliwością. Odpowiadały wyczerpująco na setki pytań zagubionego kandydata na turystę. Rezultaty wyżej wymienionych wysiłków przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Trójporozumienie /Euro-Pol Travel + Rainbow Tours + hotel Caprici/ zawarte na moje życzenie, zaowocowało pokojem- kom&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvSS9wsnI/AAAAAAAAAws/PcLNLRdU8QA/s1600-h/pawel3.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 134px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423582211380130418" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvSS9wsnI/AAAAAAAAAws/PcLNLRdU8QA/s200/pawel3.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;natą(nr: 533). Wychodząc z niej na balkon oniemiałem … krzyknąłem więc za Szekspirem: „Chwilo trwaj – jesteś piękna!”. Takie wrażenie wywarł na mnie krajobraz rozciągający się u mych stóp. Wydaje mi się że zostałem tam do dziś. Przynajmniej oczami wyobraźni. Ale cofnijmy się nieco w czasie. Jadąc do Monte Carlo wzbudziłem w sobie uczucie silnego obrzydzenia do tej „jaskini hazardu”. Niestety nie na długo. Albowiem z narastającym przerażeniem zauważyłem, że przesiąkam nieczystą atmosferą tego miejsca. Zdesperowany postawiłem więc „wszystko na jedną kartę”. Karta okazała się szczęśliwa, bo wygrałem wycieczkę do Polski! Podzielę się z &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvY2Fb7YI/AAAAAAAAAw0/2ldZdojsbYA/s1600-h/pawel4.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; FLOAT: left; HEIGHT: 200px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423582323886779778" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvY2Fb7YI/AAAAAAAAAw0/2ldZdojsbYA/s200/pawel4.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Państwem jeszcze jednym małym zaskoczeniem. Nigdy nie sądziłem, że moja pierwsza wizyta w Monaco będzie aż tak znacząca dla Rodziny książęcej. Otóż na koniec zwiedzania pałacu usłyszałem w audioprzewodniku (oczywiście po polsku!), że rodzina Grimaldich jest „bardzo szczęśliwa z mego pobytu”(cytat). Być może jest to zasługa królowej Marii Leszczyńskiej, która dumnie spoglądała z portretu w Sali pałacu. Moje szczęście byłoby pełniejsze, gdyby nie pewien „zgrzyt”, rzec by można – wagi państwowej. Mianowicie polskie flagi, którymi przyozdobiony był pałac, zapewne z okazji przybycia oficjalnej delegacji z Rainbow Tours, powieszone były… „do góry kolorami”(!) Oczywiście chciałem interweniować w tej sprawie, ale nie znalazłem żadnej osoby, która zechciałaby przyjąć moją notę protestacyjną.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Osobne wyrazy uznania przekazuję pod adresem pilota części objazdowej wycieczki – pana Ryszarda Ignacoka „ojca” naszej grupy. Tak określam jego osobę na względu na życzliwość, poświęcenie i charyzmat duchowy, którym promieniował na co dzień. Wiedz&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvmcGHgII/AAAAAAAAAw8/I-1OQc-cCFw/s1600-h/pawel2.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 134px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423582557428482178" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvmcGHgII/AAAAAAAAAw8/I-1OQc-cCFw/s200/pawel2.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;a jaką się dzielił w trasie – całkowicie zrewolucjonizowała moje pojęcie o odwiedzanych miejscach. Dlatego też miałem wrażenie uczestnictwa wyjazdowym seminarium odbywającym się w rajskiej krainie ułudy. „Kędy zapał czyni cudy, młodości potrząsa kwiatem i obleka w nadziei złote malowidła” / Adam Mickiewicz „Oda do młodości” /&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to spowodowało iż moje Życie dzieli się na dwa etapy: przed i po wyjeździe z Wami. Podejrzewam nawet, że stałem się innym człowiekiem. Pewnie dlatego znajomi zaczęli się do mnie zwracać: „Don Cervantes”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Mucha suerte!” Moje Rainbow. &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-5874331265487907019?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/5874331265487907019/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=5874331265487907019' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5874331265487907019'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5874331265487907019'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2010/01/prosba-uroki-morza-srodziemnego.html' title='Prośba - Uroki Morza Śródziemnego'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/S0RvL0gbO5I/AAAAAAAAAwk/3OuMFIFUXrs/s72-c/pawel1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-2282437910932145611</id><published>2009-12-07T01:43:00.000-08:00</published><updated>2009-12-07T02:02:04.177-08:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="right"&gt;Warszawa, dn. 17 listopada 2009r. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;MAROKO – nie samą herbatą miętową człowiek żyje&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Prawdopodobnie w każdym z nas tkwią jakieś niespełnione marzenia. My także z mężem mieliśmy takie, wymyślone swego czasu i do tej pory, z różnych względów, niezrealizowane plany. Nie dotyczyły one jednak niesamowitych, dziwacznych i dalekich podróży, ale egzotyki nieco bliższej, co nie znaczy mniej atrakcyjnej. Celem naszego wyjazdu stało się Maroko.&lt;br /&gt;Na mnie w całości spoczęły wszelkie przygotowania. Zaprawiona w podróżach, ochoczo podjęłam działania. Ich efektem była cudowna wycieczka, na wspomnienie której robi nam się z mężem ciepło na sercu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nie tylko słynna Casablanca&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Myśląc do tej pory o Maroku, nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z jednym tylko miastem, a mianowicie Casablanką. Na miejscu okazało się jednak, jak bardzo ograniczone było moje &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPCXB8lQI/AAAAAAAAAvU/RiUXd848zpk/s1600-h/Essaouira.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 131px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412428491641361666" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPCXB8lQI/AAAAAAAAAvU/RiUXd848zpk/s200/Essaouira.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;podejście. Różnorodność, jaką oferuje ten kraj, potrafi zwalić z nóg niejednego turystę. Niejeden też, już po powrocie, zmienił wyrobione wcześniej na temat Maroka zdanie. Oczywiście na lepsze. My też pojechaliśmy tam z mieszanymi uczuciami. Do czasu!&lt;br /&gt;Trudno w kilku zdaniach opisać bogactwo kulturalne i architektoniczne Maroka, tak jak nie można zaledwie w ciągu paru dni zwiedzić wszystkich miejsc wartych obejrzenia. Z konieczności (nasza wycieczka była tygodniową objazdówką), również my skupiliśmy się na najistotniejszych, wartościowych z różnych względów, miastach, a w nich z kolei na ciekawych obiektach. Nie mieliśmy przynajmniej sposobności do rozpraszania się drobiazgami.&lt;br /&gt;Pomimo spędzenia pierwszej nocy w Agadirze, nasza podróżnicza wyprawa swój prawdziwy początek miała w Essaouirze, przepięknym miasteczku portowym. Niepowtarzalny urok miejsce to zawdzięcza wspaniałej starówce, zabytkowym wałom obronnym oraz jedynemu w swoim rodzaju portowi rybackiemu. Bez wątpienia Essaouira żyje własnym rytmem! Mogliśmy to odczuć w porcie, w którym rybacy wykonują swoją codzienną ciężką pracę, wzbudzając ogr&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPTyQ3yXI/AAAAAAAAAvc/sfgOnmz1uSw/s1600-h/Al-Dzadida1.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 131px; FLOAT: right; HEIGHT: 200px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412428791009495410" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPTyQ3yXI/AAAAAAAAAvc/sfgOnmz1uSw/s200/Al-Dzadida1.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;omne zainteresowanie oczekujących na połowy mieszkańców. Widać to też w małej medinie z wąskimi, przepięknymi uliczkami, gdzie lokalni sklepikarze starają się swoimi słynnymi wyrobami z cedru i tui spełnić najbardziej wybredne zachcianki turystów. Odpocząć od tej rozkosznej krzątaniny udało nam się na wspaniałych umocnieniach, otaczających stare miasto. Roztaczał się stamtąd widok na niesamowite wybrzeże, posiane wyrastającymi z oceanu skałami. Przy dźwiękach muzyki gnaoua, w wykonaniu przygodnych turystów, podziwialiśmy rejwach niezliczonych gatunków ptaków, gnieżdżących się na przybrzeżnych skałach.&lt;br /&gt;Do Safi, znanego z warsztatów garncarskich oraz ceramiki, dotarliśmy późnym popołudniem. Słońce chyliło się już powoli ku zachodowi. Chodząc po wzgórzu, górującym nad mediną, zaglądaliśmy do małych fabryczek garncarskich, których centralnym punktem były wielkie gruszkowate piece. To w nich wypalano talerze, misy lub dzbany. Krzątający się przy nich w skupieniu robotnicy, wykonują swoją pracę od wieków w ten sam sposób i według tych samych wzorów. Proces malowania i zdobienia również nie uległ zmianie. W efekcie powstają naczynia w niezwykle żywych kolorach, które aż po sufit wypełniają liczne sklepiki, zlokalizowane zarówno w wąskich uliczkach mediny jak również na terenach okalających wzgórze. Nikt nie był w stanie oprzeć się tym cudeńkom. My również!&lt;br /&gt;Kolejnym punktem naszej wycieczki była Al-Dżadida. Założona przez Portugalczyków, obfituje w liczne zabytki, których nie można &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPjBxg2CI/AAAAAAAAAvk/yDbtD5uoMuA/s1600-h/Al-Dzadida2.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412429052870973474" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPjBxg2CI/AAAAAAAAAvk/yDbtD5uoMuA/s200/Al-Dzadida2.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;pominąć. Należą do nich między innymi forteca Mazagan, czarowna arabska medina oraz Cysterna Portugalska, czyli ogromny podziemny zbiornik do gromadzenia wody. Urok tego miasta natchnął nawet mojego męża do prawienia mi niezrównanych komplementów. Nic mnie wówczas bardziej nie rozweseliło niż stwierdzenie, poczynione podczas robienia zdjęć na murach fortecy: „Na tej armacie wyglądasz naprawdę wystrzałowo!”.&lt;br /&gt;Casablanca, największe miasto oraz najlepiej rozwinięty ośrodek przemysłowy i portowy w Maroku, nie oszołomił mnie tak, jak tego oczekiwałam. Mój mąż stwierdził, że miałam po prostu nierealne wyobrażenia na temat tego miejsca. A ja po prostu spodziewałam się, tak jak poprzednio, zobaczyć maleńkie urokliwe miasteczko. Takie miasteczko z duszą! Medina była rzeczywiście cudowna i niewielka, co świadczy o małych rozmiarach miasta w dawnych czasach, ale pozostała część Casablanki przypominała za bardzo wielkie metropolie Europy. Wpływ naszej kultury był tam oszałamiający! Kobiety z odsłoniętymi twarzami, ubrane w eleganckie kostiumy znanych marek, prowadzące bez skrępowania samochody. Podobno nigdzie indziej w Maroku nie spotkamy w lecie tak skąpo ubranych Marokanek, a na promenadzie tak luksusowych sportowych aut jak właśnie w Casablance. Ten obraz zwyczajnie nie przystawał do moich oczekiwań&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPx5ud1YI/AAAAAAAAAvs/WxE6lWam2to/s1600-h/Casablanca.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 150px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412429308408747394" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPx5ud1YI/AAAAAAAAAvs/WxE6lWam2to/s200/Casablanca.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;, stąd może to oszołomienie. Nawet meczet Hasana II, który jest trzecią największą budowlą sakralną świata z najwyższym minaretem (210 m), jest już w pełni nowoczesnym obiektem kultury. Ta, usytuowana na sztucznym nasypie ponad wodami Oceanu Atlantyckiego, świątynia posiada odsuwany dach, elektryczne drzwi oraz centralny system ogrzewania podłóg. Świat idzie jednak nieubłaganie naprzód!&lt;br /&gt;Półmetek naszej wycieczki oznaczał zwiedzanie Rabatu, stolicy Maroka. Nie sposób wymienić jednym tchem wszystkich osobliwości miasta, które koniecznie trzeba zobaczyć. Dzień rozpoczęliśmy od obejrzenia wspaniałego kompleksu zabytków z Wieżą Hasana i ruinami meczetu Hasana z XII wieku. Tuż obok usytuowane było Mauzoleum Muhammada V, dziadka obecnie panującego władcy, a jednocześnie króla, który w 1956 roku przyczynił się do wywalczenia przez Maroko niepodległości. To właśnie tutaj, przy wejściu na plac wiodący do Mauzoleum, zobaczyłam po raz pierwszy niekoronowany symbol Maroka – nosiwodę, obwieszonego do granic możliwości metalowymi kubkami do picia. Brzęk naczyń dał się słyszeć już z daleka, a szczerbaty uśmiech tego małego, wysuszonego staruszka mam w pamięci do dzisiaj. Niesamowite wrażenie zrobił na nas również rozległy zespół starożytnych i średniowiecznych ruin na przedmieściach Rabatu, noszący nazwę Szalla. Otoczony murami obronnymi kompleks, pełnił swego czasu funkcję królewskiej nekropolii oraz medresy, czyli muzułmańskiej szkoły wyższej. Obecnie, najprawdopodobniej ze względu na położenie w pobliżu rzeki i jej rozlewisk, służy tysiącom &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQGwevxyI/AAAAAAAAAv0/pPKwSFY4gwA/s1600-h/Rabat.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 131px; FLOAT: left; HEIGHT: 200px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412429666704148258" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQGwevxyI/AAAAAAAAAv0/pPKwSFY4gwA/s200/Rabat.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;ptaków za ważne miejsce do zimowania. Szczególnie bocianom. Widok tak niezliczonej ilości ptaków, skupionych w jednym miejscu, jest naprawdę niesamowity! Miejsce to aż buzuje od pisku i szamotaniny. W całym tym rozgardiaszu jest jednak jeden punkt, tchnący spokojem i tajemniczością. To mały podziemny zbiornik wodny, w którym żyją węgorze. Dopiero wrzucenie kawałków gotowanego jajka wabi je z ukrycia. Jest to lokalizacja szczególna. Pielgrzymują tu od wieków bezpłodne kobiety, modląc się o potomstwo. Z tych, porośniętych dziką roślinnością, ruin starożytnego miasta udaliśmy się pod pałac królewski z imponującą bramą Bab ar-Rwah, a następnie do urokliwej dzielnicy kasba Oudaja, którą zamieszkują nie tylko znani politycy i artyści, ale od pokoleń także zwykli, przeciętni ludzie.&lt;br /&gt;Meknes, miasto pięknych bram, przywitało nas przelotnym deszczem, a ja pokusiłam się nawet o założenie rękawiczek. Oczywiście, ku wielkiemu rozbawieniu mojego męża, dla którego wszędzie jest za gorąco. W szczególności, w Afryce! Ignorując zupełnie te uwagi, ruszyłam z grupą na zwiedzanie uroczej mediny, a w niej okazałego Mauzoleum Mulaj Ismaila, założyciela miasta i najbardziej okrutnego z marokańskich władców. To z jego rozkazu rozpoczęto w Meknes budowę olbrzymiego kompleksu pałacowego oraz imponujących, 25-kilometrowej długości, murów obronnych z majestatycznymi bramami – Bab el-Khemis oraz Bab el-Mansour. Za warownymi umocnieniami zwiedzaliśmy ogromne spichlerze na zboże, odkryty zbiornik do gromadzenia zapasów wody oraz legendarne stajnie, mogące pomieścić 12 tys. koni. Tak ogromne stajnie były niezbędne, gdyż cała sułtańska armia, tzw. czarna gwardia, liczyła ponad 40 tys. żołnierzy – ślepo lojalnych sudańskich niewolników. Posłuszeństwo i oddanie były zresztą cnotą niezbędną. Mulaj Ismail słynął bowiem z tyranizowania podwładnych, despotyzmu i okrucieństwa. Kwestia winy i kary nie była zresztą tak oczywista. Legenda głosi, że sułtan, utrzymujący harem z 500 żonami, kazał zaraz po urodzeniu dusić dziewczynki, które spłodził, chłopcom natomiast obcinać ręce lub nogi, karząc ich w ten sposób za najdrobniejsze występki. Podczas słuchania naszej przewodniczki, pani Krysi, ciarki przechodziły mi po plecach! &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQkV3e65I/AAAAAAAAAv8/ONUzmdKNiW4/s1600-h/Volubilis.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 131px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412430174956219282" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQkV3e65I/AAAAAAAAAv8/ONUzmdKNiW4/s200/Volubilis.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Do Volubilis dotarliśmy w strugach deszczu. Wyposażeni w peleryny i parasole, początkowo dziarsko ruszyliśmy na zwiedzanie tego największego i najlepiej zachowanego w Maroku kompleksu ruin z czasów rzymskich. Niestety, deszcz skutecznie utrudniał nam oglądanie. Grupa systematycznie się wykruszała, odprowadzana do autokaru przez miejscowego przewodnika. Nam z mężem udało się dotrwać do najsłynniejszych zabytków – łuku tryumfalnego Karakali, domu Orfeusza, bazyliki i łaźni. Na szczęście daliśmy się namówić naszej przewodniczce do przystanięcia przy słynnych domach patrycjuszy. Ich dumą są doskonale zachowane mozaiki, pozostające niezmiennie na swym pierwotnym miejscu. Pani Krysia cały czas nas pocieszała, że taka ulewa jest wprawdzie niesamowicie uciążliwa, ale za to deszcz wspaniale wydobywa kolorystykę tych misternych dekoracji. Podniosło nas to znacząco na duchu, bo chlupiąca w butach woda skutecznie zniechęcała do wszystkiego. Niestety, pomimo pewnych zachęt, nie możemy zaliczyć się do najwytrwalszych. Nas również w pewnym momencie przewodnik musiał wyprowadzić z ruin. Deszcz nas zwyciężył!&lt;br /&gt;Pogoda, chcąc zadośćuczynić niedogodnościom związanym z ulewą, rozpieszczała nas do końca wycieczki. Było to szczególnie istotne w Fezie, do którego dotarliśmy następnego dnia. Niemożliwe byłoby bowiem chodzenie z parasolem po najwęższych zaułkach Maroka. Jednak nie od labiryntu ponad 9 tys. uliczek zaczęliśmy nasze zwiedzanie, a od Grobowców Marynidów, usytuowanych na wzgórzu ponad miastem. Ich ruiny nie są wprawdzie okazałe, ale roztacza się z nich doskonały widok na starą medinę Fezu. Jej tajemniczość polega na skrywaniu w tej nieprzebranej ilości uliczek wspaniałych zabytków, m.in. meczetu i uniwersytetu Al-Karawijjin, &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQ79hyVLI/AAAAAAAAAwE/THzmFTCsOlU/s1600-h/Fez1.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 132px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412430580739626162" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzQ79hyVLI/AAAAAAAAAwE/THzmFTCsOlU/s200/Fez1.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;mauzoleum założyciela miasta – Mulaj Idrisa II oraz rzemieślniczego przybytku, jakim są garbarnie skór. Cieszę się, że ich zwiedzanie nie przypadło na 40 stopniowy upał! Już w marcu, przy w miarę niskiej temperaturze otoczenia, trudno było tam wytrzymać bez gałązki mięty pod nosem. Doznanie, bez wątpienia, osobliwe! Choć my z mężem zwróciliśmy głównie uwagę na naprawdę trudne warunki pracy garbarzy. Brodząc boso w ogromnych kadziach, wygniatali stopami surowe skóry. Posada nie do pozazdroszczenia! Dla pracujących tam robotników jest to jednak powód do dumy, a etat jest możliwy jedynie dla członków rodziny zatrudnionych już rzemieślników. Oprócz garbarni w starym Fezie, otoczonym wspaniałymi murami i bramami, kwitną wśród dużej ilości krytych bazarów i krętych uliczek liczne warsztaty, restauracje, targowiska z mięsem, warzywami i owocami, meczety oraz medresy. Różnorodność jest przeogromna! Całkowitym przeciwieństwem tej części miasta jest Ville nouvelle (nowy Fez). Spragnionym zabytków turystom ma jednak sporo do zaoferowania. Na nas największe wrażenie zrobił pałac królewski Dar El-Makhzen oraz olbrzymia brama Bab Al-Jeloud. Ten i tak pełen wrażeń dzień nieprędko miał się dla nas skończyć. Wieczorem czekały na nas kolejne atrakcje w postaci wieczorku fezkiego. Do udziału w nim zachęciła nas przewodniczka, zachwalająca nie tylko serwowaną tam smaczną, tradycyjną kuchnię, ale również przepiękny wystrój restauracji. Suto zastawionym stołom towarzyszył bogaty program artystyczny, a uczestnicy naszej wycieczki mogli zobaczyć nie tylko tańce ludowe lub pokazy magika, ale mieli także sposobność do zaprezentowania własnej interpretacji tańca brzucha. Gwoździem programu była jednak ceremonia zaślubin, w której wraz z mężem wystąpiliśmy jako przyszli małżonkowie. Przebrani w tradycyjne marokańskie stroje, mieliśmy okazję powiedzieć sobie po raz kolejny sakramentalne: „tak”. Szkoda tylko, że zapomnieliśmy o nocy poślubnej…&lt;br /&gt;Przedostatni dzień naszej wycieczki prawie w całości upłynął na podróży przez malownicze góry Atlasu Średniego. Trud przejazdu całkowicie rekompensowały rewelacyjne widoki! Zanim jednak na dobre utknęliśmy w autokarze, zatrzymaliśmy się na godzinę w kurorcie Ifrane. Ta górska wioska, położona niedaleko Meknes, jest miejscem przedziwnym i zupełnie nie przystającym do pozostałej części kraju. Oczom naszym ukazała się mieścina, żywcem przeniesiona z francuskich lub szwajcarskich Alp, i jedynie brak wyciągów oraz obecność słynnych lasów cedrowych przypominały nam o tym, że wciąż znajdujemy się w Afryce.&lt;br /&gt;Przysłowiową wisienką na torcie było zwiedzanie Marrakeszu, który jest zdecydowanie bardziej afrykański, marokański i berberyjski niż pozostałe miasta tego kraju. Miejsce to zrobiło na nas ogromne wrażenie! Nasz podziw dotyczył zarówno wspaniałych zabytków, jak meczet i medresa Ben Jusuf, Pałac Bahia, bogato zdobione Grobowce Sadytów czy meczet Kutubijja, ale również, a może przede wszystkim, odnosił się do Dżemaa el-Fna, najbardziej osobliwego placu w marrakeskiej medinie. Ta największa atrakcja turystyczna miasta tchnie tajemniczością, egzotyką, niezwykłością. W ciągu dnia spokojny i wyludniony, wieczorem zmienia swe oblicze nie do poznania. Nie ma tu rzeczy i osób niepotrzebnych bądź przypadkowych. Zaklinacze węży, połykacze ognia, samozwańczy uzdrawiacze, opowiadacze legend czy treserzy małp nie uchodzą za kuriozum, i wyłącznie turystów szokować mogą marokańscy ‘dentyści’, oferujący usługi wstawiania w szczękę praw&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzRRDt4JxI/AAAAAAAAAwM/2kpUMlCQXbw/s1600-h/Marrakesz.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 131px; FLOAT: right; HEIGHT: 200px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412430943178204946" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzRRDt4JxI/AAAAAAAAAwM/2kpUMlCQXbw/s200/Marrakesz.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;dziwych zębów. Brr! Nieco zniechęceni tym ostatnim widokiem, postanowiliśmy zanurzyć się w serpentynach przyległej mediny. Początkowo ochoczo wałęsaliśmy się po zapełnionych sklepikami uliczkach, obserwując codzienność sprzedawców i przeróżnych rzemieślników. W miarę jednak, jak słońce chyliło się ku zachodowi, a na sukach zaczął powoli panować budzący trwogę półmrok, zdecydowaliśmy o opuszczeniu tego labiryntu, uświadamiając sobie, że zwyczajnie tam nie pasujemy i dla tubylców pozostaniemy niczym więcej jak tylko ciekawskimi przyjezdnymi. A ich życie, jak gdyby nigdy nic, z pewnością potoczyło się spokojnie dalej…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Drzewa arganiowe – coż to takiego?&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Przyroda w Maroku potrafi zachwycić, a fakt, że pojechaliśmy na wycieczkę w marcu, był nie bez znaczenia. W królestwie Berberów zaczynała się wtedy wiosna. Oznaczało to wprawdzie przelotne burze, ale przede wszystkim niesamowicie zieloną, niespotykaną w naszym klimacie, trawę. Dla kogoś, kto jak my, nie lubi przykrego widoku wypalonego przez słońce krajobrazu, był to istotny atut. Ta pora &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzRq2s3vQI/AAAAAAAAAwU/8pm6zA665GY/s1600-h/Postoj+po+drodze.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 131px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412431386360921346" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzRq2s3vQI/AAAAAAAAAwU/8pm6zA665GY/s200/Postoj+po+drodze.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;roku powodowała też, że na porządku dziennym były, pojawiające się o różnych porach dnia, tęcze. Ich wspaniałe barwy urzekały nawet najbardziej niewzruszonych twardzieli. Ponad wszystko zaskoczył nas jednak fakt istnienia, jedynie w Maroku, niejakich drzew arganiowych i pasących się na nich (tak, na nich!) kóz. Podziwialiśmy to zjawisko z zapartym tchem, a kozy, które wbrew wszelkim prawom grawitacji wdrapywały się na te żelazne drzewa, by objeść je z owoców, najwyraźniej nic sobie z naszych zachwytów nie robiły. Nie było to jednak odosobnione dziwactwo! O tej porze roku dały się bowiem zaobserwować istotne różnice klimatyczne, występujące w różnych częściach kraju. I tak, po przylocie przywitał nas na lotnisku w Agadirze ciepły wiosenny wietrzyk, a miłośnicy plażowania spokojnie mogli już rozpocząć sezon na pięknym marokańskim wybrzeżu. Z drugiej strony bywalcy miasteczka Ifrane lepili jeszcze bałwany, a na szczytach gór Atlasu Wysokiego królował śnieg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Coś na ząb&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Nie bez przyczyny Maroko kojarzy się z nieprzebranym bogactwem barw i smaków. Wszędobylska różnorodność kolorów oraz zapachów towarzyszyła także nam. I to na każdym kroku! Począwszy od architektury, poprzez różnego typu targowiska aż po marokańskie rękodzieło. Było to zresztą doznanie niezwykle przyjemne. Choć, jak się okazało, nie dla wszystkich. „W życiu nie wezmę do ust tego paskudztwa!” – taka była reakcja mojego męża na próbę namówienia go do zjedzenia dopiero co wyłowionego z oceanu jeżowca. Do tej pory żałuję, że sama nie skusiłam się na te, oferowane nam przez tubylców na parkingu w Oualidii, morskie żyjątko. Spróbowaliśmy za to, już oboje, ślimaków w przepysznej korzennej zalewie od pewnego straganiarza w Safi. Zwykle jestem bardzo sceptyczna w stosunku do takich kulinarnych specjałów, zwłasz&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzR6czrasI/AAAAAAAAAwc/qyzb--mKHxU/s1600-h/Oualidia.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 132px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412431654288059074" border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzR6czrasI/AAAAAAAAAwc/qyzb--mKHxU/s200/Oualidia.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;cza z nieznanego źródła, ale powiedziałam sobie – „Raz się żyje”. I była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Zachęceni tym eksperymentem, nie odmawialiśmy sobie z mężem już żadnych rozkoszy. Nie chodzi tu wprawdzie o degustację najbardziej dziwacznych i wyszukanych potraw, ale zwykłe zadośćuczynienie apetytowi, bez obawy o zatrucie. Na porządku dziennym stało się więc jedzenie w wolnym czasie marokańskich pyszności, typu harira, tadżin czy kebab, w różnych, nawet wątpliwej jakości, barach. I, o dziwo, nic nam nie zaszkodziło. Wynikało to zapewne po części z faktu, że było wtedy stosunkowo chłodno, co skutecznie zniechęciło do wzmożonej aktywności różnorakie bakterie.&lt;br /&gt;Okoliczności, czyli dostępność, skusiły nas też do zakupu takich smakołyków, jak daktyle, świeże owoce czy oliwki, które aż prosiły się o skosztowanie ze wspomnianych straganów. Palce lizać! Obróbka, pakowanie oraz transport, na przykład do Polski, potrafi jednak w znacznym stopniu zepsuć smak, nawet najlepszej jakości, produktu.&lt;br /&gt;Czym byłby jednak ten opis bez wspomnienia o istnieniu cudownego napoju, jakim jest wszechobecna marokańska herbata? Zielona, przesłodka i, obowiązkowo, z listkami świeżej mięty. Pycha!&lt;br /&gt;Jednym słowem, kulinarną część naszej wycieczki zdaliśmy na piątkę, a może nawet na szóstkę?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tutaj nachalność nie jest w cenie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Kto choć raz był w Turcji lub Egipcie, wie, co znaczy namolność ich obywateli. Pomna pewnych doświadczeń, zaopatrzyłam się w okulary przeciwsłoneczne oraz chustkę. Obligatoryjne byłoby również posiadanie męża przy boku, co niniejszym uczyniłam. Moje zabiegi okazały się jednak zakrojone na zbyt szeroką skalę, czym byłam naprawdę zdziwiona. Mogliśmy zatem z mężem w spokoju oglądać kartki, targować się dla zabawy o lampy, bez wręcz rozbójniczego wymuszenia ich kupna, lub przebierać bezkarnie w babuszach (skórzane pantofle). Ta nienarzucająca się, a zarazem przyjazna i życzliwa, postawa Marokańczyków była wręcz zaskakująca. Dopiero na suku w Fezie i Marrakeszu doszły do głosu pierwotne instynkty sprzedawców. Ale nawet to nie było zbyt uciążliwe. Jako turystka jestem wdzięczna ludziom, którzy w spokoju pozwolili nam zwiedzać ich uroczy kraj. Dzięki temu mogę się teraz wypowiadać o tym muzułmańskim narodzie ciepło i bez zbędnych emocji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydaje się, że nie bez przyczyny trafiliśmy do Maroka, tego zachwycającego królestwa potomków Berberów. Każde zdarzenie ma przecież jakiś głębszy lub ukryty sens. Dla nas z mężem istotnymi wartościami było bez wątpienia poznanie fascynującego, zróżnicowanego krajobrazowo i kulturowo kraju, oderwanie się od codziennej bieganiny oraz fakt, że tę wspaniałą przygodę mogliśmy przeżyć wspólnie.&lt;br /&gt;Część egzotyki Maroka zabraliśmy niewątpliwie ze sobą. Na zawsze!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="right"&gt;&lt;br /&gt;Karolina Nowak&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Autorka tekstu wraz z mężem byli uczestnikami wycieczki „Maroko – Cesarskie miasta”, która odbyła się w dniach 2-9 marca 2009 roku. &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-2282437910932145611?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/2282437910932145611/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=2282437910932145611' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2282437910932145611'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2282437910932145611'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/12/warszawa-dn.html' title=''/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SxzPCXB8lQI/AAAAAAAAAvU/RiUXd848zpk/s72-c/Essaouira.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-5909055743107220897</id><published>2009-11-20T04:35:00.000-08:00</published><updated>2009-11-20T04:39:53.474-08:00</updated><title type='text'>RPA - Diamenty Afryki</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Wyglądam właśnie przez okno w Żywcu i widzę ciemne chmury zwiastujące burzę. Na dodatek leje jak z cebra i świat za oknem taki szary... Pragnąc umilić i ocieplić sobie ten dzień, sięgam myślami hen daleko do podróży po słonecznej, malowniczej i pełnej tajemnic Afryce Południowej. Jeśli i Państwo chcieliby choć przez chwilkę oderwać się od rutyny życia codziennego, np. zapomnieć o narzekającym szefie czy o nieudanych zakupach, to zapraszam na niezapomnianą podróż w najciekawsze zakątki tej części Afryki. Słowa słowami, wiadomo, że ludzki język jest zbyt ubogi by oddać urok niektórych odwiedzanych miejsc, jednak spróbuję dokonać tego jak mogę najlepiej.&lt;br /&gt;Zaczynamy!&lt;br /&gt;Po około 12-godzinnym locie (z międzylądowaniem w Istambule) witamy słoneczny Kapstadt. Na lotnisku wita nas pilot, który będzie nam towarzyszył do końca naszych dni :) Autokarem udajemy się do hotelu, gdzie szybciutko się odświeżamy po podróży, króciutki odpoczynek bo po co marnować czas (nie spać, zwiedzać!:)), łapiemy oddech i „podbijamy” Waterfront – w tym dniu tylko w celach konsumpcyjnych. Udajemy się na pyszną kolację. Zajadamy się żeberkami w sosie słodko-kwaśnym i duuuuużą ilością miejscowych surówek. Pychota! Kolejny dzień po obfitym śniadanku to rejs stateczkiem z miejscowości Hout Bay na wyspę fok, gdzie podziwiamy z bliskiej odległości stada fok wylegujących się na skałkach, łowiących rybki a co ważne wspaniale pozujących do zdjęć! Po nasyceniu oczu i udanej sesji zdjęciowej wracamy na brzeg, gdzie wita nas grupa muzyczna, której członkowie zapraszają nas do tańca. Tego samego dnia docieramy do jednego z najpiękniejszych punktów naszego programu, a mianowicie na Cape of Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei). Nie straszne nam panujące tam silne wiatry i grasujące na tym terenie pawiany (traktowane w tym kraju jak u nas w Polsce psy czy koty). Wdrapujemy się na sam szczyt, podziwiając po drodze bogatą i urokliwą roślinność a także nieznane nam dotąd gatunki zwierząt występujące na tamtym obszarze, jak np. karłowate zebry. Czasem nie wiemy gdzie podziać wzrok, czy patrzeć na florę i faunę, czy na malownicze widoki rozciągające się z naszej prawej strony. Człowiek by chciał wszystko naraz, tylko jak to ogarnąć :) Dotarliśmy na szczyt. Nasz wzrok przykuwa latarnia morska i „wielowskaz” sygnalizujący nam miejsce w którym się znajdujemy a także ukazujący odległość z Przylądka Dobrej Nadziei do innych miast świata. To właśnie tu na szczycie, gdzie postanęła nasza noga, to tu łączą się dwa oceany: Atlantycki i Indyjski. W czasie wolnym, po zejściu z góry możemy sobie zakupić w sklepiku z pamiątkami kartki dla znajomych i wysłać je właśnie z końca świata! :) Ja tak zrobiłam i załączyłam następujący wierszyk:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Serdecznie pozdrowienia z końca świata,&lt;br /&gt;Tu, z Afryki w środku lata,&lt;br /&gt;Z Czarnego Kontynentu,&lt;br /&gt;Z kraju złota i diamentów,&lt;br /&gt;Z kraju, gdzie mieszkają murzyniątka&lt;br /&gt;I króluje Wielka Piątka!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po południu tego samego dnia udajemy się do miejscowości Simons Town, która słynie z rezerwatu pingwinów. Wygląda to bardziej jak prywatna strzeżona plaża dla tych stworzeń niż rezerwat :) Z tym miejscem związana jest pewna historia. Dawniej, gdy jeszcze nie było rezerwatu, pingwiny chodziły sobie po ulicach tego miasta jak u nas w Polsce koty. Jednak zdarzało się niestety, że pingwiny padały ofiarą w skutek dużego ruchu samochodowego w tym miejscu. Organizacja zajmująca się ochroną zwierząt postanowiła przewieźć je w bardziej bezpieczne, mało ruchliwe miejsce w pobliżu Portu Elisabeth. Te jednak wszystkie po miesiącu wróciły do Simons Town pokonując odcinek ponad 700km. Wtedy postanowiono zaaranżować dla pingwinków ich prywatną plażę (z dostępem do oceanu rzecz jasna) i otoczyć ją ogrodzeniem. A my przechadzając się po niziutkich drewnianych mostkach obserwujemy z bliska te stworzonka. Widzimy jak wylegują się na słoneczku, łowią pożywienie i szybciutko dreptają swoimi malutkimi nóżkami. Opuszczając rezerwat przechodzimy 300m dalej i widzimy piękną plażę, na której to teraz my możemy zakosztować kąpieli morskiej czy też poszukać muszelek o ciekawych kształtach (a takich tam nie mało!). Po tak intensywnym dniu kierujemy się już w stronę Waterfrontu, gdzie zjemy kolację. Po drodze mijamy jeszcze punkt widokowy na Table Mount (Górę Stołową) (nasz kolejny punkt programu, do którego jeszcze wrócimy). Póki co zatrzymujemy się na tarasie widokowym i robimy sobie sesję zdjęciową z płaską jak stół Górą. Przechodzimy kawałek dalej wzdłuż tarasu i dochodzimy do punktu, z którego rozpościera się panorama na cały Kapstadt. Mamy fantastyczną, niczym nie zaburzoną widoczność. A kto ma lornetkę ten ma szczęście dojrzeć w otchłani nieco więcej. Widzimy ratusz, wieżowce, port, a także stadion w budowie, na którym to w roku 2010 odbędą się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Docieramy na Waterfront, gdzie posilimy się i nabierzemy sił na kolejny dzień. Do kolacji pozostała nam jeszcze niespełna godzinka. Pilot zarządza czas wolny, zaprowadza nas do punktu spotkania, po czym każdy robi to, co mu się żywnie podoba. Jedni idą w międzyczasie zrobić zakupy, drudzy podążają z pilotem na plac noblistów, gdzie ustawia się kolejka chętnych do zdjęcia z pomnikiem samego Nelsona Mandeli! Wracając z placu mamy szczęście spotkać 3 Zulusów z bębnami pod pachą, którzy bardzo chętnie poddają się sesji zdjęciowej, podobnie jak i pewien sztukmistrz, który zaprasza mnie do asystowania mu przy jego wyczynach :) Na koniec dnia jemy zasłużony posiłek. Kolejny dzień z wypiekami na twarzy (a pilot uprzedzał, że słonko tu mocne :) ) udajemy się na wspomnianą wcześniej Górę Stołową. Dostajemy się tam wieloosobową kolejką. Na górze widzimy wspaniałe formacje skalne, bogatą florę, a i dla miłośników fauny znajdzie się coś ciekawego, np. bogate w kolory jaszczurki. Z Góry Stołowej roztacza się piękny widok na ocean, na Kapstadt. Widzimy także wyspę, na której swego czasu był więziony Nelson Mandela. Ostatni raz na tej wyciecze odwiedzamy Waterfront, tym razem w celach relaksacyjnych – wypoczywamy godzinkę na pięknym żaglowcu opalając się i kosztując drinków. Po odpoczynku udajemy się do serca Kapstadtu, na jego rynek. Widzimy ratusz a także Castle of Hope (Zamek)-właściwie budowla ta bardziej przypomina fort, ale przyjęła się nazwa Zamek. Po trawniczku przed zamkiem dreptają długonogie kaczorki :) Po południu jedziemy do miejscowości, w której znajduje się jedna z najsłynniejszych wytwórni wina Durbanville, gdzie z uwagą słuchamy informacji na temat sposobu produkcji i przechowywania wina. Po wprowadzeniu nas w smakowity świat win, pilot proponuje nam degustacje tego trunku. Otrzymujemy listę pełnego wykazu win i próbujemy kilka z nich. Wytrawne najlepsze! Wieczorem udajemy się na smakowitą kolację. I tym sposobem żegnamy się z południową częścią RPA i wsiadamy w samolot, który nas przewozi na północne tereny tego kraju. Lądujemy w Johannesburgu po niespełna 1,5-godzinnym locie. Wsiadamy w autokar i jedziemy w kierunku Kruger Parku podziwiając po drodze malownicze widoki. Zatrzymujemy się by zobaczyć Blyde River Canyon, trzeci pod względem wielkości kanion świata. Opierając się o barierkę, spoglądając w dół, w górę czy przed siebie, jesteśmy świadomi swojej małości a potęgi natury. Otaczają nas zielone wzniesienia, skaliste skarpy, w dole dostrzegamy jeziorko pięknie wkomponowane w krajobraz pagórków. Niektóre wzniesienia przypominają domki murzyńskie, stojące w rządku, jeden obok drugiego. Pogodę mamy piękną a napstrykane zdjęcia przypominają pocztówki! Przejeżdżając kolejne kilkanaście kilometrów znów zatrzymujemy się, by zobaczyć rozległą panoramę, która wydawałoby się jest nieosiągalna dla ludzkiego oka. A jednak! Jesteśmy na tarasie widokowym zwanym „God's window” (Okno Boga), z którego obserwujemy przełęcze doliny, wzniesienia, potoki, bogatą roślinność, wszystko widoczne z jednego punktu. I faktycznie, stojąc na tarasie, opierając się o barierki i patrząc hen daleko możemy sobie wyobrazić jak to jest być królem :) Cudo! Wieczorem docieramy do Parku Krugera. Kruger Park jest najstarszym i największym parkiem narodowym Afryki. Powierzchnia parku wynosi 20 tys. km2. Teren parku w swoje absolutne posiadanie przejęły fauna i flora - busz i rozlegle sawanny, okraszane cieniem rozłożystych akacji. Teren ten jest nieskażony ludzką ręką, człowiek tu nie ingeruje w naturę. Wśród zwierząt obowiązuje tu prawo dziczy. Camp Skukuza to miejsce gdzie zakosztujemy snu w sercu prawdziwej dziczy. Za solidnym ogrodzeniem naszego miejsca zamieszkania (całego campingu) spacerują sobie swobodnie dzikie zwierzęta. Domki w campie są bardzo przytulne, wyposażone w podstawowy sprzęt i dobrze zabezpieczone przed nalotem komarów i innych nieproszonych gości :). Zbudowane są w stylu afrykańskim, pokryte strzechą. Następnego dnia wstajemy raniutko, jemy śniadanko i jedziemy na safari (tym razem jeszcze autokarem). Przejeżdżając przez park spotykamy różne zwierzęta, autokar jedzie wolno, a my szukamy zwierząt. Głośno wykrzyknięte słowo „STOP” to sygnał dla kierowcy, że należy się zatrzymać. Co to może oznaczać? :) Któreś ze zwierząt jest widoczne! Wszyscy przechylają się na tę stronę autokaru, gdzie zwierzak się pojawił i nie szczędzą zdjęć! :) Przechylań jest sporo :) Tego dnia widzimy naprawdę dużo zwierząt, m.in. zebry, antylopy (jest ich najwięcej i nasz pilot je nazwał Mc Donald :)), słonie, żyrafy, bawoły, nosorożce, małpy, gnu, kudu i wiele innych. W rozlewiskach pływają aligatory i hipopotamy (niekoniecznie razem :) ) Największą atrakcją tego dnia i zarazem niesamowitym szczęściem jest król wszystkich zwierząt-lew, który...przechodzi sobie przez jezdnię tuż przed naszym autokarem. Na chwilkę przystaje na środku drogi i zachowuje się jakby czekał na chętnego do zabawy :) Nie widać końca sesji zdjęciowej!! Wracamy do Campingu, mamy czas wolny. Każdy robi co chce, zabronione jest tylko przekraczanie bramy, za którą jak wiemy dzikie zwierzątka zapraszają nas na„obiad” z otwartymi ramionami. Kolejnego dnia pobudka o 5 rano i przejażdżka po Kruger Parku specjalnym wozem z otwartym dachem. Podziwiamy zwierzynę. Z rana drogami Kruger Parku przechadza się najwięcej zwierząt bo to czas by zadbać o pokarm na cały dzień i się napoić. W godzinach przedpołudniowych udajemy się naszym autokarem jadąc wzdłuż granicy z Mozambikiem do rezerwatu Podholes gdzie zobaczymy piękne, fikuśne formacje skalne wyrzeźbione przez miliony lat. Nasz następny przystanek to piękny, piętrzący się na wysokości 150 metrów wodospad Berlin. Wracając po południu do Kruger Parku, grzechem by było nie sfotografować samego założyciela tego parku czyli Paula Krugera- wcześniejszego prezydenta RPA. Wieczorem zasiadamy do kolacji a przez noc ładujemy baterie na kolejny intensywny i pełen wrażeń dzień. Tego dnia bowiem opuszczamy już na stałe „miasto zwierząt” i „podbijamy” samą stolicę RPA -Pretorię. Spacerujemy głównymi ulicami tego miasta, zatrzymując się przy znaczących obiektach, jak np. Union Buildings -budynek władz, otoczony zadbanym i bogatym w kolorowe kwiaty ogrodem, warto również zajrzeć na Church Square (plac kościelny), gdzie o dziwo nie stoi żaden kościół :) Nad tym ryneczkiem góruje pomnik Paula Krugera. Po południu dojeżdżamy do naszego nowego miejsca zakwaterowania, tzw. Lion Lodge. Wieczorem na kolacji w restauracji Carnivore mamy możliwość zakosztować specjałów tego rejonu, poznamy tym samym prawdziwy smak Afryki. Na ogromnym palenisku, na mieczach masajskich piecze się afrykańską dziczyznę. Co zjemy? mięso antylop gnu, kudu, impali czy może mięso strusia, krokodyla albo zebry? a może starczy nam miejsca w brzuszkach by spróbować wszystkiego po trochu? Na pewno mogę polecić mięso z kudu i ze strusia, na krokodylu się zawiodłam :) Dwa kolejne dni to pobyt w mieście nazywanym „afrykańskim Las Vegas”. W skład tego miasta wchodzi szereg luksusowych hoteli, kasyna, ogrody tropikalne, pola golfowe, Dolina Fal, kompleks wodny i wodospady. Główną atrakcję jednak stanowi tu Hotel pięciogwiazdkowy „Palace” zbudowany na styl antyczny, posiadający nawet swój amfiteatr klasyczny i ryneczek ze słoniem autentycznych rozmiarów wykonanym z mosiądzu. Niedaleko Pałacu znajduje się wielkie centrum rozrywkowe, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Atrakcją przy Dolinie Fal jest most, który o pełnych godzinach imituje trzęsienie ziemi (z posągów słoni wydobywa się para a stojąc na moście czujemy drgania). Miasto to zostało wybudowane na kraterze prehistorycznego wulkanu i może się poszczycić faktem, iż już trzykrotnie organizowano tu wybory Miss World. Te dwa dni zapewne każdy z nas wykorzystał do maksimum. Z mapką miasta w ręku wędrujemy od jednej atrakcji do następnej. Drugiego dnia w godzinach wieczornych po całodniowym zwiedzaniu miasta udajemy się na pokaz tańców zuluskich połączonych ze śpiewem. Następnego dnia opuszczamy Sun City i kierujemy się w kierunku Gold Reef City. Po drodze zaglądamy do Monte Casino, miasteczka nieznacznie różniącego się od swojego oryginału. Afrykańskie Monte Casino znajduje się pod dachem, przechodzimy brukowanymi uliczkami, mijamy sklepiki, restauracje, gramy w kasynie. Do miasteczka Gold Reef City dostajemy się przejeżdżając przez Johannesburg. Johannesburg to największe, najprężniej rozwijające się i najbogatsze miasto RPA. Dojeżdżamy do ostatniego punktu naszej wyprawy, jakim jest skansen znajdujący się w sercu złotodajnych wzgórz, które przeszło wiek temu rozsławiły ten pusty i nieżyczliwy ludziom rejon. To tutaj rozpoczęło swoje życie miasto Johannesburg - zasilane złotym pyłem i napływającą ze wszystkich stron świata ludnością. Najsłynniejszą atrakcją miasteczka jest nieczynna już kopalnia złota, której złoża były niegdyś najbogatsze na świecie. Pracownik skansenu prezentuje nam filmik przybliżający historię tej kopalni. Później udajemy się na pokaz wytopu złota, gdzie każdy z nas może dotknąć prawdziwej sztabki jak wiadomo wartej miliony! :) Miejscowy przewodnik pokazuje nam również maszyny, które dawniej służyły do wytopu złota. Przy jednej z tych maszyn stoi mężczyzna, który oferuje wybicie „złotej” monety na pamiątkę za określoną cenę. Obecnie na terenie dawnej kopalni znajduje się również wesołe miasteczko. W czasie wolnym młodsza część turystów korzysta z oferty lunaparku, starsza część turystów odpoczywa w tutejszych restauracyjkach bądź urządza sobie spacer. W tym miejscu kończy się nasza cudowna impreza. Pełni wrażeń i wdzięczni fantastycznemu pilotowi udajemy się na lotnisko, skąd samolot zabierze nas z powrotem do Polski. Gorąco polecam tą imprezę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aleksandra Motz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-5909055743107220897?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/5909055743107220897/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=5909055743107220897' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5909055743107220897'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5909055743107220897'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/11/rpa-diamenty-afryki.html' title='RPA - Diamenty Afryki'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-992365212533582017</id><published>2009-08-11T02:05:00.000-07:00</published><updated>2009-08-11T02:13:08.165-07:00</updated><title type='text'>TAJLANDIA KAMBODŻA WIETNAM</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dzień 1&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjeżdżamy z Biskupca. Mini autobusik ledwo nas mieści, ale dzięki temu jest ciepło. Potem temperatura rośnie bo płyny wysokoenergetyczne promieniują kaloriami. Są i śpiewy (sto lat) bo &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE099iXRCI/AAAAAAAAAus/Z8O36wixFmQ/s1600-h/1.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 132px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368630469897700386" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE099iXRCI/AAAAAAAAAus/Z8O36wixFmQ/s200/1.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;to imieniny Basi. Wreszcie Okęcie. Nowoczesność i nasze okno na świat. A w restauracji obsługa jak za dawnych pięknych lat 70-tych. Ale oni zostają a my jedziemy do ciepłych okolic .Dobrze im tak. Samolot-1/3 pusty, anektowane są wolne miejsca i mamy jak w sypialnym. A płaciliśmy tylko za siedzące hi hi. Lot trwa 11 godz. Noc i chmury. Nad Indiami widok na ośnieżone szczyty Himalajów. Piękne, łagodne, a jednocześnie wiesz, że mordercze i groźne, zimne. Pozory mylą. Lądujemy w Bangkoku, lotnisko puste-blokada dopiero co się skończyła. Nagle okazuje się że jest rok 2251.Bariera czasu złamana. Przestrzeń też chyba inna. Wymieniamy walutę i dostajemy bhaty. Szybkie wizy i do hotelu autostradą. Temperatura umiarkowana jakieś 28*C. Wzdłuż drogi budowa nadziemnej kolei. Dojazd do hotelu "Palace" i jest jak w pałacu, bo pełno służby. Po rozpakowaniu spacer w okolicy hotelu. Nozdrza chwytają czarujące zapachy Azji (głównie kuchni tajskiej). Aromaty lekko łechcą podniebienie i budzą zaciekawienie smakiem. Widać "trochę" brudu i biedy ale wszyscy są uśmiechnięci. Dziwna filozofia życia, ale może lepsza niż nasza. Panie poszły w stoiska jak konie na Służewcu. Szał. Ilości towarów przekraczają wyobraźnię. Potem kolacja w knajpie. Ceny jak u nas. Zamawiamy to co rozumiemy. Bez ryzyka. Powrót do hotelu i kawa przy basenie-jak w filmie. Są tacy co się kąpią a to już 22godz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwaga: Nie głaskać dzieci po głowie bo to święte miejsce.&lt;br /&gt;Witamy się ukłonem nie podajemy rąk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 2&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwaga: Stopy są nieczyste - obrażają ludzi nie wystawiaj ich do drugiej osoby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Domki dla duchów są wszędzie – biura, domy, pojazdy. Duchów się nie kusi - bo to powoduje pecha. Żyj z nimi w zgodzie. Lepiej tego nie sprawdzać. Idziemy na targ kwiatowy. Różnorodność barw&lt;br /&gt;i kształtów ogromna, ale ilość nas nie powala. Łazimy ulicami uważając na tuk-tuki, taksówki z pełną klimatyzacją. Jest też nowość-taxi motocyklowe. Pierwsza świątynia WAT PO z leżącym Buddą - 47 m dł i 16 m wys. Potem wchodzimy do kompleksu pałacu królewskiego. Widać bogactwo pałaców, świątyń i stup (a lud z biedy płakał i cieszył się, że król ma dobrze) jak u nas. Oglądamy szmaragdowego Buddę jadelitu, biblioteki, grobowce (stupy). Przepych. Wszyscy się uśmiechają-buddyzm radosny stworzył kraj uśmiechniętych ludzi, którzy bazują na eposie narodowym "ramakienie". Obiad na statku, a potem jazda łodziami po rzece Chao-Praya. Bangkok to Wenecja wschodu. Rzeka i kanały są trochę brudne, ale ludziom tam żyje się radośnie. Przejeżdżamy obok świątyni zwierząt (ale ryby). Potem świątynia z terakoty WAT ARUN (świtu) 86m wys. Kolacja i wieczór w teatrze tańca. Muzyka wprowadza w dziwny stan duszę. Jedzenie prawie tajskie ale pod turystów. W drodze powrotnej większość korzysta z Patpongu - dzielnicy uciech cielesnych. Intelekt tam nie potrzebny. Oprócz uciech były horrory, oszustwa i prawie western. Kult pieniądza zwycięża buddyzm. A oprócz tego mają kult Ramy IX-króla. Wszędzie jego zdjęcia pomniki, flagi. On też kocha naród (grał jazz, budowa&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1C5LOHdI/AAAAAAAAAu0/Hwv9uXQuhbs/s1600-h/2.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 138px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368630554626235858" border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1C5LOHdI/AAAAAAAAAu0/Hwv9uXQuhbs/s200/2.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;ł drogi, szkoły szpitale, i in.) Teraz choruje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 3&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy na targ wodny - 40km od Bangkoku. Po drodze ferma kokosowa - cudeńka z kokosów.&lt;br /&gt;I super niespodzianka – zdjęcia, a po 15 min. masz talerzyk z podobizną i kompletujesz serwis dla potomnych. Na targu jazda po kanałach szybkimi łódkami. Na wodzie jest wszystko: sklepy, jedzenie. Tłum ludzi i łódek. Targujesz się o wszystko. Aż do bólu bo ostateczna cena to tajemnica. Wracając, zajeżdżamy pod najwyższą stupę 120m wys. A potem fabryka jubilerska - szmaragdy i inne cudeńka.&lt;br /&gt;Na zakończenie świątynia marmurowa (w remoncie), styl trochę europejski. Na dziedzińcu dziesiątki wizerunków Buddy. W środku drzewko z darami, czego tam nie było. Powrót do hotelu. Wszędzie salony masażu i masażystki. Prawdziwe. Boks tajski w tv - oprócz rąk używają kolan i nóg. A tłuką się nieźle. Wieczorem wjazd na wieżę 309 m wys. i widok z góry. Ruchome świetlne mrowisko.&lt;br /&gt;Jest ich 13-15 mln, prawie pół Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 4&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano pobudka i jazda. Koło 8-ej wizyta w szkole. Budynki, plac apelowy, apel, jednolite stroje. Porządek, czysto. Śpiewają hymny. Miłość do ojczyzny ,króla. Spóźnieni sprzątają. Potem do granicy z Królestwem Kambodży. A tam inny świat. Cofamy się kilkadziesiąt lat. Bagażowi przewożą walizki. Kolejka na przejściu i wreszcie druga strona. Autobus trochę historyczny. A droga bita ale przejezdna (w odbudowie) - 120km jedziemy 5godz. Nowa cywilizacja "Czerwonych Khmerów" niszczyła wszystko. A naród przetrwał. Dwie stacje benzynowe po drodze jak u nas w latach 60tych a reszta to stacje butelkowe. Zaradność ludzi ogromna. Wzrasta liczba rowerów i motorków. Restauracja dla turystów z toaletą fizjologiczną (kucamy) i oryginalną - grzebień na sznurku, polewaczki do spłukiwania. Kwiat lotosu jest wszędzie (każde bajorko i bagno). A oni w tym jeszcze łowią ryby (głód zabił ok 300tys osób). Dojeżdżamy do Siaem Raep. Od roku mają światło w nocy. Miasto nowe i piękne jak u nas albo bardziej. Nocleg w pensjonacie Passagio - Boutiqe Hotel. Widać wpływy kultury francuskiej. Mamy nową walutę riel. Wieczorem smakowanie napojów nad basenem.Temp.32*C, palmy, upały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 5&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świątynie, świątynie..... jest ich w okolicy 200. Budowane w latach 800-1450. Mieszkańców było 1,5mln. Ale natura wygrywa. Nawet kamienie płaczą pękając. Handel kwitnie. Dzieci są natarczywe ale nie agresywne. Hasło "one dollar madame" słychać dookoła. Klient to towar, dbają jak mogą, starają się i ciągle uśmiechy. Nawet ryż w polu jest radosny. Można jechać słoniem a zachód słońca bywa piękny. Kolacja w knajpie. Pierwsza ofiara - omdlała najmłodsza gwiazda wycieczki. A potem wieczór nad basenem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 6&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy do pływającej wioski na jeziorze Tonie Sap. Przy drodze restauracje&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1RO--4aI/AAAAAAAAAu8/tMNBtZiZiXM/s1600-h/3.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 134px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368630800998654370" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1RO--4aI/AAAAAAAAAu8/tMNBtZiZiXM/s200/3.JPG" /&gt;&lt;/a&gt; na palach, łowisz&lt;br /&gt;w wodzie ryby i zaraz je zjadasz. Tylko woda znika. A woda to rytm życia. Ze zmianą poziomu wody zmienia się lokalizacja wioski. Obok góra Khmerów, tu się bronili długo. A potem stateczek i jezioro. Ludzie żyją i umierają na wodzie. Dbają o piękno (kwiaty) i wykształcenie (wszędzie telewizja).&lt;br /&gt;Ale uśmiechają się i są szczęśliwi. Ląd ich nie pociąga. Sklep też przypływa. Są stocznie, hodowle&lt;br /&gt;i kościół. Nie chcą się uczyć, nikt ich nie policzył. Przy brzegu stadko dzieci chwyta każdy datek, tu pojawia się agresja ale i uśmiechy. A nasze dzieci mają wszystko i nie cieszą się. Może chore. Nowa świątynia w mieście - hołd pomordowanym, zebrane czaszki z pół śmierci. A potem Świątynia kobiet, odwróconego ciała i inne. Budda to nie bóg, to człowiek. Buddyzm to nie wiara to sposób życia.&lt;br /&gt;W drodze powrotnej muzeum min. Z 11 mln min zostało 3-4mln. Są i polskie miny a jakże. Kolacja w pizzerii. Po cholerę tłuc się tyle kilometrów aby zjeść pizzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 7&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy do Phnom Penh (Perła wschodu) – 2 mln ludzi. Jest asfalt. Dużo szkół. Uczniowie biało - granatowi. Rowery i skutery. Prądu nie ma ale telewizja króluje, wsie liche. Postój na przekąskę: szarańcza, tarantule, pędraki, duriany i inne frykasy aż ślinka cieknie. Wjazd do stolicy. Mrowie jednośladów, dzięki temu są szczupli i zdrowi. Zwiedzamy Pałac Królewski z salą tronową i srebrną pagodą (Francuzi ukradli 4 tony srebra) - to było po chrześcijańsku. Ale Buddy z kryształami&lt;br /&gt;i diamentami (10 tys diamentów) nie ukradli .Za to dostawili pawilon wystawowy pasujący tam architektonicznie jak pięść do nosa. Potem pomnik Niepodległości z 1953r. (wąż Naga) Świątynia babci Penh na wzgórzu z 1372r. Na koniec -Tuol Sleng- dawna szkoła dla dziewcząt a potem więzienie. Nikt go nie przeżył. Złapano 7 obsługujących. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Armia to były dzieci i numery.&lt;br /&gt;Hotel w centrum. Apartament. Obok sklep. Towary jak u nas i jest "polska wyborowa" nawet tańsza niż w Polsce hi hi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 8&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy do Sajgonu (Paryż wschodu), tam jest nawet 12-15% chrześcijan. Najpierw promem przez Mekong. Ciasno ale bezpiecznie. Handel kwitnie. Nie chcą budować mostu. Granica-budynek nawet ładny i ruchome kantory wymiany walut. Kupujemy dongi. U nich zima opatuleni są od stóp do głów.&lt;br /&gt;Po drodze świątynia KAO DAl - zebrali co najlepsze z kilku religii i stworzyli nową. Jest ich 10 mln na świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto pcha świat na przód, ci co szukają nowego, czy ci co trwają w zastanym.&lt;br /&gt;Ale jest cukierkowo i kolorowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mijamy plantacje kauczuku - wypiera je syntetyczny. Potem jedziemy do Cu Ch i -200km podziemnych tuneli. Wietnamczycy stworzyli tam podziemne państwo. Było wszystko: szpitale kuchnie, pracownie i malutkie tuneliki. A kolos amerykański nie dał im rady. I wreszcie Sajgon, obecnie Ho HI Minh – S mln ludzi i tyleż skuterków. Morze skuterków, są jak szarańcza. Chary. Świateł niewiele a jeżdżą w uporządkowanym chaosie. Tylko buddyści tak potrafią. Miasto rozświetlone i wreszcie "Chancery Hotel". Apartament tylko problem ze światłem. A wieczorem handel na targu. Kupno koszulek, zegarków i piwo w ulicznej knajpie z zapachami kuchennymi.&lt;br /&gt;Wizyta w sklepie wąskim jak kicha - słynne 4 metry fasady. Potem kolacja w hotelu i to też była kicha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 9&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwiedzanie Sajgonu - architektura francuska. Ratusz i opera a obok restauracja szpiegów. Poczta główna a obok katedra Notre Dame (cegła z Marsylii, witraże z Chartres). Niektórzy noszą ciężary wietnamskie, waży to sporo i spróbuj z tym iść. Jednak oni są sprytni i robotni. Potem kolorowa chińska pagoda. Kadzidła ofiarne pod sufitem, przy datkach budzimy bóstwo gongiem. Musi cię zauważyć. Kolejna świątynia taoistyczna - malutka ale pełna uroku. Akurat trwają modły. Kadzidła i muzyka i śpiew. Daje to niesamowity nastrój aż do zauroczenia. W tym coś jest. Oddech innego świata. Rzeczywistość ucieka. Dusza ulatuje. A obok w nawie głaszczemy kolana bogiń płodności. To dlatego oni tak się mnożą. Lunch nad rzeką Sajgon - dekoracje zimowe: bałwanki, palmy ,bombki, świeczki. Potem fabryka laki - warunki pracy jak w XIXw. a efekt piękne wyroby. Prości ludzie tworzą piękno uchwycone w chwilę. Jest w tym urok i delikatność Azji .A także trud i pot. Kontrasty, kontrasty. Ale i tak się uśmiechają. Przelatujemy do Hajfongu - północ kraju. Miasto smutne, ciemne jak wymarłe ale 20 lat temu było mocno zburzone. Hotel ładnie udekorowany bo dla turystów. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1bLWYtcI/AAAAAAAAAvE/TN_G10dFNFs/s1600-h/4.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; FLOAT: right; HEIGHT: 136px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368630971821766082" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1bLWYtcI/AAAAAAAAAvE/TN_G10dFNFs/s200/4.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Piwo w barku. Zimno +1O*C.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 10&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjazd do zatoki Ha Long-z 1600 wyspami. Wizyta w Niebiańskiej Grocie - orgia kształtów i światła.&lt;br /&gt;Czy natura tworzy doskonalsze formy niż człowiek? Tylko jej trzeba więcej czasu bo ona nie przemija. A i tak swego dokona. Wyspy są wszędzie - różnej wielkości i kształtów. Na statku handel perłami. Siła pieniądza wygrywa z siłami natury. Potem jazda do Hanoi - 3,5mln mieszkańców. Stajemy przy jeziorze Hoan Kiem, a następnie szaleńcza jazda rikszą w tłoku i tumulcie. Jeździmy starym miastem, uliczkami cechów. Po rikszach teatrzyk wodnych kukiełek. Wreszcie kolacja w kiszkowatej restauracji z kelnerką hau-hau, miau-miau. Próby jedzenia pałeczkami. Nocleg w hotelu Golden Key. Miasto wymiera - po 23ej nie wolno im bywać w lokalach. Tylko turyści mogą. Ot i socjalizm!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 11&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zimno +12*C. Oni w kurtkach opatuleni. Mauzoleum Ho Hi Minha - szczyt architektury socjalistycznej. Potem rezydencja w pałacu gubernatora francuskiego i wiejski domek, w którym wolał być, bo to był prosty człowiek i kochał ludzi. Wszędzie flagi rewolucji. Znajomy widok. Najstarsza pagoda na jednym palu z 1049r. Na koniec świątynia literatury z 1070r. dawny uniwersytet konfucjański.&lt;br /&gt;Żółwie mądrości - głaszczemy ich głowy tylko czy to coś da. Inna kultura i spojrzenie na świat. My wyłaziliśmy z lasu a oni już się kształcili. Szybko na lotnisko, lot do Bangkoku i jedziemy do Pattayi-Hotel Sea Breeze. Degustacja napojów przy basenie hotelowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1mLeWT6I/AAAAAAAAAvM/zYn5SyOy_Ns/s1600-h/5.JPG"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; FLOAT: left; HEIGHT: 125px; CURSOR: hand" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368631160833724322" border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE1mLeWT6I/AAAAAAAAAvM/zYn5SyOy_Ns/s200/5.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;Dzień 12&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy motorówką na wyspę aby plażować i kąpać się w słońcu. Rzucało nieźle. A na plaży handel donosicielski, kupisz wszystko. Obiad i kot w chłodziarce. Żywy. Wieczorem łażenie po Pattayi Kolejny szał zakupów. Feria świateł bo nasze święta blisko. Zwiedziliśmy marinę tylko po co? Powrót do hotelu tuk-tukiem. Spotykamy Polaka rezydenta. Film się urywa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 13&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpoczywamy , temp ok. 40*C, szukamy cienia. Na plaży leżak przy leżaku i sklepy obnośne. Wieczorem dalszy ciąg zakupów. Wizyta w dzielnicy uciech - wszędzie to samo. Ale ulice tętnią życiem. Turyści, naganiacze i stada małych piękności. Wieczorem pakowanie, żeby zabrać wszystko a i tak coś zostało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień 14&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bangkok i odlot. Samolot w części pusty.&lt;br /&gt;Warszawa - śnieg i zimno a jeszcze 11 godzin temu......&lt;br /&gt;Nie widać dekoracji świątecznych a nasze święta blisko.&lt;br /&gt;I ludzie jakoś się nie uśmiechają. Który świat jest inny?&lt;br /&gt;No i wróciliśmy do 2008 roku. O całe 550 lat wstecz. &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-992365212533582017?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/992365212533582017/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=992365212533582017' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/992365212533582017'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/992365212533582017'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/08/tajlandia-kambodza-wietnam.html' title='TAJLANDIA KAMBODŻA WIETNAM'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SoE099iXRCI/AAAAAAAAAus/Z8O36wixFmQ/s72-c/1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-518342987663046027</id><published>2009-05-15T02:23:00.000-07:00</published><updated>2009-05-15T03:03:00.480-07:00</updated><title type='text'>Tajemnice piramid Majów - Meksyk, Gwatemala, Honduras</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Majowie to najwięksi budowniczowie piramid na świecie. Gdy starożytni Egipcjanie zbudowali ich &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg006rNbR3I/AAAAAAAAAss/NotkFvHb20M/s1600-h/DSCF3082.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335979316140001138" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg006rNbR3I/AAAAAAAAAss/NotkFvHb20M/s200/DSCF3082.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ponad 100 to Majowie ponad 1000. Pierwotnie świat nauki uznawał że piramidy miały wyłącznie zastosowanie sakralne ale w wyniku badań archeologicznych okazało się, że były także grobowcami wielkich władców. Być może spełniały także inne funkcje ale jak dotąd jest to jeszcze jedna z nie odkrytych tajemnic ich twórców. W czasach swojej świetności malowane na czerwono, co symbolizowało krew i słońce odradzające się z każdym nowo nastającym dniem. Dzisiaj jasne albo poszarzałe, nagryzione zębem&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg01oqVt6vI/AAAAAAAAAs0/cuWzJVSBzE8/s1600-h/DSCF3173.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335980106180324082" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg01oqVt6vI/AAAAAAAAAs0/cuWzJVSBzE8/s200/DSCF3173.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; czasu, nieograniczonym apetytem dżungli.&lt;br /&gt;Moją wędrówkę po tym magicznym świecie zacząłem od Chichen Iza. Po przekroczeniu współczesnych bram miasta, gdzie oczywiście znajdują się kasy biletowe nastąpił krótki marsz, który doprowadził nas do stóp jednej z piramid poświęconych Kukulkanowi, bogowi przychylnemu ludziom, symbolizującego dostatek i urodzaj. To był pierwszy kontakt z budowlami Majów, uwertura przed finałem, który rozegrał się na głównym placu miasta. Kiedy wreszcie tam dotarliśmy, stanęliśmy przed jedną z najbardziej okazałych piramid świata Majów, Piramidą &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg012TV5obI/AAAAAAAAAs8/q4W6uXeZ5ik/s1600-h/DSCF3191.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335980340525244850" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg012TV5obI/AAAAAAAAAs8/q4W6uXeZ5ik/s200/DSCF3191.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kukulkana, zwaną także El Castilio /czyli zamek/. Podstawę piramidy stanowi kwadrat o boku 55,5 m. Wysokość 24 m a kąt pochylenia ramp ze stopniami 45˚. Piramida ta jest szczególnego rodzaju kalendarzem majańskim.&lt;br /&gt;Z każdej strony na jej szczyt prowadzi 91 stopni czyli w sumie 364, dających wraz z górną platformą liczbę 365, a więc liczbę dni w kalendarzu haab. Piramida składa się z 9 kwadratowych platform ułożonych jedna na drugiej, na których 4 bokach centralnie zbudowano rampy ze schodami. Pomiędzy ścianami ramp znajduje się 18 boków platform stykającyc&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg02LPBfyCI/AAAAAAAAAtE/RRFiRKj1ChQ/s1600-h/DSCF3284.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335980700143175714" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg02LPBfyCI/AAAAAAAAAtE/RRFiRKj1ChQ/s200/DSCF3284.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;h się pod kątem prostym. Liczba 18 odpowiada liczbie miesięcy kalendarza majańskiego. Na bokach platform zawartych pomiędzy rampami można dostrzec w sumie 52 wgłębienia, co jest równe liczbie długości Koła Kalendarzowego, czyli okresu w latach, po upływie którego pojawia się taka sama kombinacja dnia świętego kalendarza tzolk’in i miesiąca kalendarza haab. Budowlę usytuowano w taki sposób, że podczas wiosennego i jesiennego zrównania dnia z nocą pierwsze promienie słońca powoli przesuwają po schodach, co wywołuje wrażenie, że Kukulkan, którego głowę wyrzeźbiono na szczycie piramidy a ogon u podstawy, pełznie do swej świątyni. Niestety t&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg02aqTZoPI/AAAAAAAAAtM/8jZPacKGrLQ/s1600-h/DSCF3350.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335980965164065010" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg02aqTZoPI/AAAAAAAAAtM/8jZPacKGrLQ/s200/DSCF3350.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ego zjawiska nie dane mi było obejrzeć. Nie można było także wdrapać się stromymi schodami na szczyt piramidy, gdyż już od kilku lat ta atrakcja jest niedostępna dla turystów.&lt;br /&gt;Kolejnym miejscem, które odwiedzamy jest Uxmal. Stromą piramidę w najstarszym z dotąd odkrytych ośrodków kultowych Majów, zbudowano – z nieznanych powodów – na podstawie w kształcie precyzyjnie wykreślonej elipsy. Piramida nazywana jest Piramidą Czarnoksiężnika a Indianie nazywali ja Domem Karła. Obydwie te nazwy wywodzą się z legendy Majów z Jukatanu. Dawno, dawno temu w Uxmal mieszkała bezdzietna staruszka. Pewnego dnia znalazła jajko z któr&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg05pmz0J7I/AAAAAAAAAtU/FSw0GBRzx1M/s1600-h/DSCF3389.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335984520459200434" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg05pmz0J7I/AAAAAAAAAtU/FSw0GBRzx1M/s200/DSCF3389.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ego wykluło się dziecko. Staruszka poczuła się szczęśliwa i dbała o nie jak o własne. Kiedy chłopiec skończył rok, przestał rosnąć, lecz ona się tym nie zmartwiła, gdyż była pewna, że przyszłości chłopczyk zostanie wielkim władcą. Po paru latach zmusiła go aby udał się do domu władcy i zaproponował mu współzawodnictwo. Po kilku próbach, z których karzeł wychodził zwycięsko, władca oburzony tym, że karzeł śmie się z nim równać postawił mu nowe zadanie. W ciągu jednej nocy ma wznieść budowlę wyższą niż wszystkie inne w okolicy pod groźbą śmierci jeżeli nie wykona zadania. Chłopiec był przerażony, ale przybrana matka go pocieszała a nazajutrz &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg07Sittm5I/AAAAAAAAAts/duukk6jPnWU/s1600-h/DSCF3457.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335986323246128018" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg07Sittm5I/AAAAAAAAAts/duukk6jPnWU/s200/DSCF3457.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;obudził się na szczycie piramidy, która odtąd nazywana jest Domem Karła. Władca zaproponował ostatnia próbę – pojedynek toczony palmowymi łodygami aż do ostatecznego zwycięstwa. Staruszka umieściła na głowie karła kukurydziany placek i przekonywała aby się nie lękał. Gdy władca uderzył chłopca kij pękł nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Wtedy karzeł rozbił mu czaszkę jednym uderzeniem po czym uroczyście został ogłoszony zwycięzcą i władcą Uxmal. Jedna z Uxmalskich piramid została częściowo zrekonstruowana. Wdrapuję się na jej szczyt wąskimi i ostro pochylonymi stopniami może dzięki temu będę bliższy uchylenia choćby rąbka tajemnic jej budowniczych. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg06YmxZYeI/AAAAAAAAAtk/obssd_X5xD0/s1600-h/DSCF3440.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335985327902908898" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg06YmxZYeI/AAAAAAAAAtk/obssd_X5xD0/s200/DSCF3440.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Podróżujemy w głąb Jukatanu. Zanurzamy się w najprawdziwszą dżunglę. Docieramy do miejsc, gdzie jeszcze kilka lat temu trzeba było organizować ryzykowne wyprawy trwające kilka dni.&lt;br /&gt;Bonampak, niepozorne ruiny głęboko ukryte w lesie deszczowym. Budowniczowie piramidy wykorzystali ukształtowanie terenu dzięki czemu mogli ją wznieść dużo mniejszym nakładem pracy. Prawdopodobnie piramida i całe miasto pozostałyby zapomniane jak wiele jemu podobnych, pochłoniętych przez dżunglę gdyby nie malowidła ścienne odkryte w jednej z jego niewielkich świątyń. Murale z Bonampak co po indiańsku znaczy „malowane mury” &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg06Colgt2I/AAAAAAAAAtc/kudPQ3Tz9y8/s1600-h/DSCF3397.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335984950432806754" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg06Colgt2I/AAAAAAAAAtc/kudPQ3Tz9y8/s200/DSCF3397.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;są najznamienitsze jakie pozostały do naszych czasów w całym świecie Majów.&lt;br /&gt;Po Bonampak kolej na Yaxchilan, które jest dostępne jedynie od strony granicznej rzeki Rio Usumacinto. Prawie godzinna podróż pomiędzy Meksykiem i Gwatemalą do ruin miasta zaszytego w sercu dżungli. Największe wrażenie robi na mnie świątynia oznaczona jako struktura nr 33. Wieńczy ona szczyt naturalnej piramidy, której stopnie wykonano na ostro pochylonym zboczu zaś z dołu wygląda jak ruiny potężnego zamczyska o niezliczonej liczbie komnat. Sama świątynia &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg07g3Vn84I/AAAAAAAAAt0/RADXhVAsHWI/s1600-h/DSCF3465.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335986569300407170" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg07g3Vn84I/AAAAAAAAAt0/RADXhVAsHWI/s200/DSCF3465.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;oczarowuje wspaniałymi reliefami przedstawiającymi sceny życia władców Yaxchilanu umieszczonymi w nadprożach. Do widoku piramid jakie znajdują się na akropolu zdążyliśmy już przywyknąć…&lt;br /&gt;Kolejny obiekt, który zwiedzamy to Palenque, uważane za jedno z najpiękniejszych miast Majów. Miasto pełne tajemnic, zwłaszcza że dżungla skrywa dotąd około 3000 nie odkopanych obiektów, z których wiele dorównuje a nawet przewyższa wielkością słynną piramidę nazywaną Świątynią Inskrypcji z grobem władcy Palenque K’inich Hannab Pakala. Zwolennicy teorii odwiedzin Ziemi przez kosmitów, zapewne pamiętają słynną hipotezę Deanikena, który uważał że Pakal był astronautą a relief na płycie grobowej przedstawiał start &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg070C923BI/AAAAAAAAAt8/tu3LfK86hlg/s1600-h/DSCF3534.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335986898839460882" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg070C923BI/AAAAAAAAAt8/tu3LfK86hlg/s200/DSCF3534.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;statku kosmicznego. Natomiast naukowa interpretacja reliefu twierdzi że Pakal został na nim pokazany jako człowiek i władca w centrum kosmosu. Jego ciało spoczywa na szkieletowym maszkaronie symbolizującym zejście do krainy śmierci. Z jednej strony niczym król słońce zstępował do podziemnego świata, aby odrodzić się ponownie. Z drugiej strony personifikował boga Kukulkana, który zgodnie z mitem stworzenia świata powrócił do życia wyłaniając się z pękniętej skorupy żółwia. Płaskorzeźby na płyci&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg0793vYmiI/AAAAAAAAAuE/kw669G63pxE/s1600-h/DSCF3896.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335987067624659490" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg0793vYmiI/AAAAAAAAAuE/kw669G63pxE/s200/DSCF3896.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e grobowca przedstawiają symbole trzech poziomów majańskiego kosmosu i czterech stron świata. Piramida przykrywająca grobowiec Pakala ma na wzór podziemnego świata dziewięć poziomów. Niestety, grobowiec Pakala jest niedostępny dla turystów. Pozostaje co najwyżej zakup pamiątki z rysunkiem reliefu a wybór jest ogromny.&lt;br /&gt;W sąsiedztwie Świątyni Inskrypcji znajduje się kompleks trzech piramid nazywany Grupą Krzyża, wzniesiony przez syna Pakala, K”inich Kan Balama II. Tworzą one replikę trzech kamiennych tronów ustawionych w dniu stworzenia świata. Posiadają schody skierowane na wspólny plac i bogato zdobione zwieńczenia dachów. Na górnych platformach wzniesiono świątynie. Trzy świątynie Grupy Krzyża &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg08PTvk7aI/AAAAAAAAAuM/PbFHWj1yRfU/s1600-h/DSCF4023.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335987367199436194" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg08PTvk7aI/AAAAAAAAAuM/PbFHWj1yRfU/s200/DSCF4023.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;symbolizują miejsca narodzin bogów z tzw. Triady Palenque. Największa z trzech budowli – Świątynia Krzyża poświęcona jest bogu I. Sąsiednia Świątynia Liściastego Krzyża poświęcona jest bogu II związanemu z władzą królewską. Ostatnia ze świątyń, Świątynia Słońca poświęcona jest bogu III.&lt;br /&gt;Skracając czas i przestrzeń przenosimy się do Hondurasu aby zwiedzić Copan. Copan jest jednym z nielicznych ośrodków Majów, w którym archeologom udało się odkryć budowle z wcześniejszych okresów. Majowie bowiem mieli zwyczaj wznoszenia budowli jednych na drugich. W Copan nagro&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg08iXyXn9I/AAAAAAAAAuU/pugtiC1iiFQ/s1600-h/DSCF4027.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335987694702403538" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg08iXyXn9I/AAAAAAAAAuU/pugtiC1iiFQ/s200/DSCF4027.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;madziło się niezwykłe bogactwo steli i pozostałości śladów piśmiennictwa Majów.&lt;br /&gt;Copan było jednym z największych miast Majów. Według rożnych szacunków mogło je zamieszkiwać nawet około 200000 osób. Najcenniejszą pamiątką z okresu jego świetności są Schody Hieroglifów, stanowiące wejście na teren wielohektarowego centralnego kompleksu piramid, tarasów i świątyń z pięcioma wielkimi dziedzińcami Akropolis. Zbudowane zostały z 63 stopni o wysokości 45 cm i 16,0 m szerokości, na których wyryto 2500 znaków hieroglificznych (część schodów zapadła się w XIX w. i współcześnie są odtwarzane). Jest to najdłuższy zabytek piśmiennictwa Majów i zarazem najbardziej znany zabytek Copán. Tak wielka ilość znaków &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg09a-cpSYI/AAAAAAAAAuc/PZ2w-21zpHc/s1600-h/DSCF4085.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335988667152943490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg09a-cpSYI/AAAAAAAAAuc/PZ2w-21zpHc/s200/DSCF4085.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zgromadzonych w jednym miejscu przyczynia się do wydzierania z mroków dziejów niedostępnych tajemnic Majów.&lt;br /&gt;Powracamy do Gwatemali i jedziemy do Tikalu znajdującego się w głębi deszczowego lasu.&lt;br /&gt;Wędrujemy zielonymi tunelami przy ogłuszających wrzaskach wyjców. Docieramy w końcu na główny plac Tikalu, miejsce publicznych zgromadzeń i ceremonii, otoczone od wschodu i zachodu schodkowymi piramidami, czterdziestopięciometrową Piramidą I, zwieńczoną Świątynią Jaguara, kryjącą grób wodza Jasawa Chana Kawiila i Piramidą II, ze Świątynią Masek u szczytu. Od północy i południa twierdzami – akropolami Centralnym i Północnym, gdzie zlokalizowano świątynie i pałace a także stele i miejsca pochówków dla klas w&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg09maSuvCI/AAAAAAAAAuk/mfVYaQPREps/s1600-h/DSCF4251.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335988863606111266" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg09maSuvCI/AAAAAAAAAuk/mfVYaQPREps/s200/DSCF4251.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;yższych indiańskiego społeczeństwa. W Tikalu mamy sposobność zobaczyć najwyższą z piramid majańskich, Piramidę IV o wysokości 64,6 metra, zbudowaną prawdopodobnie w 720 roku, zwieńczoną Świątynią Dwugłowego Smoka.&lt;br /&gt;Wreszcie można się wdrapać na szczyty piramid. Nie po ich stromych schodach, choć przy mniejszych piramidach i taka możliwość istnieje ale po specjalnie wykonanych schodach i drabinach.&lt;br /&gt;Z tych wysokości czubki piramid wyłaniają się z dżungli jak zagubione okręty na bezmiernym zielonym oceanie. Wędrówka po świecie Majów dobiega końca. Ostatnie miejsce na trasie to Tulum.&lt;br /&gt;Obraz schyłku dawnej świetności – kurcząca się przestrzeń, skromne budowle brak rozmachu. Takie jest właśnie Tulum. Górująca nad nim świątynia Kukulkana w niewielkim stopniu przypomina piramidę i jest jakby ostatnim tchnieniem jakim wydała cywilizacja Majów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wycieczka MGH/11/05&lt;br /&gt;„Tajemnice Ameryki Łacińskiej”&lt;br /&gt;Marek Malinowski &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-518342987663046027?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/518342987663046027/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=518342987663046027' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/518342987663046027'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/518342987663046027'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/05/tajemnice-piramid-majow-meksyk_15.html' title='Tajemnice piramid Majów - Meksyk, Gwatemala, Honduras'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sg006rNbR3I/AAAAAAAAAss/NotkFvHb20M/s72-c/DSCF3082.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-4748875306310945197</id><published>2009-05-05T01:17:00.000-07:00</published><updated>2009-05-05T01:39:20.741-07:00</updated><title type='text'>Relacja z wycieczki „Wenezuela – karaibska księżniczka Ameryki” 7-18.02.2009 r.</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dzień 1. Wczesna pobudka, po godz. 5-tej rano trzeba być już na Okęciu. Wylatujemy z niewielkim opóźnieniem ok. 7.20, a o 9.30 wysiadamy z samolotu na lotnisku de Gaulle’a w Paryżu. Kontrola paszportowa, kontrola bezpieczeństwa, swoje oczywiście trzeba odstać i pakujemy się do następnego samolotu, który zabiera nas już bezpośrednio do Caracas. Po ponad 9-godz. locie lądujemy w stolicy Wenezueli, jest 15.15 miejscowego czasu. Kolejna odprawa, trwa to trochę, ich tempo pracy przyprawia o szczękościsk, ale cóż, ... sami tego chcieliśmy. Jeszcze chwila stresu, ale walizki wyjeżdżają na taśmie, więc już nic złego nas chyba nie spotka. Jedziemy do hotelu, tego dnia nie ma już nic w planie oprócz kolacji, wszyscy chcą odpocząć po podróży. Hotel podobno najlepszy w mieście, wg lokalnej kategorii 5 gwiazdek, ale jakby to odnieść do naszych warunków to taki wczesny Gierek. Ale przecież nie przyjechaliśmy po to, aby siedzieć w hotelu.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_2vzL_OYI/AAAAAAAAAp8/sq95ibM8Iqk/s1600-h/1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332251784884730242" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_2vzL_OYI/AAAAAAAAAp8/sq95ibM8Iqk/s200/1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dzień 2. Ten dzień przeznaczony jest na zwiedzanie Caracas. Podobno nic szczególnego, podobno rozczarowuje jak każda stolica w Ameryce Południowej, ale to jednak stolica, więc zobaczyć wypada. Odwiedzamy więc plac Bolivara, dom Bolivara, muzeum Bolivara, oglądamy obrazy z Bolivarem, pomniki Bolivara, skarpetki Bolivara, dziurawą wannę&lt;br /&gt;Bolivara, na koniec wszyscy prawie wymiotują Bolivarem, ale to przecież jeden z twórców niepodległej Wenezueli, więc trzeba to jakoś&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_22vVoQaI/AAAAAAAAAqE/dVzxhmPHoHk/s1600-h/2.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332251904110510498" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_22vVoQaI/AAAAAAAAAqE/dVzxhmPHoHk/s200/2.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; zdzierżyć. Odwiedzamy parlament Wenezueli, panteon, gdzie pochowani są wielcy Wenezuelczycy, oczywiście z Simonem Bolivarem na czele. Potem wjeżdżamy kolejką linową na górę, z której widać panoramę miasta. Teraz dopiero widać, jak pięknie, na wzgórzach położone jest Caracas. Jedziemy jeszcze do małego, kolonialnego, bardzo urokliwego miasteczka 15 km od stolicy, tam krótka przerwa i wracamy na kolację i nocleg do naszego hotelu, gdzie ponoć sam prezydent Hugo Chavez imprezki dla swoich gości urządza. Czujemy się wyjątkowo zaszczyceni...&lt;br /&gt;D&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_28owxqaI/AAAAAAAAAqM/VEU71OdfnKw/s1600-h/3.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252005424540066" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_28owxqaI/AAAAAAAAAqM/VEU71OdfnKw/s200/3.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zień 3. Pobudka o 4.30. Dostajemy śniadanie, kawę i paczkę z jedzeniem na drogę i jedziemy na lotnisko, żeby zdążyć na samolot do Puerto Ordaz. Wiekowy McDonell Douglas DC-9 nie wygląda najgorzej, w dodatku ochrzcili go "Juan Pablo II" i w tym cała nadzieja, że doleci w całości. Okazuje się całkiem wygodny, załoga sympatyczna, więc lecimy. Po starcie ukazuje się nam przepiękna panorama Caracas, a chwilę potem dostojne góry Cordillera Costa wchodzące prawie do samego morza. Samolot wznosi się i skręca na południe. Po 50 min. lotu lądujemy w Puerto Ordaz, dalej jedziemy już autobusem jedyną drogą prowadzącą na południe, wyasfaltowaną dopiero w latach 90-tych. Jeden pas w jedną stronę, jeden w drugą, to cała arteria komunikacyjna biegnąca przez pół Wenezueli.&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3EWE2XBI/AAAAAAAAAqU/XcpIiSCqTV4/s1600-h/4.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252137847413778" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3EWE2XBI/AAAAAAAAAqU/XcpIiSCqTV4/s200/4.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Po drodze widzimy mityczne El Dorado, krainę złota, gdzie jeszcze do dziś można spotkać tych, którzy stoją godzinami w rzece z sitem, licząc na odmianę swojego losu. Zwiedzamy też fragment kopalni złota w El Callao. Prawie cały dzień w podróży, ponad 1000 km za nami, kiedy wieczorem docieramy do Kamoiran, leżącego na terenie parku Canaima i Gran Sabany: krainy gór stołowych tepuy, wodospadów, parków narodowych. Tam przewidziany jest nocleg w ośrodku prowadzonym przez Indian. W domkach, które ochrzciliśmy jako "reksiowe budki", warunki są spartańskie, ale właściwie wszystko co trzeba, to było, poza tym nic innego i tak tam nie ma w okolicy, więc nikt nie narzeka. Indianie karmią dość smacznie, więc tym bardziej &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3OyZJJoI/AAAAAAAAAqc/Qn38L8ZupPo/s1600-h/7.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252317247415938" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3OyZJJoI/AAAAAAAAAqc/Qn38L8ZupPo/s200/7.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wszyscy zadowoleni.&lt;br /&gt;Dzień 4. Kolejny dzień jest bardzo relaksujący. Opuszczamy Kamoiran i jedziemy dalej na południe. Zatrzymujemy się przy najbardziej urokliwych wodospadach, jest czas na kąpiel, naturalne hydromasaże, opalanie, po prostu cudowny wypoczynek. Największe wrażenie robi niezbyt może wysoki, bo jakieś 70m, ale bardzo pięknie położony wodospad Kama Meru i jaspisowy potok o pomarańczowym dnie. Jaspis to skała o takim właśnie kolorze. Po drodze jeszcze punkty widokowe na góry stołowe, najpiękniejsze z nich: Yuruani, Monte Roraima i Kukenan. Zostaje nam trochę czasu, więc wjeżdżamy do Brazylii na małe zakupy, mała miejscowość La Linea to właściwie jedna ulica, trochę sklepów i straganów. Wracamy do Wenezueli i nocujemy w całkiem przyjem&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3WkWm5UI/AAAAAAAAAqk/f6CB2RMlifY/s1600-h/8.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252450917639490" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3WkWm5UI/AAAAAAAAAqk/f6CB2RMlifY/s200/8.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;nym hotelu w Santa Elena de Uairen tuż przy granicy.&lt;br /&gt;Dzień 5. Tego dnia czeka nas jedna z największych atrakcji tej wycieczki. Opuszczamy Santa Elena i kierujemy się w drogę powrotną na północ, tą samą oczywiście, jedyną drogą, którą przemierzaliśmy przez ostatnie 2 dni. Po ok. 2.5 godz. docieramy do małego lotniska, to właściwie tylko pas startowy i malutki plac postojowy dla samolotów. Tam wsiadamy do awionetek. Mam szczęście, że posadzili mnie obok pilota, dla właściwego wyważenia samolotu podobno... Obok mnie siada sympatyczny wenezuelski pilot, który angielski zna mniej więcej w takim stopniu jak ja hiszpański, czyli dość mizernym. Ale jak się wkrótce okaże, huk w środku jest taki, że żadna rozmowa nie wchodzi w grę. A więc lecimy znów:)) Lecimy nad Gran &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3imOwrTI/AAAAAAAAAqs/DCdRxpCt-cU/s1600-h/9.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252657580027186" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3imOwrTI/AAAAAAAAAqs/DCdRxpCt-cU/s200/9.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Sabaną, nad górami stołowymi, nad dżunglą, obserwujemy rzeki wijące się pośród dżungli. Jest trochę chmur, przeszkadzają nieco w podziwianiu widoków, ale też nie jest najgorzej. Po upływie ok. pół godziny znudzony dotychczas pilot zaczyna wytężać swą uwagę, spogląda to za okno, to na GPS-a, manipuluje przy instrumentach, lecimy przez chmurę, nie bardzo widać cokolwiek, aż nagle... wylatujemy z chmury i naszym oczom ukazuje się Diabelski Kanion, pilot pokazuje coś ręką, patrzymy w tamtym kierunku i... jest!!! Najwyższy wodospad świata Salto Angel jest przed nami! Widok zapiera dech w piersiach, przelatujemy obok niego, potem robimy zwrot w kanionie i znów go widzimy, tylko po drugiej stronie. Płynie rzeka, napotyka na ścianę, woda leci w dół prawie 1000 m, potem rzeka płynie dalej. Tak prosto to napisać, ale ten widok na pewno pozostanie nam przed oczami do końca życia. Wylatujemy z kanionu, pilot uśmiecha się i podnosi kciuk do góry, wszyscy robimy to samo w jego kierunku :)) Po kilkunastu minutach lądujemy na terenie Parku Canaima, tutaj czekają nas dalsze atrakcje. Rozbieramy się do kąpielówek, wsiadamy do in&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3r5ikUHI/AAAAAAAAAq0/ZPO0nuzIWfU/s1600-h/15.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252817382199410" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3r5ikUHI/AAAAAAAAAq0/ZPO0nuzIWfU/s200/15.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;diańskiego canu i płyniemy podziwiać kolejne wodospady. Przed jednym z nich zatrzymujemy się. Sympatyczna "mieszana Indianka" prowadzi nas na góręwodospadu, potem schodzimy w dół i przechodzimy pod wodospadem, z drugiej strony ściany wody. Wychodzimy oczywiście kompletnie mokrzy, ale przeżycie to wspaniałe. Wracamy do łódki, płyniemy na obiadek. Po krótkim odpoczynku, podziwianiu widoczków, kwiatów, papug wsiadamy do naszych awionetek i kontynuujemy lot do Puerto Ordaz. Po drodze lecimy nad ogromnym jeziorem Guri, to sztuczny zbiornik zaporowy na rzece Caroni. Bezpiecznie lądujemy w Puerto Ordaz, tam kolacja i nocleg w zjawiskowym hotelu, w którym większość pokoi ma okna wychodzące na... korytarz. Nie tylko okna pokoi, łazienek również. Ot, Wenezuela. Na szczęście okna mają zasłonki ...&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_30_P4uMI/AAAAAAAAAq8/cTZGPF7tuBE/s1600-h/16.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332252973533280450" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_30_P4uMI/AAAAAAAAAq8/cTZGPF7tuBE/s200/16.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Dzień 6. Opuszczamy nasz zjawiskowy hotel i jedziemy do przystani. Wsiadamy do motorówek i płyniemy do miejsca, gdzie rzeka Caroni wpada do Orinoko. Wody tych rzek się mieszają na odcinku ok. 12 km i widać, jakby dwie rzeki płynęły w jednym korycie. Widać to dobrze, bo Caroni ma ciemną wodę ze względu na dużą zawartość teiny, substancji, która jestteż w herbacie. Mimo tego koloru to bardzo czyste rzeki. Następnie podpływamy pod wodospad La Llovizna, który spadając tworzy mgiełkę wody, wpływamy w tą mgiełkę i po chwili wszyscy jesteśmy mokrzy jak po ulewnym deszczu :) Wodospad nie jest duży, ale bardzo urokliwy. W drodze powrotnej do przystani zat&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3-de2yaI/AAAAAAAAArE/dG5Qq0ZSGg4/s1600-h/17.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332253136267954594" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_3-de2yaI/AAAAAAAAArE/dG5Qq0ZSGg4/s200/17.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rzymujemy się jeszcze na małej plaży, tam chwila na kąpiel w rzece Caroni. Docieramy do przystani, przebieramy sięi jedziemy autobusem w kierunku delty Orinoko. Docieramy do miejscowościBoca de Uracoa. Zabieramy z autobusu tylko podręczne rzeczy, to, co będzie potrzebne na jeden nocleg i pakujemy się do motorówek. Przed nami godzinna, szalona jazda motorówkami po kanałach delty, wreszcie docieramy do miejsca, które nazywa się Mis Palafitos. Tam będziemy spać. Miejsce to niezwykłe. Drewniane domki na palach, drewniane podesty, pod spodem chlupie woda. Wokół małpki, papugi, tukany, żółwie, po prostucudnie, jak w bajce:)) Jemy obiad, przebieramy się w długie spodnie, koszule z długimi rękawami, ubieramy kalosze, oblewamy się litrami środków przeciw komarom, wsiadamy do motorówek i płyniemy do miejsca, skąd rozpoczniemy krótki spacer po dżungli. Grzęźniemy w błocie, komary latają wokół nas, jest duszno, jeszcze te nasze długie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4IbwcA9I/AAAAAAAAArM/ws7Tx9B29Qc/s1600-h/18.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332253307603518418" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4IbwcA9I/AAAAAAAAArM/ws7Tx9B29Qc/s200/18.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ubrania... Idącyprzed nami chłopak toruje drogę maczetą. Robimy krótki postój, Indianinścina palmito, rozłupuje korę i kosztujemy miejscowego przysmaku: rdzenia palmy palmito. Jest smaczny, smakuje trochę jak młodziutkiorzech włoski. Po półgodzinnym spacerze opuszczamy dżunglę, wsiadamy do naszych łódek i rozpoczynamy wycieczkę po kanałach delty. Tym razem płyniemy wolno, obserwując co ciekawsze rośliny, np. kakao wodne. Maprześliczny, pachnący kwiat, poza tym jego świeże owoce smakują całkiemnieźle. Obserwujemy ptaki: papugi, tukany, kormorany, czaple, cza&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4dcA3odI/AAAAAAAAArU/CDkUkL8Dlg8/s1600-h/19.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332253668449690066" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4dcA3odI/AAAAAAAAArU/CDkUkL8Dlg8/s200/19.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;sem słychać wycie wyjca. Zatrzymujemy się tuż przy skraju dżungli, każdy dostaje do ręki prymitywną wędkę z kija bambusowego z kawałkiem żyłki i topornym haczykiem, zakładamy na niego po kawałku kurczaka i próbujemy łowić piranie. I udaje się, złowiliśmy kilka sztuk, niektóre całkiempokaźne jak na piranie!!! Oczywiście najwięcej łowią nasi przewodnicy Indianie, dwa sympatyczne chłopaki. Płyniemy następnie do wioski indiańskiej, to plemię Guarao zamieszkuje te tereny. Wizyta ma charakter typowo handlowy, kupujemy jakieś wisiorki, naszyjniki, bransoletki, cóż... o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne: to rzeczyoryginalne i niepowtarzalne wykonane z nasion różnych roślin, te kilka boliwarów zostawionych tam nas nie zuboży, a dla tych ludzi to na pewno spory zastrzyk finansowy. Zapada zmierzch. Ponownie wsiadamy do motorówek, płyniemy na środek jednego z kanałów delty i tam nasi przewodnicy zatrzymują motorówki jedna przy drugiej. Otwierają &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4s_lWgLI/AAAAAAAAArc/1wpcgW_O3ys/s1600-h/20.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332253935695986866" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_4s_lWgLI/AAAAAAAAArc/1wpcgW_O3ys/s200/20.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;termos, wyjmują butelkę rumu, każdemu nalewają do plastikowego kubka, do tegotrochę coli... to drugi taki magiczny moment na tej wyprawie, kiedy dech zapiera w piersiach. Zachodzące słońce, delta Orinoko i my na środku... Robi się ciemno, więc wracamy do naszych domków na palach. Śpimy, a od czasu do czasu budzi nas chlupot wody, a rano małpy goniące po dachach z liści palmowych.&lt;br /&gt;Dzień 7. Po śniadaniu opuszczamy ośrodek i i wyruszamy w drogę powrotnąmotorówkami do przystani w Boca de Uracoa. Znów godzina szalonej jazdy, która sama w sobie też jest dużą atrakcją. Już z daleka dostrzegamy naszego Pana Samochodzika i autokar dziwacznej marki Encava. Wsiadamy i jedziemy dalej na północ w kierunku Caripe, kt&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_42k8tRyI/AAAAAAAAArk/Swlt7rzKYHk/s1600-h/27.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332254100344882978" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_42k8tRyI/AAAAAAAAArk/Swlt7rzKYHk/s200/27.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;óre stanowi nasz dzisiejszy cel. Jest tam jaskinia, będąca rezerwatem tłuszczaków.To takie ptaki, trochę większe od gołębia o całkiem sympatycznym wyglądzie, wydają jednak trochę przeraźliwy wrzask. Nie widzą one, a orientują się na zasadzie echolokacji, podobnie jak nietoperze. Z tym,że nietoperze działają w zakresie ultradźwięków, a te ptaszyska wzakresie dźwięków słyszalnych. Wchodzimy ok. 470 m w głąb tej jaskini, sceneria jak z Hitchcoca, jeszcze ten wrzask tłuszczaków! Nie wszyscy zdecydowali się iść do końca i zawrócili do wyjścia. Przemierzamy trasę, którą jako pierwszy pokonał odkrywca tej &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_5OH0dcKI/AAAAAAAAArs/1s4OISKAgfU/s1600-h/28.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332254504842522786" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_5OH0dcKI/AAAAAAAAArs/1s4OISKAgfU/s200/28.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;jaskini Alexander von Humboldt. Odwiedzamy jeszcze plantację kawy, której największą atrakcją jest możliwość skosztowania... mandarynek i pomarańczy prosto z drzewa:)) Nocujemy whotelu w Caripe, jest ładnie położony, z widokiem na góry, ale to odkrywamy dopiero następnego dnia, bo docieramy tam już po zmroku.&lt;br /&gt;Dzień 8. Kontynuujemy naszą podróż na północ w kierunku wybrzeża. Docieramy tam koło południa, podziwiając po drodze piękny górzysty krajobraz. Z jednej strony łańcuch górski Cordillera Costa, z drugiej Morze Karaibskie. Dojeżdżamy do plaży Colorada, tam wsiadamy na łódki i rozpoczynamy wycieczkę po parku Mochima. To piękne wysepki, turkusowe morze, czas na kąpiel, nawet p&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_5i1Dc1MI/AAAAAAAAAr8/GxJSK3VHhi4/s1600-h/31.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332254860582376642" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_5i1Dc1MI/AAAAAAAAAr8/GxJSK3VHhi4/s200/31.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rzez chwilę towarzyszyła nam para delfinów! Po obiedzie przebieramy się i jedziemy do Puerto La Cruz. Tam żegnamy naszego Pana Samochodzika, wsiadamy na prom i płyniemy na Margaritę. Rejs trwa prawie 3 godz., potem jeszczeprzejazd busami do hotelu Portofino, docieramy tam ok. 20.30. Teraz nadchodzi czas na odpoczynek.&lt;br /&gt;Dzień 9. Ten dzień minął na plażowaniu i korzystaniu z atrakcji hotelu. Wyspa jest ładna, trochę górzysta, plaże niewielkie, ale bardzo urocze, porośnięte palmami, morze ma piękny seledynowy kolor. Są dość wysokie fale, ale przy brzegu jest płytko, to można się na tych falach popluskać.&lt;br /&gt;Dzień 10. W tym dniu była wycieczka po wyspie dla chętnych. Przy moim lekkim ADHD dzień nicnierobienia to dość dużo, więc postanowiłem się wybrać. Rano przed hotelem czeka na nas Toyota Landcruiser, rocznik Bóg raczy wiedzieć który, niektórzy twierdzą, że może pamiętać jeszcze czasy Bolivara ... W każdym razie wsiadamy na to zjawisko i jakoś, o dziwo, jedziemy. Odwiedzamy stolicę wyspy La Asuncion, dawny fort obronny, z którego roztacza się ładny widok na wyspę&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_5WbMVgpI/AAAAAAAAAr0/pQxPSxrsV84/s1600-h/31.jpg"&gt;&lt;/a&gt;. Dalej udajemy się &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6GIyB-oI/AAAAAAAAAsE/tEoO0y706CY/s1600-h/32.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332255467173444226" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6GIyB-oI/AAAAAAAAAsE/tEoO0y706CY/s200/32.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;do ośrodka kultu, El Valle z sanktuarium Maryjnym, to duchowa stolica wyspy. Docieramy w końcu do największej atrakcji tego dnia: las namorzynowy. Wsiadamy do łódek i płyniemy po tym lesie: jest piękny, kanały bardzo wąskie, korony drzew zamykają się nad naszymi głowami. Rosnące na wodzie drzewa tworzą wyspy, tunele, łódka powoli krąży między nimi. Potem czas na obiadek, kąpiel na plaży i ruszamy w drogę powrotną do hotelu.&lt;br /&gt;Dzień 11. Nasza wycieczka dobiega końca. Jemy śniadanie, jedziemy nalotnisko w Porlamar, skąd wysłużony DC-9 linii Aserca zabiera na&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6Pu82cuI/AAAAAAAAAsM/6zv1ZtkFMiw/s1600-h/33.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332255632038195938" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6Pu82cuI/AAAAAAAAAsM/6zv1ZtkFMiw/s200/33.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;s do Caracas. Na lotnisku niekończące się odprawy, kontrole (Air France otwiera check-in 5 godz. przed odlotem). Jeszcze ostatnie zakupy w strefie wolnocłowej i już widzimy, jak Airbus A340 linii Air France zParyża ląduje, ten sam zabierze nas w drogę powrotną. Boarding zaczynasię zgodnie z planem, ale ponieważ tutaj nic gładko pójść nie może, więc jeszcze kontrola antynarkotykowa dosłownie w rękawie prowadzącym do samolotu. Boarding trwał chyba z 1,5 godz.! Gdy już wszyscy są na pokładzie, to okazuje się, że dzielna załoga nie może doliczyć się pasażerów. W końcu opuszczamy stand i odlatujemy z ponad &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6jcKHi4I/AAAAAAAAAsU/w0MREE8Ui_M/s1600-h/36.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332255970590952322" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_6jcKHi4I/AAAAAAAAAsU/w0MREE8Ui_M/s200/36.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;godzinnymopóźnieniem.&lt;br /&gt;Dzień 12. Paryż wita nas mżawką i zimnem, brrr... Pogoda typowa dla jesieni, a nie zimy. Przez to opóźnienie mamy teraz mało czasu na przesiadkę. Na szczęście przy wyjściu z samolotu czeka na nas dziewczyna z Air France i wołając "Varsovia, Varsovia" zbiera naszą grupę i na skróty prowadzi przez kontrolę paszportową. Szybkie zwiedzanie lotniskaw Paryżu, kolejna kontrola bezpieczeństwa, ufff... udało się, zdążyliśmy.Lądujemy w Warszawie w południe, tym razem w typowo już zimowym krajobrazie. Tak oto nasza wyprawa dobiegła końca. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_64WriqfI/AAAAAAAAAsc/WHhaVDlsPwE/s1600-h/37.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332256329897781746" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_64WriqfI/AAAAAAAAAsc/WHhaVDlsPwE/s200/37.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Grupa była 18-osobowa, mieliśmy świetną pilotkę Monikę, bardzo dużo wiedziała na temat Wenezueli, potrafiła wszystko załatwić, znakomicie orientowała się w miejscowych realiach. Okazała się osobą bardzo odpowiedzialną, zaradną, zorganizowaną,a to ważne cechy pilota w tak obcym dla nas - Europejczyków świecie. Przez cały czas towarzyszył namwłaściciel miejscowej agencji turystycznej imieniem Fabian. Bardzo miłyczłowiek, można z nim było normalnie pogadać i miał jeszcze jedną ważną zaletę: wymieniał nam dolary na boliwary po kursie korzystniejszym niż oficjalny mówiąc oględnie, dzięki czemu udało się nie zbankrutować;)) Niektórzy nadali mu ksywkę Kantorek :)) Temperatura były tak do 30 st., z tym, że jest dość duża wilgotność, trochę chmur, wnocy i rano &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_7AXuKu2I/AAAAAAAAAsk/sgcHi_MGHBA/s1600-h/43.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332256467616185186" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_7AXuKu2I/AAAAAAAAAsk/sgcHi_MGHBA/s200/43.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;często padała mżawka lub deszczyk, mimo, że byliśmy tam w porze suchej. Najlepiej tam jechać, gdy u nas jest zima, bo wtedy właśnie jest pora sucha, pora deszczowa trwa od kwietnia do listopada i wtedy tam jest naprawdę dużo opadów.Ogólnie wycieczka niezwykle udana, dość intensywna, a więc i trochę męcząca,ale zobaczyć można naprawdę dużo. Myślę, że wszystko to, co Wenezuela manajlepszego zobaczyliśmy. Przemierzyliśmy po samej Wenezueli grubo ponad3000 km, przywozimy trochę pamiątek, zdjęć, ale przede wszystkim to, co z tego zostanie w naszych głowach. Tego nie zniszczy czas, tego nikt nie zabierze.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bogdan Gąsior&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-4748875306310945197?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/4748875306310945197/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=4748875306310945197' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4748875306310945197'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4748875306310945197'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/05/relacja-z-wycieczki-wenezuela-karaibska.html' title='Relacja z wycieczki „Wenezuela – karaibska księżniczka Ameryki” 7-18.02.2009 r.'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sf_2vzL_OYI/AAAAAAAAAp8/sq95ibM8Iqk/s72-c/1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-1857586428326709335</id><published>2009-03-31T06:02:00.000-07:00</published><updated>2009-03-31T07:02:49.462-07:00</updated><title type='text'>GWATEMALA - kraj wiecznej wiosny</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Po przejechaniu kilkuset kilometrów po Jukatanie w dn.10.11.2008 znajdujemy się na granicy &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZItOsRDI/AAAAAAAAAnM/dUZqQGU0WFM/s1600-h/DSCF3646.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319341747248841778" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZItOsRDI/AAAAAAAAAnM/dUZqQGU0WFM/s200/DSCF3646.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;meksykańsko - gwatemalskiej. Kiedy czekamy na załatwienie formalności paszportowych znienacka pod szlaban graniczny zajeżdża dwóch motocyklistów. Długie włosy, przepaski na głowach, skórzane kurtki i wciśnięte pod pasy podtrzymujące spodnie pistolety i dodatkowe magazynki. Porozglądali się chwilę po czym jakby nigdy nic odjechali. Żartujemy, że wypatrywali kolejnych kandydatów do złupienia, ale tak naprawdę wcale do śmiechu nam nie jest. Odprawa na granicy przebiegła szybko, więc ruszamy bo mamy sporo do przejechania.&lt;br /&gt;Wprawdzie Gwatemala nie jest wielkim krajem, jej obszar jest prawie trzykrotnie mniejszy od Polski ale za to w znacznej części pokryta górami Sierra Madre, które z kolei są blisko dwukrotnie wyższe od naszych Tatr. Większa część tego etapu podróży przebiegnie po tzw. autostradzie panamerykańskiej. Nie miałem dokładnej mapy, al&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZOPxsxbI/AAAAAAAAAnU/9jf24JN18rc/s1600-h/DSCF3666.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319341842421826994" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 113px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZOPxsxbI/AAAAAAAAAnU/9jf24JN18rc/s200/DSCF3666.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e muszę zawierzyć informacji lokalnego przewodnika, że najwyżej położony punkt jaki pokonamy będzie się wznosił na wysokość około 3200 m npm.&lt;br /&gt;Pierwszy etap naszej podróży prowadzi do miejscowości Panajachel nad jeziorem Atitlan. Ruch w obydwie strony jest znaczny, dodatkowo utrudniony tym, że trwa wielka przebudowa tej drogi. Poszerza się ją do dwóch nitek z dwoma pasami każda, wykorzystując pomoc finansową Tajwanu odwdzięczającego się za uznanie przez Gwatemalę jego państwowości. Gwatemala jest krajem zaliczanym do tzw. państw trzeciego świata.&lt;br /&gt;Powoli podnosi się ze zniszczeń wywołanych 37 letnią wojną domową, w trakcie której zginęło ponad 250 tysięcy osób, około miliona opuściło swe domostwa, 200 tys. dzieci pozostało bez &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZUIpLDvI/AAAAAAAAAnc/KL-3pJI22l4/s1600-h/DSCF3668.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319341943586230002" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 114px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZUIpLDvI/AAAAAAAAAnc/KL-3pJI22l4/s200/DSCF3668.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rodziców, ponad 400 wiosek zniknęło z powierzchni ziemi, głównie w okolicach zamieszkałych przez potomków Majów. W efekcie tego 80 % Gwatemalczyków żyje w skrajnym ubóstwie a najbogatszą warstwę stanowi niecałe 2 % społeczeństwa.&lt;br /&gt;W Gwatemali ponad 50% ludności zawodowo czynnej znajduje zatrudnienie w rolnictwie. Pod uprawy wykorzystywane jest 17% powierzchni kraju, zaś 12% jako pastwiska. Na chłodniejszych terenach uprawiana jest kawa. Podstawowymi roślinami uprawnymi są trzcina cukrowa i bawełna. Lasy zajmują 38% powierzchni państwa. W Gwatemali znajdują się niewielkie złoża rud cynku, ołowiu, miedzi, antymonu i węgliku wolframu. Więcej niż połowę &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZaDxdfpI/AAAAAAAAAnk/MrKl5ZCYboQ/s1600-h/DSCF3675.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319342045358030482" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZaDxdfpI/AAAAAAAAAnk/MrKl5ZCYboQ/s200/DSCF3675.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;energii elektrycznej wytwarza się w hydroelektrowniach. Rozwój przemysłu związany jest z przetwórstwem produktów rolnych i surowców leśnych. Duże znaczenie dla gospodarki Gwatemali ma również produkcja tekstyliów i odzieży oraz coraz dynamiczniej rozwijająca się turystyka.&lt;br /&gt;W krajach tropikalnych słońce gaśnie tak szybko jak wyłączana żarówka. W dodatku jest pora zimowa, więc około godziny18 miejscowego czasu robi się całkowicie ciemno. Dojeżdżamy do Panajachel po omacku. Zabrakło ochoty na nocne zwiedzenie miasteczka lokalnie nazywane "Pana" lub Gringotenango. W latach 60-tych i 70-tych ściągały do niego rzesze Amerykanów. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIb2LSQ1II/AAAAAAAAAns/K0lRRzCmNHk/s1600-h/DSCF3688.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319344727434253442" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIb2LSQ1II/AAAAAAAAAns/K0lRRzCmNHk/s200/DSCF3688.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Mówiło się o nim jako o najbardziej hipisowskim mieście w Ameryce Łacińskiej. Kiedy nazajutrz rano siedzę przy śniadaniu, przypadkiem wbijam wzrok w panoramę rozciągającą się za oknem restauracji. W centralnym punkcie lekko przymglony, jakby jeszcze się nie zbudził, w wianuszku chmur wokół szczytu wypiętrza się stożek wulkanu San Pedro. Przełykam ostatnie kęsy i wychodzę na brzeg jeziora. Przede mną rozpościera się jedno z najbardziej tajemniczych i owianych legendami miejsc w Ameryce Środkowej, a może nawet w całym świecie. Atitlan - niewielkie jezioro położone na wysokości 1563 m npm, wśród wulkanicznych szczytów środkowej Gwatemali nazywane przez mieszkańców „najpiękniejszym jeziorem świata”. Jego podłoże stanowi stara, utworzona 85.000 lat temu wulkaniczna caldera. Wyróżnia się nieregularnym kształtem. Posiada 3 większe &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIb9VS_UbI/AAAAAAAAAn0/-E_fB2EuAtI/s1600-h/DSCF3705.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319344850380738994" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIb9VS_UbI/AAAAAAAAAn0/-E_fB2EuAtI/s200/DSCF3705.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zatoczki. Jego wymiary w najszerszych miejscach wynoszą 18/12 km. Otoczone jest wzgórzami i trzema wulkanami – wspomnianym San Pedro 3020 m, Tolimanem 3158 m i Atitlanem 3535 m.&lt;br /&gt;Skutkiem późnego przyjazdu nie mogłem zweryfikować legendy o wietrze Xocomil. Ponoć pojawia się on regularnie pod wieczór agresywnie wiejąc z kierunku południowo-zachodniego wywołując sporych rozmiarów fale. Jak głosi legenda, w czasach przedkolumbijskich żył na tym terenie indiański wojownik, który zakochał się w pięknej Indiance z rywalizującego szczepu. Pewnego razu podczas przechodzenia przez most, jego wybranka zsunęła się do jeziora i utonęła, a on nie wahając się skoczył do wody w jej poszukiwaniu. Nigdy nie wypłynął na powierzchnię. Według legendy to jego duch jest do dzisiaj odpowiedzialny za gwałtowny wiatr nad jeziorem, a pojawiające się na powierzchni fale są oznaką, że wciąż poszukuje swej ukochanej. W &lt;a title="1955" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/1955"&gt;1955&lt;/a&gt; r. obszar wokół Atitlán stał się &lt;a title="Park narodowy" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Park_narodowy"&gt;parkiem narodowym&lt;/a&gt;. Badania wykazały, że na dnie jeziora znajdują się pozostałości miasta &lt;a title="Majowie" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Majowie"&gt;Majów&lt;/a&gt;. To tutaj, według legendy, miał narodzić się pierwszy spośród Majów - wielkiej ponad 6-milionowej społeczności, która zbudowała na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów od Jukatanu po Honduras niezwykłą cywilizację. Nim jednak powstały potężne, monumentalne budowle, pałace i świątynie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcNs905XI/AAAAAAAAAn8/LPQP6l1eZbI/s1600-h/DSCF3708.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345131612333426" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcNs905XI/AAAAAAAAAn8/LPQP6l1eZbI/s200/DSCF3708.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;w Palenque, Chichen Itza, czy Tikal, właśnie nad jeziorem Atitlan zrodziła się pierwsza społeczność Majów.&lt;br /&gt;Dzisiaj w dwunastu miejscowościach noszących biblijne nazwy, zlokalizowanych na brzegach jeziora zamieszkuje osiem różnych grup Indian. Mimo tego, że wszyscy są potomkami Majów, mówią niezrozumiałymi dla siebie językami. Odróżniają siebie wyłącznie po kolorach strojów. Wioski położone nad jeziorem charakteryzują się niezwykłą kulturą, ich mieszkańcy czczą m.in. bóstwo o nazwie &lt;a title="Maximon" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Maximon"&gt;Maximon&lt;/a&gt;, które jest połączeniem tradycyjnych bóstw Majów, &lt;a title="Katolicyzm" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Katolicyzm"&gt;katolickich&lt;/a&gt; świętych i &lt;a title="Legenda" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Legenda"&gt;l&lt;/a&gt;&lt;a title="Legenda" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Legenda"&gt;egend&lt;/a&gt;. Wizerunek idola widnieje w czasie procesji Santa Semana i jest mieszanką przedkolumbijskich wierzeń w majańską boginię Mam i wpływów katolickich. Maximón jest nazywany również imieniem San Simón, katolickiego duchownego niosącego pomoc Indianom na początku &lt;a title="XVI wiek" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/XVI_wiek"&gt;XVI wieku&lt;/a&gt;. Przedstawiany jest w formie siedzącego mężczyzny w kapeluszu na głowie z zapalonym papierosem bądź cygarem w ustach. W wiecznej peregrynacji co roku zajmuje on inny dom, który staje się na ten okres sanktuarium. Co roku, przy zmianie lokalu, podczas Wielkiego Tygodnia, organizowana jest pielgrzymka do nowego miejsca. Wyznawcy ofiarują Maximónowi pieniądze, alkohol, cygara lub papierosy, by w ten sposób zyskać jego przychylność oraz opiekę nad zdrowiem, dobrymi zbiorami i pożyciem małżeńskim. Płyniemy sfatyg&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcWQGA74I/AAAAAAAAAoE/FsH9SBO89kY/s1600-h/DSCF3724.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345278480871298" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcWQGA74I/AAAAAAAAAoE/FsH9SBO89kY/s200/DSCF3724.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;owanym stateczkiem do miejscowości San Antonio Palopo, aby przyjrzeć się życiu współczesnych Majów. Po 40 minutowym rejsie przybijamy do uśpionej przystani. Widoki po drodze były wspaniałe i nie sposób się zgodzić z mieszkańcami co do trafności ocenienia ich piękna. Miejscowość wspina się gęstą zabudową na strome zbocza. Uliczki wąskie, chwilowo opuszczone aby za moment zapełnić się kobietami i dziećmi podążającymi za nami i oferującymi szeroką gamę produktów miejscowego rękodzieła. Zwiedzamy miejscowy kościółek a następnie domostwo indiańskiej rodziny. Mamy możliwość przyjrzeć się z bliska jak wygląda ich życie.&lt;br /&gt;Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że ubóstwo z jakim się spotykamy to „produkt” spreparowany pod zagranicznego turystę, który poruszony jakże innymi od znanych mu warunków życia bardziej ochoczo sięga do kieszeni. Wracając na przystań przechodzimy pod &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIceaUrCfI/AAAAAAAAAoM/hXkn1QqI0yI/s1600-h/DSCF3726.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345418665658866" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIceaUrCfI/AAAAAAAAAoM/hXkn1QqI0yI/s200/DSCF3726.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;trakcją elektryczną obwieszoną szczątkami latawców. To pozostałości po święcie zmarłych, kiedy to Indianie masowo je wypuszczają w przekonaniu zbliżenia się do duchów swoich przodków. W drodze powrotnej wystawiamy się na słońce i upajamy widokami. Teraz kolej na niewielkie miasteczko o nazwie Solola nazywanego ze względu na swoje położenie „balkonem jeziora Atitlan”. Mamy tam obejrzeć targ indiański i cmentarz współczesnych Majów. Kiedy autokar rusza personel hotelu daje nam znaki do zatrzymania się.&lt;br /&gt;Wygląda na to, że musimy zmienić plany. W Sololi trwają zamieszki związane z protestami ludności w związku z bezczynnością policji w następstwie rosnącej fali porwań i zaginięć ludzi. Mamy pod eskortą policji pojechać zupełnie inną trasą w kierunku na Antiqę.&lt;br /&gt;Czekamy. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcklWXKtI/AAAAAAAAAoU/9mJRFg-ZYaQ/s1600-h/DSCF3733.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345524704750290" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcklWXKtI/AAAAAAAAAoU/9mJRFg-ZYaQ/s200/DSCF3733.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Czas oczekiwania urozmaicają nam klejnoty tropiku, wręcz nieważkie koliberki uwijające się wśród kwiatów, którymi obsypane są drzewa przed hotelem.&lt;br /&gt;Po kilkunastu minutach informacja, że chyba jednak przejedziemy przez Sololę ale pod eskortą policji, która będzie czekać na nas przed wjazdem do miasteczka.&lt;br /&gt;Z wahaniem ruszamy.&lt;br /&gt;Autokar mozolnie wdrapuje się serpentynami na „balkon Atitlanu”. Niestety nie spotykamy policji. Mijamy pierwsze zabudowania. Jesteśmy zdezorientowani co robić dalej. Dochodzimy do wniosku, że chyba nastąpił koniec zamieszek i tak rzeczywiście jest. Najpierw idziemy na cmentarz. Grobowce zupełnie inne niż u nas i w dodatku kolorowe. Różowe, niebieskie, zielone… Każdy kolor oznacza inny stopień pokrewieństwa pochowanego. Po niedawnym święcie zmarłych grobowce strojne w wyschnięte kwiaty i inne ozdoby, rozświetlone ostrym słońcem pozwalają nie myśleć o memento mori.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcyHbns8I/AAAAAAAAAoc/8J9mseaI8T0/s1600-h/DSCF3758.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345757191910338" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 113px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIcyHbns8I/AAAAAAAAAoc/8J9mseaI8T0/s200/DSCF3758.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kiedy docieramy na główny plac targ się toczy w najlepsze. Na straganach Indianki w tradycyjnych strojach oferują towary codziennego użytku od tych wyhodowanych w przydomowych ogródkach po te, które wytworzone zostały tymi samymi metodami co setki lat temu. Kupujemy banany i pomarańcze. O tak smacznych owocach kupowanych w Europie można tylko pomarzyć.&lt;br /&gt;Przed nami Antiqua Gwatemala. Położona na wysokości 1.530 m n.p.m. w dolinie Panchoy u stóp trzech wulkanów Acatenango 3976 m, Fugo 3763 m i Aqua 3766 m. Jest jednym z najstarszych miast Ameryki. Założona została 10 marca 1543 roku jako Ciudad de Santiago de los Caballeros de Guatemala, po tym jak pierwsza stolica kraju (Ciudad Vieja) zniszczona zos&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIc8IiHu3I/AAAAAAAAAok/-t4OQ2rEv0M/s1600-h/DSCF3765.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319345929286302578" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIc8IiHu3I/AAAAAAAAAok/-t4OQ2rEv0M/s200/DSCF3765.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;tała przez powódź błota. W latach 1543-1773 była stolicą Gwatemali. Przeżyła łącznie 15 wielkich trzęsień ziemi a to z 29 lipca 1773 zmusiło Hiszpan do przeniesienia stolicy w inne miejsce. W 1779 roku jej nazwa zmieniona została na Antigua Guatemala.&lt;br /&gt;Dwieście trzydzieści trzy lata okazały się okresem wystarczająco długim, aby miasto zdążyło wzbogacić się i rozwinąć do tego stopnia, że w 1979 roku zyskało status Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Przeniesienie stolicy miało zbawienne skutki dla miasta, które uniknęło dalszego administracyjnego "rozwoju" pozostawiając współczesnym turystom obraz klejnotu architektury, w czasie zatrzymanym na poziomie XVII i XVIII wieku.&lt;br /&gt;Orientacja w mieście jest prosta ponieważ układ ulic został założony na planie prostokąta. Centralny punkt stanowi północno- wschodni róg rynku (Parque Central), południkowo biegną Avenidy (aleje?) a równoleżnikowo Calles (czyli ulice). Aleje na północ od rynku są północnymi &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIe0s0XeXI/AAAAAAAAAo8/rQJKv84pddI/s1600-h/DSCF3839.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319348000610810226" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIe0s0XeXI/AAAAAAAAAo8/rQJKv84pddI/s200/DSCF3839.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;(Avenidas Nortes), a po drugiej stronie południowymi (Avenidas Sur). Ulice od wschodu zwą się Calles Oriente a z przeciwnej strony Calles Ponientes. Przy siatce prostopadłych ulic trudno o lepszą nawigacje.&lt;br /&gt;Rynek to oczywiście centrum miasta, od wschodu obrzeża go katedra pod wezwaniem św. Józefa (niegdyś Santiago), od południa pyszni się budynek starej kolonialnej władzy (Palacio de los Capitanes) zbudowany w 1543 roku przez Luisa Dieza de Navarro, wyróżnia się podwójnymi arkadami w fasadzie (po 27 na każdym piętrze) oraz imponującym herbem króla Hiszpanii Karola III. Od północy stoi gmach rady miejskiej (Palacio de Ayunmiento) zbudowany w 1743 roku, jest wynikiem współpracy trzech sławnych architektów: Diego de Porras, Juan de Dios Ristondo and Luis Diez de Navarro. Pierwotnie funkcjonował jako ratusz, a przez pewien okres również jako więzienie. Jego dwukondygnacyjna fasada przepruta jest kami&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIdrvxYohI/AAAAAAAAAo0/K9O2cR6o2-I/s1600-h/DSCF3831.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319346747273159186" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIdrvxYohI/AAAAAAAAAo0/K9O2cR6o2-I/s200/DSCF3831.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ennymi toskańskimi kolumnami, a ściana wschodnia całkowicie wykuta&lt;br /&gt;w skale. Od zachodu znajdowały się i znajdują nadal sklepiki, kiedyś głównie piekarnie i rzeźnie. W szczytowym okresie rozwoju w mieście było ponad 30 okazałych kościołów&lt;br /&gt;i założony w 1678 roku Uniwersytet San Carlos, od 1937 roku Muzeum Sztuki Kolonialnej.&lt;br /&gt;Przy kolacji w uroczej restauracji przygrywają nam gwatemalscy mariachi. Delektując się pysznym jedzeniem czujemy smak Ameryki Łacińskiej podwójnie. Następnego dnia zwiedzamy Muzeum Sztuki Kolonialnej. Dwa lata wcześniej ograbiono je ze znacznej części najwartościowszych zbiorów. Przepadły bez śladu. Przed wyjazdem z miasta zatrzymujemy się przy placu z kościołem Santa Ana. Mamy możliwość przyjrzeć się pralni pod gołym niebem i Indiankom uwijającym się przy pracy. Jeszcze tylko rzut oka na stożki Acatenango i Fuego wyzierające ponad dachy domostw i ruszamy w kierunku nowej stolicy.&lt;br /&gt;Ciudad de Guatemala, stolica Republiki, położona w kotlinie Gór Gwatemalskich, w południowej części kraju. Została założona w 1527 przez konkwistadora hiszpańskiego &lt;a href="http://portalwiedzy.onet.pl/72693,,,,alvarado_pedro_de,haslo.html"&gt;Alvarado&lt;/a&gt;. Wybuch wulkanu Aray w 1541 zniszczył miasto i stolicę przeniesiono wówczas do Antigui. Jednak niszczycielskie trzęsienia ziemi &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIdCJC8QRI/AAAAAAAAAos/gUHCoBCZLog/s1600-h/DSCF3779.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319346032503177490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIdCJC8QRI/AAAAAAAAAos/gUHCoBCZLog/s200/DSCF3779.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;nawiedzające Antiguę spowodowały, że ostatecznie w 1773 rozpoczęto odbudowę stolicy w dawnym miejscu. W 1917 Gwatemalę ponownie zniszczyło trzęsienie ziemi, miasto odbudowano jednak ponownie wg starych planów z okresu kolonialnego. Obecnie jest zamieszkiwane przez blisko dwa miliony mieszkańców. Mają w nim swoją siedzibę prezydent, rząd i parlament republiki.Posiada liczne rozległe parki i tereny zielone. Jest ważnym ośrodkiem uniwersyteckim i naukowym, siedzibą licznych szkół wyższych, w tym Uniwersytetu Gwatemalskiego im. św. Karola założonego w 1676. Do centrum wjeżdżamy przez dzielnicę nowoczesnych wieżowców. Szerokie ulice, samochody wszystkich znanych marek i tłumy ludzi.&lt;br /&gt;Nie do końca koresponduje to z wiedzą o zagrożeniu bezpieczeństwa, które w tym mieście jest jak najbardziej realne. Natychmiast się to przypomina, kiedy do wytwornego salonu obuwniczego na centralnym placu zaprasza nas uzbrojony w długą broń ochroniarz a kilkadziesiąt metrów dalej trafiamy na ścianę oblepioną listami z danymi poszukiwanych osób. W bramach instytucji uzbrojeni strażnicy… Zwiedzamy Pałac Kultury Republiki a następnie katedrę. Wolny czas spędzamy na placu, nad którym powiewa gigantyczna flaga narodowa Gwatemali. Tworzą ją trzy pionowe jednakowej szerokości pasy: dwa niebieskie (boczne) oraz centralny biały z herbem pośrodku. Niebieski oznacza niebo n&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIe_RHRHUI/AAAAAAAAApE/uCp4eYd7YdE/s1600-h/DSCF3844.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319348182152453442" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIe_RHRHUI/AAAAAAAAApE/uCp4eYd7YdE/s200/DSCF3844.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ad Gwatemalą, sprawiedliwość i lojalność a biały czystość i integralność. Żeby tak te świetlane idee znajdowały odbicie w codziennym życiu… Opuszczamy Gwatemalę. Nie tylko stolicę ale i kraj przenosząc się na jeden dzień do Hondurasu aby zwiedzić Copan. Z Copanu jedziemy nad Rio Dulce – słodką rzekę, ostoję dzikiej przyrody nieskażoną przemysłem i wielkimi skupiskami ludności. Wypływa ona z jeziora &lt;a title="Izabal (jezioro)" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Izabal_(jezioro)"&gt;Izabal&lt;/a&gt; na wysokości 8 m n.p.m. Po kilkunastu kilometrach rozszerza się tworząc niewielkie jezioro &lt;a title="El Golfete" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/El_Golfete"&gt;El Golfete&lt;/a&gt;. Po opuszczeniu jeziora płynie dalej na zachód, tworząc &lt;a title="Meander (geografia)" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Meander_(geografia)"&gt;meandry&lt;/a&gt; w głębokim na 100 m &lt;a title="Wąwóz" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/WÄ…wÃ³z"&gt;wąwozie&lt;/a&gt;. Uchodzi do zatoki &lt;a title="Amatique" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Amatique"&gt;Amatique&lt;/a&gt; (część &lt;a title="Zatoka Honduraska" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Zatoka_Honduraska"&gt;Zatoki Honduraskiej&lt;/a&gt;) niedaleko miasta &lt;a title="Livingston (miasto w Gwatemali)" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Livingston_(miasto_w_Gwatemali)"&gt;Livingston&lt;/a&gt;. Brzegi rzeki porasta las z bogatą florą i fauną. Powołano tutaj &lt;a title="Parque Nacional Río Dulce (jeszcze nie napisano)" href="http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Parque_Nacional_R%C3%ADo_Dulce&amp;amp;action=edit&amp;amp;redlink=1"&gt;Parque Nacional Río Dulce&lt;/a&gt;. Obszar ten stanowi ważny region turystyczny Gwatemali. Mieszkańcy żyjący w nad brzegami rzeki Rio Dulce wierzą w legendę o pół człowieku – pół krokodylu, który miałby jakoby ukrywać się przy dnie i w odpowiednim momencie porywać ludzi. Niezrażeni tym, płyniemy dwoma motorówkami aż do ujścia. Jazda jest szalona i przypomina wyścig na wyboistej drodze samochodami bez resorów.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIfPNYQ20I/AAAAAAAAApM/XJvXsk3juu0/s1600-h/DSCF3940.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319348456027904834" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIfPNYQ20I/AAAAAAAAApM/XJvXsk3juu0/s200/DSCF3940.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Pierwsze pięć mil brzegów Rio Dulce jest zabudowane niezbyt gęsto wymyślnymi domkami bogatych, z pomostami oblepionymi kotwiczącymi luksusowymi jachtami. Następne osiem mil to Golfette - szerokie rozlewisko porośnięte dziewiczym lasem. Popływamy pod jedną z wysp podpatrując z bliska zamieszkujące ją ptactwo. Następne siedem to piękny wapienny wąwóz, u końca którego - już nad morzem - leży Livingston. Mijamy tu gorące źródła, kilka rybackich chatek na palach i wapienną ścianę pokrytą graffiti, z których najstarsze sięga 1914 roku. W drodze powrotnej przepływamy pod jednym z największych mostów w Ameryce Środkowej, przerzuconego nad Rio Dulce, łączącego miejscowości Fronteras i Rellenos. Podpływamy pod fortyfikację broniącą kiedyś dostępu do jeziora Izabal karaibskim piratom. Dzisiaj to tylko atrakcja turystyczna ale kilka wieków wstecz jeżące się armaty nie wróżyły niechcianym przybyszom nic dobrego. Rankiem opuszczamy gościnny Yacht Club Rio Dulce i zmierzamy do Tikalu. Po drodze, zatrzymujemy się w jakiejś małej wiosce.&lt;br /&gt;Za zgodą gospodarzy wchodzimy na ich przydomowy ogródek i zrywamy ow&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIfxLpjaCI/AAAAAAAAApU/oguIxhlOCQc/s1600-h/DSCF3955.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319349039679105058" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIfxLpjaCI/AAAAAAAAApU/oguIxhlOCQc/s200/DSCF3955.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;oc kakaowca. Prawie nikt z nas nie miał pojęcia że tak wyglądają owoce rośliny, z których później powstaje tyle czekoladowych pyszności. Teraz już tylko przed nami siódmy co do wielkości na świecie las deszczowy, na terenie którego znajduje się olbrzymi park narodowy z ruinami starożytnego miasta Majów nazwanego przez jego mieszkańców Yax Mutal, aktualnie jedyne miejsce na świecie uznane przez UNESCO jako Narodowe Dziedzictwo Kultury i Natury. Początki ponownego odkrywania Yax Mutal, obecnie Tikalu datują się na rok 1839. W tym procesie mają udział przedstawiciele wielu narodowości - Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy i Gwatemalczycy. Milowy krok w badaniach nad Tikalem został postawiony w latach 50-tych naszego stulecia dzięki uniwersytetowi z Pensylwanii, który przygotował cały program realizowany przez wiele lat. Wykarczowano las, zbudowano niewielkie lotnisko, sporządzono dokładne plany i mapy &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIf6pQJ-3I/AAAAAAAAApc/WGngRj5nnnw/s1600-h/DSCF3987.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319349202244467570" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIf6pQJ-3I/AAAAAAAAApc/WGngRj5nnnw/s200/DSCF3987.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;terenu. Całą akcję do dziś wspiera finansowo rząd Gwatemali, prace koordynuje Instytut Archeologii i Antropologii. Ponadto utworzono pierwszy w Ameryce Środkowej Park Narodowy - miejsce badań świata roślinnego. Ruiny miasta położone są kilkanaście kilometrów od granicy parku. Wzdłuż drogi prowadzącej przez najprawdziwszą dżunglę co chwilę mijamy znaki ostrzegające przed zwierzętami, na których rozróżniamy sylwetki jaguarów, ostronosów, pawi i węży.&lt;br /&gt;Znaki służą zwierzętom i mają je chronić przed rozjechaniem. Na trasie dojazdu obowiązuje ograniczenie prędkości do 40 km/godz, którego przestrzeganie jest w prosty sposób kontrolowane przez strażników parku. Po prostu rejestruje się czas przejazdu przez dwie bramki – na wjeździe do parku i na wjeździe na parking przy ruinach. Złamanie nakazu grozi bardzo wysoką grzywną. Wprawdzie jaguara nie udało nam się zobaczyć ale za to tr&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIgGWVNHkI/AAAAAAAAApk/6a8MjOGtNC8/s1600-h/DSCF4005.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319349403323801154" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIgGWVNHkI/AAAAAAAAApk/6a8MjOGtNC8/s200/DSCF4005.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zy razy na poboczu drogi pojawiły się pawie. Jesteśmy w sercu dżungli. Tutaj dopiero czuje się jej smak. Jest gorąco i wilgotno. Pomimo tego, że poruszamy się w zacienionych zielonych tunelach pot ścieka strumieniami po całym ciele. Towarzyszy nam nieustanny koncert niewidocznych wyjców koczujących w koronach drzew 20, 30 m ponad nami. Przewodnik wymienia różne gatunki roślin, które spotykamy na naszej drodze. W końcu stajemy przed monumentalną ceibą, zwanym także drzewem kapokowym. W przeszłości czczone przez Majów jako drzewo życia, 8 maja 1965 obwołane zostało drzewem narodowym Gwatemali. Jest jednym z największych drzew w Ameryce. Jego wysokość dochodzi do 60 - 70 m a roczny przyrost do 4 m. Wydaje owoce stanowiące jajowate torebki wypełnione ziarnami i puchowym żółtawym włóknem nazywanym kapokiem. Właśnie ten materiał wykorzystywany jest do wyrobu kamizelek ratunkowych potocznie nazywanych kapokami.&lt;br /&gt;Tikal położone jest w północnej nizinnej części terytorium Majów, było prawdopodobnie największym ośrodkiem tej cywilizacji. W skład kompleksu miejskiego wchodziło 16 świątyń oraz ok. 3 tys. budynków, w których mieszkało 10-45 tys. ludzi. W skład tych budynków wchodziły: pałace, świątynie, platformy uroczystościowe, dziedzińce, tarasy, dworki i łaźnie parowe. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIg80ABEJI/AAAAAAAAAps/9OFr820DZn0/s1600-h/DSCF4025.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319350339000930450" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIg80ABEJI/AAAAAAAAAps/9OFr820DZn0/s200/DSCF4025.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wszystkie budynki połączone były białymi brukowanymi drogami zwanymi sac bes. Dzisiaj mamy możliwość zobaczenia 6 piramid schodkowych, których schody prowadzą do komór na szczycie. Największa zwana jako "Świątynia IV" ("Świątynia Dwugłowego Węża"), ma prawie 65 m wysokości. Uchował się także w środku miasta olbrzymi plac otoczony od wschodu i zachodu piramidami świątyń, a od północy twierdzą. Nad nim góruje Wielki Akropol, budowla o charakterze sakralnym i miejsce pochówku wodzów. Uroki Tikalu przypadły do gustu G.Lucasowi, który wykorzystał jego ruiny jako scenografię bazy rebeliantów w filmie "Gwiezdne Wojny". Największą radość sprawia mi wspinanie się na największe piramidy. Jest to możliwe dzięki zainstalowaniu schodów czy wręcz drabin i pomostów. Z wysokości podziwiam wierzchołki piramid wyłaniające się z bezmiaru dżungli niczym zagubione żaglowce na oceanie. Miałem nadzieję na zobaczenie Kwezala, będącego od 1871 roku ptakiem Narodowym Gwatemali i symbolem niepodległości, ponieważ nie potrafi żyć w niewoli. Niestety nie powiodło się. Bardzo wysoka temperatura spowodowała, że życie na jakiś czas zamarło a zwierzęta chyba podobnie jak ludzie oddały się sjeście. Wracając do Kwezala to jego nazwa w języku Indian Nahuatl oznacza „piękne pióro”. Posiada on aksamitne – czerwone na piersi – i zielone w pozostałej części ciała pióra oraz dochodzący do 90 cm powłóczysty ogon. Wcześniej był czczony przez Azteków jako Bóg Quetzocoatl. Według legendy Kwetzal zawdzięcza swoje czerwone upierz&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIhSIpYxYI/AAAAAAAAAp0/QwRncRbh5Yw/s1600-h/DSCF4092.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319350705320412546" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 112px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIhSIpYxYI/AAAAAAAAAp0/QwRncRbh5Yw/s200/DSCF4092.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;enie na szyi najsławniejszemu wojownikowi kraju Tecunowi Umanowi. Podobno kiedy podczas jednej z walk Uman został śmiertelnie ranny, w jego zbroczoną krwią szyję uderzył zabłąkany ptak i w ten sposób dotąd zielone upierzenie przefarbowane zostało w okolicach piersi na czerwono. Upojeni dżunglą i skarbami, których strzeże zazdrośnie od setek lat przemieszczamy się do Flores. Najstarsza część miasta położona jest na wyspie na jeziorze Peten Iza połączonej obecnie z lądem krótką groblą. Na lądzie znajdują się dwa duże przedmieścia: Santa Elena i San Benito. W czasach przedkolumbijskich było to główne miasto &lt;a title="Majowie" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Majowie"&gt;Majów&lt;/a&gt; z grupy &lt;a title="Itza (jeszcze nie napisano)" href="http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Itza&amp;amp;action=edit&amp;amp;redlink=1"&gt;Itza&lt;/a&gt;, znane wówczas pod nazwą &lt;a title="Tayasal" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Tayasal"&gt;Tayasal&lt;/a&gt;. Znane było również jako Noh Peten, czyli "miasto-wyspa" lub Tah Itza, czyli "miejsce ludu Itza". Miasto na wyspie było ostatnią ostoją cywilizacji Majów, podbitą przez Hiszpanów dopiero w &lt;a title="1697" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/1697"&gt;1697&lt;/a&gt; roku.&lt;br /&gt;Wieczorem wychodzimy na główny plac miasta-wysepki. Właśnie trwa próba dekoracji mającej imitować choinkę bożonarodzeniową. Oszołomieni wrażeniami zupełnie zapomnieliśmy, że kilka tysięcy km stąd zbiera się na prawdziwą śnieżną zimę, i na moment kiedy do każdego domu zawita świąteczna choinka. Następnego dnia wczesnym ranem wyjeżdżamy w kierunku Belize. Równa asfaltowa droga zmienia się z czasem wyboisty gruntowy trakt. Wapienne podłoże jest przyczyną płynącego wraz z nami białego obłoku kurzu. Nawet gdyby gdzieś przy drodze kwitły białe orchidee, ostatni narodowy symbol Gwatemali, który chcielibyśmy zobaczyć, to zapewne i tak nic z tego bo wszystko co znajduje się przy drodze jest schowane pod grubą warstwą białego proszku nasuwające skojarzenie do pierwszego zimowego śniegu….&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wycieczka MGH/11/05&lt;br /&gt;„Tajemnice Ameryki Łacińskiej”&lt;br /&gt;Marek Malinowski&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-1857586428326709335?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/1857586428326709335/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=1857586428326709335' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/1857586428326709335'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/1857586428326709335'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/po-przejechaniu-kilkuset-kilometrow-po.html' title='GWATEMALA - kraj wiecznej wiosny'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdIZItOsRDI/AAAAAAAAAnM/dUZqQGU0WFM/s72-c/DSCF3646.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-61984940914764919</id><published>2009-03-31T01:20:00.000-07:00</published><updated>2009-03-31T02:20:11.461-07:00</updated><title type='text'>Meksyk</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mijają dwa tygodnie od powrotu z Meksyku, a duchy Indian wciąż każą myślami wracać do tej &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHSmH4NkiI/AAAAAAAAAk0/ULXUZ-f3wrY/s1600-h/DSC_0136_02.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319264187292946978" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHSmH4NkiI/AAAAAAAAAk0/ULXUZ-f3wrY/s200/DSC_0136_02.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;niezwykłej krainy. Czy to za sprawą ogromnej krzywdy i poniżenia, jakiego doznali prawowici mieszkańcy tej ziemi, czy też z powodu niezwykłych dokonań prekolumbijskiej &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHSs2rG3rI/AAAAAAAAAk8/ZyRxg7QHtjw/s1600-h/DSC_0421_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319264302933663410" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHSs2rG3rI/AAAAAAAAAk8/ZyRxg7QHtjw/s200/DSC_0421_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;cywilizacji. trudno pogodzić się z utratą takiej kultury na rzecz barbarzyńskiej działalności konkwistadorów. Jednakże, jeśli przyjrzymy się dokładniej zamierzchłym czasom i odwiedzimy starożytne i te z pierwszego tysiąclecia miasta czy ośrodki kultu, to stwierdzimy, że historia często się powtarzała. Na miejscu zdobytym kolejne cywilizacje &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHTAtIjffI/AAAAAAAAAlE/avJFwBKUvDU/s1600-h/DSC_0458_02.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319264643970203122" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHTAtIjffI/AAAAAAAAAlE/avJFwBKUvDU/s200/DSC_0458_02.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;dzisiejszego Meksyku wznosiły nowe świątynie, na wyrównanych ściętych stożkach piramid dostawiano nowe, wyższe poziomy. Mimo wszystko jednak czerpano wzorce z osiągnięć poprzedników, czego przykładem jest cywilizacja Azteków, budowana na zrębach osiągnięć &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHTV9G59LI/AAAAAAAAAlM/uy3Hf9es_iY/s1600-h/DSC_0705_02.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319265009035506866" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHTV9G59LI/AAAAAAAAAlM/uy3Hf9es_iY/s200/DSC_0705_02.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Majów.&lt;br /&gt;Wracając jednak do podróży, którą w moim odczuciu śmiało można nazwać wyróżniającą się spośród innych, nie sposób zapomnieć przylotu do stolicy. W miejscu gdzie siedem wieków wcześniej Aztekowie ujrzeli orła siedzącego na opuncji i pożerającego węża rozciągało się niekończące się miasto Moloch. Nocny przelot nad miastem był &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHThs66eqI/AAAAAAAAAlU/o7bvuG5J4Mc/s1600-h/DSC_0715_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319265210848672418" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHThs66eqI/AAAAAAAAAlU/o7bvuG5J4Mc/s200/DSC_0715_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;bardzo widowiskowy i zapowiadał wielką przygodę. I przygoda nie dała na siebie długo czekać. Następnego dnia odwiedziliśmy Teotihuacan - piramidy słońca i księżyca. Pomimo dużej ilości przybyszów (z naszej planety) pierwsze odczucie: przestrzeń i porządek. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHYM1K1xvI/AAAAAAAAAlc/qz76ogzt1XY/s1600-h/DSC_0984_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319270349843842802" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHYM1K1xvI/AAAAAAAAAlc/qz76ogzt1XY/s200/DSC_0984_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Jak we wszechświecie ze słońcem i księżycem na pierwszym planie. Następnie muzeum antropologiczne-zbiór wszystkich znalezisk minionych kultur z całego Meksyku. Po całodziennym zwiedzaniu Zokalo (plac centralny w centrum historycznym), dla r&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHYeJrowWI/AAAAAAAAAlk/536GWRQXm2Y/s1600-h/DSC_1267_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319270647407886690" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHYeJrowWI/AAAAAAAAAlk/536GWRQXm2Y/s200/DSC_1267_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;elaksu -Xochimilco - pływające ogrody, gdzie w towarzystwie Mariachi na kwiecistych łodziach można było kupić barwne rękodzieła.&lt;br /&gt;Kolejna wyprawa wiodła do Acapulco z przystankiem w Cuarnavaca, w krainie wiecznej wiosny, gdzie w krystalicznym po Meksyku powietrzu można wypić filiżankę dobrej kawy.&lt;br /&gt;Jeżeli zakupy srebrnej biżuterii to tylko w Taxco. Oprócz przyjemności przymiarek i zakupów (Pan&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbHAAdi3I/AAAAAAAAAl0/UKWMMc_2A-o/s1600-h/DSC_1458.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319273548208769906" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbHAAdi3I/AAAAAAAAAl0/UKWMMc_2A-o/s200/DSC_1458.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ie) najbardziej przypadła mi architektura tego srebrnego miasteczka. Położone na zboczach gór posiada wyjątkowo urokliwe uliczki, zwłaszcza te wiodące do katedry Santa Prisca, którą ufundował ówczesny właściciel kopalń srebra.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbTChOcyI/AAAAAAAAAl8/5B3KpHVMw2o/s1600-h/DSC_1639_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319273755041493794" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbTChOcyI/AAAAAAAAAl8/5B3KpHVMw2o/s200/DSC_1639_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Po całodobowym odpoczynku w Acapulco nad Oceanem Spokojnym , urozmaiconym pokazem skoków ze skały śmierci, wyjazd do kolonialnego Puebli. Poranek w Puebli zachwyca widokiem pary wulkanów świetnie zachowanych lub odrestaurowanych kamienic, a właściwie całych ulic, które biegną &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbfrur5ZI/AAAAAAAAAmE/F-RErgYOCJ4/s1600-h/DSC_1645_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319273972262233490" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbfrur5ZI/AAAAAAAAAmE/F-RErgYOCJ4/s200/DSC_1645_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;równolegle przez całe miasto lub przecinają się prostopadle. Wyjątkowe Zocalo i misterne kamienice, między innymi budynek tort i migdałowy, zachwycają kunsztem artystów i architektów. Jednym słowem -Miasto Aniołów. Po południu ruszamy przez góry Sierra Madre, żeby podziwiać to, co zostało po królestwie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbnuEdSwI/AAAAAAAAAmM/r6283QuA038/s1600-h/DSC_2138_02.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319274110329375490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHbnuEdSwI/AAAAAAAAAmM/r6283QuA038/s200/DSC_2138_02.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Zapoteków. A to co ujrzeliśmy na szczycie Monte Alban, to wszechogarniająca cisza i spokój. Jako, że byliśmy pierwszymi zwiedzającymi, wydawało nam się , że starożytni Zapotekowie dopiero co odeszli, pozostawiając puste boisko do gry w pelotę i kamienne tablice-świadectwo swojej wiedzy matematycznej i medycznej. Nad rozległymi placami i świątyniami szybował orzeł. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHcuD5UBwI/AAAAAAAAAmU/pQ4ExjRkAzM/s1600-h/DSC_2397_03.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319275318779053826" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHcuD5UBwI/AAAAAAAAAmU/pQ4ExjRkAzM/s200/DSC_2397_03.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Następny dzień obfitował w obrazy przyrody. Kanion Sumidero pokazuje jak mocno krajobrazowo zróżnicowany jest Meksyk. Pionowe skały unoszące się nawet na wysokość do 1100m robią wrażenie i przywołują pamięć o Indianach, którzy nie chcąc się &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHedmyD0HI/AAAAAAAAAmc/4rr9121R8CQ/s1600-h/DSC_2645..+(600+x+398).jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319277235109351538" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 132px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHedmyD0HI/AAAAAAAAAmc/4rr9121R8CQ/s200/DSC_2645..+(600+x+398).jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;podporządkować Hiszpanom, wybrali wolność, skacząc ze stromych urwisk. W stolicy stanu Chipas-San Christobal, atmosfera zabawy i odprężenia. Miasto tętni różnojęzycznym gwarem, zabawa trwa do późnych godzin nocnych. To tu spotykamy prawdziwych potomków Majów. Tu kupujemy od nich pamiątki, świadomi, że kilkaset pecho bez po&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHenAvta8I/AAAAAAAAAmk/oe9K3YJ67tg/s1600-h/DSC_2648.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319277396697639874" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHenAvta8I/AAAAAAAAAmk/oe9K3YJ67tg/s200/DSC_2648.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;średników trafi do rodzin spychanych na margines niegdyś wielkich Majów. Jako chrześcijanie przeżywamy szok kulturowy, odwiedzając lokalny &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfCvcIPuI/AAAAAAAAAms/r_lmVcL8rEQ/s1600-h/DSC_2907_01..JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319277873088446178" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 128px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfCvcIPuI/AAAAAAAAAms/r_lmVcL8rEQ/s200/DSC_2907_01..JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;kościół katolicki Indian. Tych obrzędów nie będę opisywał. Trzeba to po prostu zobaczyć. Fotografowanie surowo zakazane. 11-go dnia wycieczki krajobraz zmienia się na tropikalny. Jedziemy wijącą się drogą przez dżunglę, aby dotrzeć do Palenque-miasta Majów, wydartego dżungli, która chciała zawłaszczyć takimi nies&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHZ86yS6gI/AAAAAAAAAls/phPdxV5_jHE/s1600-h/DSC_1458.JPG"&gt;&lt;/a&gt;podziankami jak wizerunek chińskiego smoka lub postać jakby przeniesiona z cywilizacji starożytnego Egiptu w pałacu króla Pakala. Ponad tysiąc &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfNB99dKI/AAAAAAAAAm0/IsKL5UqiuPI/s1600-h/DSC_2937_01..JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319278049860875426" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 120px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfNB99dKI/AAAAAAAAAm0/IsKL5UqiuPI/s200/DSC_2937_01..JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;obiektów archeologicznych schowanych w dżungli mówi o potędze Majów. Ukryte w bujnej roślinności czekały osiem wieków na odkrycie przez amerykańskiego archeologa.&lt;br /&gt;Pełni wrażeń wjeżdżamy na półwysep Jukatan. Na półwyspie aż roi się od śladów z przeszłości, począwszy pod malowniczego, jakby akwarelami namalowanego miasta Campeche-koloniajnego portu, &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfbowyTDI/AAAAAAAAAm8/58jBz0eKDWI/s1600-h/DSC_9879_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319278300792769586" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHfbowyTDI/AAAAAAAAAm8/58jBz0eKDWI/s200/DSC_9879_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;aż po najsłynniejsze na świecie Chichen Iza. Po drodze imponujący wielkością pałac gubernatora oraz piramida karła w Uxmal, widoczne z okna naszego hotelu ponad wierzchołkami drzew.&lt;br /&gt;Kulminacją naszego zwiedzania jest Chichen Iza. To jeden z siedmiu cudów świata. Swą sławę &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHflTfcY2I/AAAAAAAAAnE/OVY430D1SaQ/s1600-h/DSC_9932_01.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319278466881577826" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHflTfcY2I/AAAAAAAAAnE/OVY430D1SaQ/s200/DSC_9932_01.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zawdzięcza dokonaniom cywilizacji Majów. To oni dzięki znajomości astronomii zbudowali piramidę tak, że dwa razy w roku promień świetlny ześlizgując się po zboczu piramid jak pełzający wąż określa porę zasiewu i zbioru kukurydzy. To oni zbudowali obserwatorium astronomiczne, w kopule którego słońce wpadające przez liczne otwory zaznaczało każdy z 365 dni w roku ( kalendarz Majów). To oni wreszcie zbudowali sieć dróg łączących ważniejsze wówczas miasta. Jedną z nich przewędrowaliśmy właśnie my, czego z całego serca wszystkim życzę i gorąco polecam.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-61984940914764919?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/61984940914764919/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=61984940914764919' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/61984940914764919'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/61984940914764919'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/meksyk.html' title='Meksyk'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SdHSmH4NkiI/AAAAAAAAAk0/ULXUZ-f3wrY/s72-c/DSC_0136_02.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-7994005638226756721</id><published>2009-03-13T08:11:00.000-07:00</published><updated>2009-03-13T08:16:53.468-07:00</updated><title type='text'>Chorwacja</title><content type='html'>Urzeka swoimi surowymi krajobrazami, zabytkami, historią. &lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tą starą i tą najnowszą.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Nawet bardzo pobieżna znajomość historii Chorwacji zmusza do refleksji. Od 1089 roku aż do 1991 Chorwacja nie była niezależnym państwem! Należąc do Austrii, Węgier, Turcji, Włoch przez wieki walczyła o zachowanie odrębnej kultury, z której jest tak dumna. Dziś niemal na każdym kroku widać symbole: narodowe: flagi, godła, a szacunek do tych symboli jest ogromny i godny pozazdroszczenia. Młodzi małżonkowie w dniu ślubu dostają w prezencie flagę i jej najpierw (do północy) oddają cześć i wznoszą toasty. Chorwatom - w większości katolikom - bliższa jest starotestamentowa zasada „oko za oko, ząb za ząb” niż zrozumienie, tolerancja, przebaczenie. Wpływy greckie, rzymskie, weneckie, habsburskie i wiedeńskie widoczne są w wielu zabytkach. Największą atrakcją Chorwacji jest oczywiście wybrzeże Adriatyku – ma 5835 km długości, z czego ponad 4000 przypada na linię brzegową wysp, których jest tu 1187, z czego tylko 66 zamieszkałych! Największe to: Krka, Cres, Brać Havr i Korcula. słyną z wyrobu win, serów, pozyskiwania soli. Wśród nich jest i taka, którą ponad 200 dni w roku owiewają wiatry od morza, nanosząc sól. Wypasa się na niej kilkadziesiąt tysięcy owiec, których mięso jest szczególnie cenione w kulinarnej obróbce - nie&lt;br /&gt;potrzebuje już soli. Także sery wyrabiane na tej wyspie charakteryzują się niespotykanym smakiem. Wody Adriatyku są czyste, silnie zasolone i ciepłe, a plaże żwirowe, kamieniste&lt;br /&gt;i skaliste.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10 dni w Chorwacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyli:&lt;br /&gt;1,5 – 2 dób na do- i przyjazd do i z Chorwacji,&lt;br /&gt;6 dób w Bośni i Hercegowinie,&lt;br /&gt;5 dób w Chorwacji,&lt;br /&gt;1 dzień w Słowenii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matematycznie niemożliwe? A jednak!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;05.07.2008. (sobota).&lt;br /&gt;Czarną „Scanią” wyruszyłyśmy na 10-dniową objazdową wycieczkę po Chorwacji. „Dalmatyńską eskapadę” rozpoczęłyśmy na parkingu w Woszczycach, dokąd zjechało co najmniej 15 autokarów z różnych stron Polski, gdzie nastąpił „przeładunek” wszystkich urlopowiczów zainteresowanych zwiedzaniem i odpoczywaniem na południu Europy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;06.07.2008. (niedziela).&lt;br /&gt;Po całonocnej podróży w autokarze docieramy do Chorwacji. Po porannej toalecie (przemycie twarzyczek chusteczkami higienicznymi), zwiedzamy Plitvickie Jeziora. Jest to ciąg niewielkich jezior o niesamowitej turkusowej, czy szmaragdowej barwie, przegrodzonych wapiennymi barierami, które tworzą wodospady (92; największy 80-metrowy to Weliki Slap). Po największym jeziorze Kozjak (2,5 km długości, 82 ha. powierzchni i 46 m. głębokości) pływają stateczki wycieczkowe. 16 jezior (11 górnych i 5 dolnych) kaskadowo ułożonych z mnóstwem strumyków i potoków znajduje się w lasach jodłowo – bukowo - sosnowo - klonowych. Bogactwo przyrody i fauny (między innymi wilki, niedźwiedzie) sprawiło, że Park Plitvickie Jeziora został wpisany w 1979 roku na Listę UNESCO. Dalej jedziemy do Neum na terenie Bośni i Hercegowiny, podziwiając po drodze:&lt;br /&gt;Riwierę Makarską, Jeziora Bacinskie - osiem słodkowodnych jeziorek przedzielonych wąskimi przesmykami, charakteryzującymi się zjawiskiem kryptodepresji, czyli tym, że ich lustro wody położone jest powyżej poziomu morza, a dno - poniżej), Deltę Neretwy - zaskakującą równinę pomiędzy górskimi zboczami, żyzną z podmokłymi niczym ryżowe pola terenami uprawnymi. Wieczorem docieramy do Neum - miasteczka położonego na skrawku (około 10km) wybrzeża należącego do Bośni i Hercegowiny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu „SUNCE”. Jest to jeden z trzech tutejszych hoteli posiadający klimatyzację. Na poziomie 0 znajduje się recepcja; na 1- restauracja; trzy piętra w górę i cztery w dół to pokoje hotelowe. My mamy pokój na 7 piętrze z widokiem (bocznym) na morze. Na plażę najlepiej zjechać windą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;07.07.2008 (poniedziałek).&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp33RnUPeI/AAAAAAAAAkM/RMiRyzwMMDY/s1600-h/Na+murach+Stonu.Widok+na+miasto+i+hodowle+owocÃ³w+morza.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312690501941738978" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp33RnUPeI/AAAAAAAAAkM/RMiRyzwMMDY/s200/Na+murach+Stonu.Widok+na+miasto+i+hodowle+owoc%C3%B3w+morza.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Trzeciego dnia korzystamy z fakultatywnej wycieczki. Zwiedzamy:&lt;br /&gt;Półwysep Peljesac, zaczynając od bliźniaczych miast Ston i Mali Ston ściśniętych na przesmyku łączącym półwysep ze stałym lądem. Miasta starają się o wpis na listę UNESCO głównie z powodu muru, którym są połączone, i który ponoć widoczny jest niczym Mur Chiński z kosmosu. Obwarowania pochodzą z 1333 roku i ciągną się przez 5 kilometrów od niewielkiej twierdzy nad Malim Stonem do miasta Ston.&lt;br /&gt;Dalej jedziemy do Orebic, podziwiając ciągnące się wzdłuż wybrzeża hodowle małż, homarów i ostryg. Oprócz hodowli tych „owoców morza”, półwysep słynie także ze znakomitych win czerwonych „dingacz”, „postup” i „prosek”. Z Orebic płyniemy na wyspę Korcula (jedna z większych wysp Chorwacji), do miasta o tej samej nazwie. Zwiedzamy stare miasto, w którym znać wpływy weneckie, piękną katedrę św. Marka z bardzo ciekawą XVI - wieczną chrzcielnicą ozdobioną figurą Jezusa przyjmującego chrzest i dom w którym urodził się słynny podróżnik Marco Polo.&lt;br /&gt;Wolny czas spędzamy na: wymianie euro na kuny, piciu kawy i jedzeniu lodów… i mamy mały problem ze znalezieniem w tym „wielkim mieście” jednego z dwóch portów, położonych w dwóch różnych stronach wyspy. W ostatniej chwili zdążamy na „taksówkę wodną”, którą z resztą grupy płyniemy na niezamieszkałą wyspę Badija. Tu relaksujemy się, opalamy, zwiedzamy wyspę, na której znajduje się Klasztor Franciszkanów, dokarmiamy daniele - bardzo sympatyczne, nieco płochliwe, ciekawskie, ale nie namolne zwierzęta. Powrót tą samą drogą - wodną taksówką, na której „kapitan” częstuje nas winem i „trawaricą” tj. rakiją o słomkowym kolorze, z dodatkiem ziół, traw, bardzo smaczną - nie czuć, że to samogon.&lt;br /&gt;W drodze powrotnej do Neum (już autokarem) wstępujemy do winiarni p. Matusków, degustujemy wina: „dingacz”, „prosek”, próbujemy rakiji i wiśniówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chorwackie wina.&lt;br /&gt;Mają niespotykany, niepospolity smak, z uwagi na klimat, w którym dojrzewają winogrona dzięki czemu wina wytrawne mają słodkawy smak. Szczególnie cenione są wina z półwyspów Istry i Peljesac i z wysp (np. „dingacz” jest znakomitym wytrawnym winem, które może być przechowywane nawet 10 lat, a na ekskluzywnych stołach Europy i Ameryki osiąga cenę 500 dolarów za butelkę).&lt;br /&gt;Chorwacja nie posiada własnego korka, dlatego tylko wina z najwyższej półki są korkowane oryginalnym korkiem. Wszystkie pozostałe są bądź kapslowane, bądź zamykane korkiem plastikowym z ewentualną cieniutką warstewką korka naturalnego, co nie umniejsza jakości tych win.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;08.07.2008 (wtorek). &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4AuICbOI/AAAAAAAAAkU/FXTsksO25RM/s1600-h/W+zauÅkach+Trogiru.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Korzystamy z fakultatywnej wycieczki do Medugorje i Mostaru. W trakcie jazdy wysiada&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4Hpgyu2I/AAAAAAAAAkc/ckxtow4hEUY/s1600-h/Z+mostem+-symbolem+Mostaru.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312690783234734946" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4Hpgyu2I/AAAAAAAAAkc/ckxtow4hEUY/s200/Z+mostem+-symbolem+Mostaru.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; klimatyzacja.&lt;br /&gt;Medugorje - kiedyś maleńka osada rozrasta się do ważnego miejsca kultu Maryjnego i jak wszędzie w takich miejscach zwycięża komercja. Zwiedzamy kościół, kawałek drogi krzyżowej, podziwiamy figurę Jezusa (z prawej nogi powyżej kolana ścieka kropla wody, ścierana przez pielgrzymów chusteczkami), idziemy na Górę Objawień pod przewodnictwem młodziutkiej dziewczyny, która przy pięciu kolejnych stacjach odmawia po polsku modlitwy. Docieramy do miejsca objawienia, na którym umieszczono figurę Matki Boskiej i wracamy w skwarze i upale.&lt;br /&gt;Jedziemy do Mostaru; na szczęście nie jest to daleko, więc nie bardzo jeszcze odczuwamy brak klimatyzacji w autokarze.&lt;br /&gt;Mostar. Niemal na każdym kroku widać ślady wojny 1991 roku. Celowo zostawione są ruiny domów; ostrzelane domy mają ostrzegać i przypominać o skutkach wojny.&lt;br /&gt;Zwiedzamy stare miasto, ze specyficzną architekturą i atmosferą z wpływami arabskimi, z urokliwymi uliczkami, przypominające nieco tureckie bazary, meczet, Dom Turecki i przede wszystkim zabytkowy, piękny, kamienny most, - symbol Mostaru, który został całkowicie zniszczony i ostrzelany przez Czarnogórców, a odbudowany dzięki wysiłkowi wielu naukowców, zapaleńców, badaczy, itd., niemal z całego świata. Historia odbudowy tego mostu jest bardzo krzepiąca.&lt;br /&gt;Podróż powrotna - koszmarna!!! Brak klimatyzacji daje się we znaki!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;09.07.2008 (środa).&lt;br /&gt;Z duszą na ramieniu - czy klimatyzacja będzie działać, czy nie? - wyruszamy na zdobycie Dubrownika. Na szczęście wszystko jest w porządku.&lt;br /&gt;Położenie Dubrownika, zwanego „Perłą Adriatyku”, otoczonego z trzech stron Adriatykiem, z wapiennym urwiskiem w tle - to niesamowity i niezapomniany widok. Fortyfikacje (najdłuższe w Europie) okalające Dubrownik nie zostały zdobyte i nie zostały zniszczone nawet wówczas, kiedy miasto rozbudowywało się. Zwiedzamy stare miasto, z główną jego ulicą Stradun, od której odchodzi po obu stronach po siedem wąziutkich uliczek, Wielką Studnię Onufrego, zwiedzamy świątynię i klasztor Franciszkanów z apteką i kościół św. Błażeja - patrona Dubrownika. Następnie, płynąc stateczkiem, podziwiamy mury Dubrownika od strony morza. Opływamy malowniczą wysepkę Lokrum (zwaną też Wyspą Miłości), na której znajduje się ogród botaniczny, ruiny fortu i dawnego opactwa Benedyktynów, a także liczne plaże dla tekstylnych i nudystów.&lt;br /&gt;Po rejsie, ucztujemy: zamawiamy w tawernie sałatkę z ośmiornicy i czarne risotto (ryż z kałamarnicą, gotowany właśnie w soku z kałamarnic, stąd jego niesamowita czarna barwa). Tak posilone zdobywamy mury Dubrownika i z ich wysokości podziwiamy miasto, jego dachy i panoramę.&lt;br /&gt;Dubrownik wpisany na listę UNESCO w czasie ostatniej wojny był oblężony przez 7-miesięcy (od października 1991 do maja 1992 roku), a przez trzy miesiące pozbawiony wody i prądu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10.07.2008 (czwartek).&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4NcCGBoI/AAAAAAAAAkk/E51e58bXPKs/s1600-h/W+zauÅkach+Trogiru.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312690882695530114" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 133px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4NcCGBoI/AAAAAAAAAkk/E51e58bXPKs/s200/W+zau%C5%82kach+Trogiru.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wydawałoby się, że już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. A jednak!&lt;br /&gt;Trogir. Maleńkie średniowieczne miasteczko położone na wyspie połączonej ze stałym lądem mostem. Miasto wpisane na listę UNESCO, które ze względu na swoje liczne i cenne zabytki nazwane jest „muzeum pod gołym niebem”. Największy i bodaj najważniejszy zabytek Trogiru to Katedra św. Wawrzyńca. Z przodu katedry wieża – dzwonnica była budowana przez 200lat, a jej poszczególne piętra reprezentują rozmaite style.&lt;br /&gt;Po zwiedzeniu Trogiru jedziemy do Splitu.&lt;br /&gt;Split - największe miasto Dalmacji znane jest z Pałacu Dioklecjana. Pałac jest tak ogromny, że …nie widać go! Ponadto, to co zostało z rezydencji cesarza Dioklecjana przesłaniają nowsze zabudowania. Całość więc sprawia wrażenie średniowiecznego miasta z antycznymi&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4VJ1y_yI/AAAAAAAAAks/-fw2v3hzr0g/s1600-h/W+PaÅacu+Dioklecjana.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312691015251066658" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 133px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp4VJ1y_yI/AAAAAAAAAks/-fw2v3hzr0g/s200/W+Pa%C5%82acu+Dioklecjana.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; pozostałościami, otoczonego murami obronnymi. W obrębie murów pałacowych stoi dziś 220 budynków – głównie z XVIII wieku zamieszkałych przez blisko 3 tysiące ludzi!&lt;br /&gt;Jadąc Riwierą Makarską do Trogiru zaraz za Makarską zatrzymujemy się, w miejscowości Vepric, aby podziwiać replikę Lourdes, którą stworzył jeden z biskupów chorwackich urzeczony tym świętym miejscem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;11.07.2008 (piątek).&lt;br /&gt;Dzień wolny. Przeznaczamy na wypoczynek, plażowanie, kąpiel w Adriatyku, spacery i szykowanie się do drogi powrotnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12.07.2008 (sobota).&lt;br /&gt;Nasz pobyt w hotelu „SUNCE” dobiega końca.&lt;br /&gt;Jedziemy do Parku Narodowego Krka, który jest uważany za największą atrakcję przyrodniczą Dalmacji na stałym lądzie. Rzeczywiście, rozlewisko rzeki Krka, jeziora, rzeki, przełomy, wodospady robią wrażenie porównywalne z oglądaniem Jezior Plitvickich.&lt;br /&gt;Późnym wieczorem docieramy do Kutiny, gdzie mamy już ostatni nocleg na Chorwacji.&lt;br /&gt;Hotel średniej klasy, a odgłosy zabawy nie pozwalają nam mimo zmęczenia długo zasnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13. 07.2008 (niedziela)&lt;br /&gt;Jest to praktycznie ostatni nasz dzień i ostatnie zwiedzanie.&lt;br /&gt;A w planie mamy zwiedzić: Zagrzeb, Jaskinię Postojna na Słowenii i Lublanę.&lt;br /&gt;Zagrzeb - stolica Chorwacji o europejskiej architekturze, zupełnie odmiennej od miejscowości na wybrzeżu, nie oszałamia swoją wielkomiejskością. Nic dziwnego. Zagrzeb nie był nigdy projektowany jako stolica i dlatego na ogół sprawia wrażenie prowincjonalnego miasta, a nie europejskiej metropolii. Zwiedzamy najstarszą część Zagrzebia Kapitol z katedrą o strzelistych wieżach, główny plac miasta z pomnikiem Jelacica, pijemy kawę, jemy lody.&lt;br /&gt;Opuszczamy Chorwację i udajemy się na Słowenię do Jaskini Postojna.&lt;br /&gt;Jaskinia Postojna uważana jest za jedną z najpiękniejszych na świecie. Stalagmity, stalaktyty, stalagnaty o różnorakich i niesamowitych formach tworzą nierzeczywisty, bajkowy świat.&lt;br /&gt;W godzinach popołudniowych dojeżdżamy do Lublany&lt;br /&gt;Lublana, - stolica Słowenii (nazywana niekiedy „miastem mostów”), jest też niewielkim miastem, sprawia jednak milsze wrażenie od Zagrzebia.&lt;br /&gt;Spacer po centrum Lublany zajmuje niewiele czasu. Nim odjedziemy autokarem do Polski, zdążymy napić się piwa i…zmoknąć w przeciągu paru minut, bo właśnie w kawiarnianym ogródku dopadło nas oberwanie chmury.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Teresa Daleszyńska&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-7994005638226756721?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/7994005638226756721/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=7994005638226756721' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7994005638226756721'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7994005638226756721'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/chorwacja.html' title='Chorwacja'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbp33RnUPeI/AAAAAAAAAkM/RMiRyzwMMDY/s72-c/Na+murach+Stonu.Widok+na+miasto+i+hodowle+owoc%C3%B3w+morza.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-7623868890936815340</id><published>2009-03-12T09:06:00.000-07:00</published><updated>2009-03-12T09:32:53.034-07:00</updated><title type='text'>KAPADOCJA -KRAINA WYCZAROWANA PRZEZ NATURĘ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Ostatnie chwile w Stambule. Zawieszeni między wodami Bosforu a błękitnym niebem &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkza2D1DOI/AAAAAAAAAi0/xiu5HMndQa0/s1600-h/Turcja+2008+327.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312333771741400290" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkza2D1DOI/AAAAAAAAAi0/xiu5HMndQa0/s200/Turcja+2008+327.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;przejeżdżamy wiszącym mostem na powrót do Azji. Przed nami 800 km jazda do Kapadocji, krainy gdzie matka natura zamieniła się w pracowitą wróżkę i w ponad 300-metrowej warstwie wulkanicznego tufu przykrytego grubą bazaltową pierzyną stworzyła monumentalną scenografię, w której na żywo mogłyby się rozgrywać sceny z wiekowych bajek o elfach, złych czarnoksiężnikach, zapomnianych smokach czy też współczesnych, takich jak choćby „Wojny gwiezdne”. Jazda autostradą nie rozpieszcza widokami. Dopiero po przejechaniu&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkzm4Ec2EI/AAAAAAAAAi8/buHIh3Qw53U/s1600-h/Turcja+2008+411.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312333978439309378" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 125px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkzm4Ec2EI/AAAAAAAAAi8/buHIh3Qw53U/s200/Turcja+2008+411.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; ponad 600km zatrzymujemy się na krótki postój i mamy okazję zamoczyć stopy w wielkim śródlądowym słonym jeziorze Tuz Golu. Jego maksymalna powierzchnia 2500 km2, co w przybliżeniu daje kwadrat o boku 50 km. Największa głębokość ponoć nie przekracza 1 m ale trudno to sprawdzić. Pozostaje zatem brodzenie w gęstej jak zupa wodzie, która sięga co najwyżej do kostek. I ten widok. Tafla jeziora zachowuje się niczym lustro z „Alicji w krainie czarów”. Można więc na chwilę powrócić wspomnieniami w czasy beztroskiego dzieciństwa.&lt;br /&gt;To przedsmak tego, co czeka nas w Kapadocji. Do hotelu docieramy ciemną nocą. Na rogatkach miasta witają nas czające się w mroku skalne olbrzymy. Mijamy je w pośpiechu nie uiszczając &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkz4nag1tI/AAAAAAAAAjE/VZRGH71d6UE/s1600-h/Turcja+2008+441.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312334283206088402" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkz4nag1tI/AAAAAAAAAjE/VZRGH71d6UE/s200/Turcja+2008+441.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;myta. Ranek wita nas rozbieganymi chmurami. Pewnie zemsta wczoraj zlekceważonych olbrzymów. Mimo wszystko nie tracimy humoru i wyruszamy nasycać się niesamowitą urodą Kapadocji. Autokar wspina się po zboczu a my z nosami przyklejonymi do szyb w towarzystwie „ochów” i „achów” pochłaniamy pierwsze fantastyczne widoki.&lt;br /&gt;Po kilkunastominutowej jeździe zatrzymujemy się w miejscu nazwanym przez przewodnika „Kapadockim Zoo”. Na pierwszym planie olbrzymia formacja, w której wszyscy bez wyjątku i zbędnych tłumaczeń dostrzegają wielbłąda. Pojawiają się „peribaca”, czyli „kominy z bajki” - struktury prz&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk0VUWZAWI/AAAAAAAAAjM/RDaK4zYsaGk/s1600-h/Turcja+2008+459.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312334776304730466" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 126px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk0VUWZAWI/AAAAAAAAAjM/RDaK4zYsaGk/s200/Turcja+2008+459.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ypominające kapelusze gnomów, które często były przerabiane na domy mieszkalne, hotele, bary, restauracje, a podczas prześladowań chrześcijan w okresie lat 200-400 n.e., także na kościoły i kaplice. Wbiegam na okoliczne zbocza. Haust zachwytu, pstryk, haust zachwytu pstryk, haust , pstryk, pstryk, pstryk…&lt;br /&gt;W stanie lekkiego oszołomienia przemieszczamy się do Pasabag, co po turecku oznacza „Winnicę Paszy”. Sam widok nie kojarzy się z winnicą a raczej z wysypem gigantycznych grzybów. Krążąc &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk0na2flyI/AAAAAAAAAjU/GhdkW_w8fGY/s1600-h/Turcja+2008+524.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312335087287637794" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 125px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk0na2flyI/AAAAAAAAAjU/GhdkW_w8fGY/s200/Turcja+2008+524.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;brukowanymi alejkami nadsłuchuję odgłosów olbrzyma, który zmierza na obfite zbiory. Na szczęście oprócz przechadzających się turystów i szmeru migawek dziesiątków fotokamer nic nie zakłóca baśniowego spokoju tego miejsca. Kolejna atrakcja znajduje się o kilkanaście minut jazdy. Podziemne miasto w Kaymakli. Podobnych miast na terenie Kapadocji jest ponoć około 40. Przewodnik ostrzega, że osoby z klaustrofobią lub mające problemy z sercem nie powinny się wyb&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk018RubVI/AAAAAAAAAjc/iNJTNzyonCY/s1600-h/Turcja+2008+573.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312335336778394962" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 126px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk018RubVI/AAAAAAAAAjc/iNJTNzyonCY/s200/Turcja+2008+573.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ierać do podziemnego świata. To miasto wyryto na 7 poziomach a szlak turystyczny schodzi tylko 4 poziomy w dół. Zamieszkiwać go mogło co najmniej 5 tys ludzi.&lt;br /&gt;Kiedy przeciskamy się wąskimi i niskimi korytarzami, zgięci w pół, mijając większe groty, które pełniły funkcję kościoła, kuchni, składów żywności zastanawiam się jak w takich warunkach mogła przeżyć taka liczba ludzi nie wychylając nosa na powierzchnię nawet przez pół roku. Ku zaskoczeniu temperatura jest stała i nie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk3jZcyhLI/AAAAAAAAAjk/BY6u2GtSbDg/s1600-h/Turcja+2008+599.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312338316726797490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk3jZcyhLI/AAAAAAAAAjk/BY6u2GtSbDg/s200/Turcja+2008+599.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;czuje się gorąca panującego na zewnątrz a powietrze jest wolne od nadmiaru dwutlenku węgla , który utrudniałby oddychanie. Podziemne miasto ma swoją nierozwiązaną dotąd tajemnicę. Na różnych poziomach znajdują się ogromne kamienne koła, które służyły do zaślepiania korytarzy odcinając w ten sposób napastnikom dalszą drogę. Mają zbyt wielkie gabaryty, żeby można je było przetransportować istniejącymi korytarzami a nie były wykute w miejscach gdzie się znajdują… I j&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk3yjtkb6I/AAAAAAAAAjs/bkyV2t6igP4/s1600-h/Turcja+2008+623.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312338577179570082" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 125px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk3yjtkb6I/AAAAAAAAAjs/bkyV2t6igP4/s200/Turcja+2008+623.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;eszcze jedna ciekawostka. Mieszkańcy miasta w sytuacji, gdy nie mogli pochować zmarłych w tradycyjny sposób, celem zachowania odpowiednich warunków sanitarnych …gipsowali ciała.Nareszcie przyszła pora, żeby zadbać o ciało, choć to bez połączenia z nasycaniem ducha w Kapadocji jest wręcz niemożliwe. Jemy lunch w Uchisar, w restauracji wiszącej na skraju urwiska spadającego kilkadziesiąt metrów w dół w Dolinę Gołębi. Szeregi jaśniejących bielą, słupów, kominów i filarów zaznaczone są rękoma ludzkimi, &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk4RxMlZKI/AAAAAAAAAj0/MLEEMWblN9M/s1600-h/Turcja+2008+631.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312339113375261858" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk4RxMlZKI/AAAAAAAAAj0/MLEEMWblN9M/s200/Turcja+2008+631.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;które w nich wyżłobiły komory z otworami drzwiowymi i okiennymi. Kto wie może tutaj właśnie hodowano gołębie. Podziwiamy także widok miasta i rozległą panoramą doliny okoloną bajecznie wyrzeźbionymi i kolorowymi formacjami skalnymi. Moim zdaniem, hołd oddany temu pięknu, wyrażony bezgranicznym zachwytem, jest bardziej miły stwórcy niż mechanicznie klepana modlitwa. Więc się zachwycam, zachwycam i zachwycam…. Refleksja sam raz bo po lunchu jedziemy do Goreme Air Open Musem wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Muzeum, usyt&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk4mB146DI/AAAAAAAAAj8/GjbTOeFB3xs/s1600-h/Turcja+2008+634.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312339461440858162" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk4mB146DI/AAAAAAAAAj8/GjbTOeFB3xs/s200/Turcja+2008+634.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;uowane jest w niewielkiej, rozłożystej dolinie i stanowi w istocie okrąg zawierający wykute w pieczarach bizantyjskie kaplice i kościoły. Te jaskiniowe sanktuaria stworzyli w III i IV wieku n.e. chrześcijanie (w tym tak wybitne postacie jak św. Bazyli) uciekający przed prześladowaniami. Miały służyć modlitwie i oświacie. Z tych świętych miejsc wywodzi się większość chrześcijan, którzy rozproszyli się po całym regionie i świecie - m. in. dlatego o Kapadocji wspomina Biblia. Łącznie można zwiedzić 7 świątyń i podziwiać różne formy malarstwa ściennego liczącego prawie 2000 lat. To taki niewielki ludzki &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk44-Ujq1I/AAAAAAAAAkE/OZN1k35XHFA/s1600-h/Turcja+2008+654.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5312339786913262418" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 124px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbk44-Ujq1I/AAAAAAAAAkE/OZN1k35XHFA/s200/Turcja+2008+654.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wkład do tytanicznego dzieła natury. Na zakończenie naszego zwiedzania jeszcze raz powracamy nad Dolinę Gołębi. Tym razem u naszych stóp rozpościera się miasteczko Goreme a za plecami panorama Uchisaru z dominującą nad całą okolicą twierdzą tj. widoczną z bardzo daleka wysoką wulkaniczną skałą podziurawioną tunelami i oknami. Słońce zmierza ku zachodowi malując Dolinę Gołębi na różowo. Jeszcze ostatni skok na platformę widokową Uchisar Kalesi, czyli zamku albo jak inni go nazywają twierdzy. Stojąc u jego stóp mam nieodparte wrażenie, że musiał być protoplastą biblijnej wieży Babel. To chyba najlepszy moment w jakim można zakończyć naszą przygodę z Kapadocją.Wyjeżdżamy wczesnym rankiem kierując się ku wybrzeżu Morza Śródziemnego. Na horyzoncie rysują się szczyty wulkanów – wiecznie ośnieżonego Erciyes Dagi 3916m i Hasana Da 3268m. Niemo spoglądają na płaskowyż, ale zapewne duma ich rozpiera z tego w jakim stopniu przyczyniły się do powstania tak niecodziennego piękna…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Wycieczka nr TRT 2008-05-07&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Marek Malinowski&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-7623868890936815340?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/7623868890936815340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=7623868890936815340' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7623868890936815340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7623868890936815340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/kapadocja-kraina-wyczarowana-przez.html' title='KAPADOCJA -KRAINA WYCZAROWANA PRZEZ NATURĘ'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Sbkza2D1DOI/AAAAAAAAAi0/xiu5HMndQa0/s72-c/Turcja+2008+327.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-1240184597634289888</id><published>2009-03-11T08:02:00.000-07:00</published><updated>2009-03-11T08:03:45.835-07:00</updated><title type='text'>LODOWCE AMERYKI POŁUDNIOWEJ – czyli moja podróż wymarzona w upalne lato!</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Bezlitosny letni skwar wlewa się przez otwarte okno do pokoju. Ściskając w dłoniach szklankę wody wypełnioną po brzegi kostkami lodu, wlewam w siebie łyk orzeźwiającego płynu, a przyjemny chłód rozchodzący się po organizmie przenosi mnie w podróż marzeń na lodowce Ameryki Południowej. Pierwszy punkt programu to boliwijski lodowiec Chacaltaya, który niebezpiecznie trzeszczy pod moimi stopami, gdy posuwam się po nim ostrożnie w rakach asekurując się kijkami. Krystaliczne powietrze wypełnia moje płuca i nie wiem czy kręci mi się w głowie z powodu wysokości (5421 m) i braku aklimatyzacji, koniecznej powyżej wysokości 4000 m n.p.m., czy też z powodu fantastycznych widoków na ośnieżone szczyty Andów, malowniczo kontrastujących z brązami i zielenią niższych partii zboczy i dolin. Z trudem odrywam od nich wzrok by spojrzeć pod nogi. Jeden nieostrożny krok może się skończyć w głębokiej czeluści szczeliny lodowej. Nieokiełznana i nieprzewidywalna natura budzi respekt. Z nabożnym podziwem patrzę na wyżłobione w lodzie fantazyjne formy, o rozmachu, którego nawet Gaudi mógłby pozazdrościć matce naturze. Nie mogę wprost uwierzyć, że za kilka lat, przy tak zastraszającym tempie topnienia lodu, jakie ma miejsce obecnie, tego miejsca może już nie być. Drżącymi z emocji rękami staram się uwiecznić na zdjęciach zachwycające efekty działania przesuwającego się lodowego cielska, by ocalić dla potomności to, co za chwilę zniknie przez globalne ocieplenie. Tak bardzo chciałabym powstrzymać ten proces. Czy jest jeszcze ratunek dla lodowców, czy wszystkie są skazane na roztopienie?&lt;br /&gt;Z Boliwii przenoszę się do sąsiedniej Argentyny -  niesamowitego kraju ognistego tanga i mroźnych lodowców. Tym razem nie stoję bezpośrednio na pokrywie lodowej, lecz na tarasie widokowym - maleńkim balkoniku, który ukląkł z szacunku przed potęgą lodu. „Pertito Moreno” – niemal bezdźwięczny szept wyrywa się z moich ust. Wzruszenie odbiera mi mowę, gdy spoglądam na jeden z najsłynniejszych i najwyższych lodowców świata. Długi na jakieś 5 km, wznoszący się na 60 – 70 m, w zależności od sezonu, ponad turkusową taflę Lago Argentino, przytłacza ogromem poszarpanych pionowych ścian wyglądających jakby starały się rozorać niebo. Przeszywający huk pękającego lodu przetacza się przez dolinę. Zamieram w bezruchu. Czyżby Inkascy bogowie okazywali swój gniew i potęgę? Potężna masa lodu, niczym wysadzona w powietrze gigantyczna wieża, wpada z olbrzymim pluskiem w otchłań jeziora. Błękitny lód rozpada się na miliony bryłek pokrywając taflę wody. Choć jestem ciepło ubrana, bo tak nakazuje rozsądek przy wielogodzinnym pobycie wśród milionów ton lodu, moim ciałem wstrząsa dreszcz. Mój argentyński przewodnik podaje mi gorącą yerba mate, ziołową herbatę i narodowy napój Argentyny. Nie przepadam za ziołami, ale zaparzona w zapallo (odmiana dyni) mate, pita przez metalową rurkę z filtrem, to coś wyjątkowego. Uczucie błogości rozpływające się po ciele potwierdza, że warto było po nią sięgnąć. Z otwartymi ustami wpatruję się w „cielący się” na moich oczach lodowiec, od którego jęzora odrywają się kawały lodu i niczym lawina spadają w dół do jeziora, odcinając jedną z jego odnóg, Brazo Rico. Wyciągam sprzęt fotograficzny. Zdjęcia pomogą mi utrwalić niepowtarzalne widoki i pokazać to, co trudno jest opisać słowami.&lt;br /&gt;Czas ruszać dalej, do położonego niewiele ponad 40 km stąd El Calafate. Ruszamy samochodem terenowym podziwiając po drodze surową przyrodę Południowej Patagonii. W miarę oddalania się od krainy lodu krajobraz zmienia się drastycznie. Biel i błękit lodowców ustępuje żywym kolorom ukwieconych górskich łąk, by wkrótce przejść w monotonną szarość stepów, rozjaśnianą gdzieniegdzie jasnobrązowymi plamami pasących się guanako i stadami kędzierzawych owiec, wyglądających jak białe cumulusy płynące po chmurnym nieboskłonie.&lt;br /&gt;Opuszczam fascynującą Patagonię i lecę do stolicy kraju - gorącego Buenos Aires. Jednak to nie słupek rtęci jest tu wyznacznikiem temperatury. To co rozpala mieszkańców i odwiedzających ten jeden z największych portów świata, to zmysłowe tango, duma każdego Argentyńczyka. Docieram do gwarnej sali, w dzielnicy portowej La Boca. Gdy wchodzę rozlegają się mocne dźwięki muzyki, od których zaczyna szybciej pulsować krew. Pamiętając o etykiecie tanga (o tradycyjnym sposobie zapraszania do tańca zwanym cabeceo), przyjmuję zaproszenie przez podtrzymanie kontaktu wzrokowego i podchodzę do znajomego Argentyńczyka. Muzyka wciąga nas w trans. Z początku nogi się jeszcze plączą, ale po chwili  wtapiamy się w roztańczony tłum, w którym wiek i płeć nie mają znaczenia. Oddycham Argentyną, wciąga mnie niesamowita energia tańca, rytm nocnego życia Buenos Aires. Moje myśli płyną do Evity Peron, najsławniejszej kobiety w Argentynie. Czy ona lubiła tango? Na pewno tak.&lt;br /&gt;Powoli, z ociąganiem otwieram oczy. Z radia płyną cicho dźwięki muzyki:„Don’t cry for me Argentina”. Na stole stoi przechowywana na specjalną okazję butelkę wybornego argentyńskiego wina z Mendozy. Kiedyś odbędę taką podróż i za to wznoszę toast!&lt;br /&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Agnieszka Mermon&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-1240184597634289888?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/1240184597634289888/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=1240184597634289888' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/1240184597634289888'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/1240184597634289888'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/lodowce-ameryki-poudniowej-czyli-moja.html' title='LODOWCE AMERYKI POŁUDNIOWEJ – czyli moja podróż wymarzona w upalne lato!'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-6318388240571873032</id><published>2009-03-11T07:19:00.000-07:00</published><updated>2009-03-11T07:49:59.461-07:00</updated><title type='text'>Alpy + Lazurowe Wybrzeże</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;To już trzeci wyjazd z biurem Rainbow Tours (poprzednie Paryż i Londyn były bardzo udane). &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfNAz2HPGI/AAAAAAAAAic/WmELIwtlJXg/s1600-h/Alpy.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311939699307658338" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfNAz2HPGI/AAAAAAAAAic/WmELIwtlJXg/s200/Alpy.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Tym razem postanowiliśmy jechać na trasę Alpy i Lazurowe Wybrzeże. Naszą przewodniczką była pani Halina Kabzińska (do pomocy był pan Robert). Po przekroczeniu granic Polski czeka nas pierwsza niespodzianka: w drodze do hotelu w okolice Chamonix zwiedzamy Genewę (Stare miasto + zegar kwiatowy i oczywiście spacer wzdłuż jeziora Genewskiego). &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfJmuG9ElI/AAAAAAAAAh8/Rz7_rYv9Sxc/s1600-h/Alpy.JPG"&gt;&lt;/a&gt;We Francji wita nas pochmurna pogoda (ciepło z lekkim deszczem), mamy nadzieję, że do następnego dnia się wypogodzi, bo w planach wjazd na wysokość 3842 m n.p.m. Niestety dzień 3 wycieczki wita nas deszczem. Grupa z dużym optymizmem wsiada do autokaru i ruszamy na zdobycie Alp. W Chamonix skąd zabiera nas kolejka na szczyt Aiquille du Midi (3842 m n.p.m) deszc&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfLJeichuI/AAAAAAAAAiE/fkU_Rph3ry4/s1600-h/Jezioro.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311937649183590114" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfLJeichuI/AAAAAAAAAiE/fkU_Rph3ry4/s200/Jezioro.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;z, a na w/w wysokości – 6 stopni i śnieg większy niż w zimę w Polsce. Zakładamy ciepłe bluzy i do przodu (niestety Alpy schowane w śniegu).Po tych ekstremalnych warunkach zwiedzamy Chamonix i mamy przerwę na obiad. Pani Halina zaprasza nas na regionalne potrawy i pomaga nam je zamówić (oczywiście menu po francusku) – do posiłku tradycyjnie wino. I wtedy wychodzi słońce i Alpy ze szczytem Mont Blanc odsłaniają się w całej okazałości. Aparaty grzeją się od robienia zdjęć. My wyjeżdżamy w kierunku Annecy – miasteczka zwane Alpejską Wenecją. Najpierw czas wolny, później rejs statkiem po jeziorze D’Annecy i zwiedzanie samego miasteczka, które poprzetykane jest kanałami wodnymi. Wracamy do hotelu i wspominamy różne pory roku – od śniegu do pięknego słońca. Następny dzień od samego rana zapowiada się słonecznie, pakujemy się i wyruszamy na zwiedzanie Grenoble, a tam wjazd kolejką na Fort de la Bastille skąd podziwiamy widok na miasto i otaczające je Alpy. Za chwilę czeka na 2 niespodzianka. W drodze do Avignon skręcamy i oglądamy akwedukt rzymski Pont du Gard (w pobliżu 3 wiedźmy – bez obawy chodzi o drzewa oliwne). Słońce pali niemiłosiernie a cykady cykają. Krótki odpoczynek i jesteśmy w Avignon. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfLuAlsgNI/AAAAAAAAAiM/MyqvXdhch3M/s1600-h/Monaco.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311938276799316178" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfLuAlsgNI/AAAAAAAAAiM/MyqvXdhch3M/s200/Monaco.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Oglądamy dawny Pałac Papieski, tutaj jest również przerwa na obiad, ale my wolimy pochodzić po miasteczku zwłaszcza, że przed Pałacem Papieskim trwają spektakle uliczne – wiadomo lipiec jest miesiącem teatru w Avignon. Na koniec most w Avignon, znany z piosenki Ewy Demarczyk, i pamiątkowe zdjęcie z polem lawendy ( charakterystyczne dla Prowansji ). Dzień 5 obfituje w dużo atrakcji, ale po kolei. Najpierw Marsylia i przejazd kolejką na wzgórze gdzie stoi bazylika Notre Dame. Piękny widok na miasto i wyspę If, na której więziony był hrabia Monte Christo. Następnie krótkie zakupy i przejazd do St.Tropez (ach te jachty i gdzie ten słynny żandarm?). Tutaj &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfMdHLK4fI/AAAAAAAAAiU/4r5St7R86go/s1600-h/Wenecja.bmp"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311939086020960754" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfMdHLK4fI/AAAAAAAAAiU/4r5St7R86go/s200/Wenecja.bmp" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;niespodzianka numer 3 – przepływamy Zatokę Miliarderów (chociaż tutaj czujemy się bogaczami) i dopływamy do Saint Maxime – autokar czeka i udajemy się do Cannes. Władze miasta chyba wiedziały, że przyjedzie grupa z Polski – na słynnych schodach czerwony dywan już czekał. Aleja Gwiazd troszkę nas rozczarowała (podobna do Aleji w Międzyzdrojach). Po zameldowaniu w hotelu dla chętnych wyjście na plaże. Księżyc w pełni, cieple morze, palmy na brzegu – czego więcej potrzeba – trochę się rozmarzyłem. A tu już dzień 6 i pierwszy punkt – miasteczko Grasse i fabryka perfum Fragonard, gdzie cała grupa robi zakupy perfum, mydełek i innych pachnideł i przejazd do małego miasteczka ST. Paul de Vence. Ach te stare mury, wąskie uliczki i okiennice w oknach. Jedziemy do Monaco a tam najpierw ogród botaniczny z panoramą na małe państwo, później zwiedzanie samego księstwa Monaco (min muzeum oceanografii). Czas na &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfNbZ3N4EI/AAAAAAAAAik/iAvOKJ7bJnA/s1600-h/Wybrzeze.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311940156189433922" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfNbZ3N4EI/AAAAAAAAAik/iAvOKJ7bJnA/s200/Wybrzeze.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;posiłek i szykowanie się do przejazdu do Monte Carlo trasą Formuły 1. Nasi kierowcy pan Czesio i Władzio grzeją motory w autokarze. W Monte Carlo dla chętnych wizyta w kasynie (szansa wygrania jak w totolotka), my wybieramy spacer i oglądamy limuzyny podjeżdżających gości. Dzień 7 kolejna niespodzianka – jedziemy do kanionu Verdun, tam czekają rowery wodne i mamy 2 godziny na pływanie wśród skał na lazurowej wodzie wśród skał. Po relaksie wracając do hotelu zwiedzamy miasteczka Monstiers-Sainte –Marie (złota gwiazda wisząca na miastem) i Aubs. Wieczorem wypad na plażę i pożegnanie z Lazurowym Wybrzeżem. Dzień 8 wyjazd w stronę Włoch, po drodze zwiedzamy jeszcze miasteczko Antibes (targ + spacer po mieście) i po 7 godzinach jazdy meldujemy się w Weronie. Tutaj czeka na nas lokalny przewodnik, z którym wędrujemy po mieście oglądając najbardziej charakterystyczne zabytki (amfiteatr, balkon Julii i&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfPW45yDbI/AAAAAAAAAis/96NSAiyJVFg/s1600-h/Grupowe.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311942277645602226" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfPW45yDbI/AAAAAAAAAis/96NSAiyJVFg/s200/Grupowe.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; balkon Romea?). Przed nami dzień 8 i niestety ostatni. Zaczynamy od przypłynięcia tramwajem wodnym na wyspę Burano (słynie z koronek) – spacer wśród kanałów wodnych i kolorowych domków. Powrót do Wenecji i w oczekiwaniu na przewodnika lokalnego trochę czasu na obiad lub spacer po mieście. Przewodnik oprowadza po zabytkach – przechodzimy wąskimi uliczkami i mostkami nad kanałami wodnymi (ma to swój urok). Powrót tramwajem wodnym do autokaru i niestety pożegnanie z Wenecją. Jeszcze krótki odpoczynek, zrobienie grupowych zdjęć i powrót do Polski. Dziękujemy wszystkim za pokazanie trochę innego świata i przekazanie pozytywnych emocji co dam nam wybór biura na następny rok – oczywiście Rainbow Tours (w planach Włochy).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Kamila i Darek Bieńkowscy&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-6318388240571873032?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/6318388240571873032/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=6318388240571873032' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6318388240571873032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6318388240571873032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2009/03/alpy-lazurowe-wybrzeze.html' title='Alpy + Lazurowe Wybrzeże'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SbfNAz2HPGI/AAAAAAAAAic/WmELIwtlJXg/s72-c/Alpy.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-7703575844341648610</id><published>2008-10-10T08:11:00.001-07:00</published><updated>2008-10-23T01:24:48.946-07:00</updated><title type='text'>Turcja – smak Orientu</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Któż nie chciałby zasmakować orientalnej przygody, zobaczyć antycznych pozostałości po czasach pełnych krwawych bitew, przeżyć niezwykłe spotkanie z mitologią?&lt;br /&gt;Ja zawsze o tym marzyłam, podobnie jak o tym, by spróbować jak pachną korzenne przyprawy na targu w Stambule, odetchnąć modlitewną atmosferą muzułmańskich meczetów, zobaczyć na własne oczy księżycową Kapadocję i bawełniane terasy Pamukkale.&lt;br /&gt;Tak, więc zwabił mnie „Smak Orientu” na niezapomnianą podróż po pełnej tajemnic i kontrastów Turcji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykbQhkrGI/AAAAAAAAAeY/3jDED2g6KVY/s1600-h/01a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259253061102690" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykbQhkrGI/AAAAAAAAAeY/3jDED2g6KVY/s200/01a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Orientalną wyprawę rozpoczynam w Antalyi. Lądujemy w nocy o 2 w nocy, a kiedy około 4 rano wreszcie wskakuję do łóżka, by zdrzemnąć się na chwilę przed dalszą podróżą, z pobliskiego minaretu rozlega się donośne nawoływanie muezina. Witaj Turcjo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętając o zasadzie: ”Kto rano wstaje … ten najwięcej zobaczy” zrywam się trzy godziny później i łykając w pośpiechu hotelowe śniadanie ruszam na mały rekonesans po okolicy. Hotel jest świetnie położony w hotelowej dzielnicy Lara, tuż przy biegnącej wzdłuż brzegu promenadzie. Część dzielnicy rozciąga się wzdłuż szerokiej plaży, a tam gdzie brzeg jest urwisty, ciągnie się pas zieleni z pięknymi fontannami, malowniczymi mostkami, skałkami i ozdobami parkowymi. [01] Uprawianie porannego joggingu w takim otoczeniu sprawia na pewno dużą przyjemność mieszkańcom Antalyi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sycąc oczy widokiem szmaragdowego morza, soczystej zieleni i pokrytych różowym kwieciem &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykiaZQgQI/AAAAAAAAAeg/xv9P7Zgr9vk/s1600-h/02a.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259375969665282" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykiaZQgQI/AAAAAAAAAeg/xv9P7Zgr9vk/s200/02a.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;oleandrowych krzewów, wędruję wzdłuż wybrzeża nie wypuszczając aparatu fotograficznego z dłoni. W wielu miejscach poszarpane skały niemal pionowo schodzą do morza, a w świetle poranka przybierają fantastyczne kształty. W takiej scenerii nie przeszkadza mi nawet widok samolotów przelatujących co kilka minut ponad palmami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilkunastominutowym spacerze dochodzę do miejsca, gdzie do morza uchodzi podziemna rzeka Duden Cayi. Spadając z wysokości &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykpYrEvjI/AAAAAAAAAeo/OrVdzG4LTSg/s1600-h/03a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259495766605362" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykpYrEvjI/AAAAAAAAAeo/OrVdzG4LTSg/s200/03a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;20 m tworzy ona przepiękny wodospad (Asagi Duden Selalesi). Kilka fotografii i już muszę wracać do hotelu, z którego zaraz wyruszymy autokarem w głąb Turcji, przez Konyę do Kapadocji.&lt;br /&gt;Od tak dawna marzyłam by zobaczyć tą bajeczną krainę, że gdy dowiaduję się o możliwości zobaczenia jej z lotu ptaka, to pomimo, iż nie jest to tania rozrywka (150 Euro), postanawiam „zaszaleć”.&lt;br /&gt;Następnego dnia zrywam się o 4 rano, by oczekiwać w przejmującym chłodzie na przygotowanie balonów do lotu. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykv6WlKJI/AAAAAAAAAew/4wxs7pfhAC8/s1600-h/04a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259607886669970" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykv6WlKJI/AAAAAAAAAew/4wxs7pfhAC8/s200/04a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wraz z gromadą zapaleńców popijam kawę, nie mogąc doczekać się na start. Balony gotowe, więc w pośpiechu zajmujemy miejsca w gondolach, by zdążyć na widowisko, w &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyk3b5cVLI/AAAAAAAAAe4/7jGLyaQmyHA/s1600-h/05a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259737150346418" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyk3b5cVLI/AAAAAAAAAe4/7jGLyaQmyHA/s200/05a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;którym wstające słońce ślizgając się po skałach promieniami przegania mrok. Wznosimy się balonem na wysokość 400 m, słońce rozświetla horyzont. Rozpoczyna się teatr światła i cienia. Skały różowieją, a wkrótce potem odkrywają przed nami całą gamę żółtych, beżowych i brązowo-szarych odcieni. Kolorowe czasze balonów ożywiają krajobraz, a widoki zapierają dech w piersiach. Choć&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyk-tvyDtI/AAAAAAAAAfA/Yn4anp6eucw/s1600-h/06a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259862200749778" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyk-tvyDtI/AAAAAAAAAfA/Yn4anp6eucw/s200/06a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; skały tufowe to miękki materiał, jednak tutaj pojęcie miękkości jest względne. Lądowanie awaryjne w tym rejonie na pewno nie byłoby miękkie i raczej trudno byłoby go przeżyć, lepiej więc skoncentrować się na podziwianiu widoków. Nie jest to łatwe, gdy &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylFqcqIaI/AAAAAAAAAfI/ZZXRPIVOn8U/s1600-h/07a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259259981574316450" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylFqcqIaI/AAAAAAAAAfI/ZZXRPIVOn8U/s200/07a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;obsługa balonu próbuje popisać się swoimi umiejętnościami i nurkuje pomiędzy skalnymi wydmami, tuż nad poszarpanymi i zaostrzonymi czubkami skał.&lt;br /&gt;Słońce oświetla wyższe partie skalne i powoli odkrywa przed nami coraz większe bogactwo form. Trzeba przyznać, że natura wykazała się w Kapadocji dużą fantazją. Moim oczom ukazują się wyłaniające się z ciemności skalne wydmy i doliny z pofałdowanymi ścianami z miękkiego popiołu wulkanicznego, bajkowe kominy i kopuły, niesamowite tufowe &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylQPZt_MI/AAAAAAAAAfQ/7oAAeIUKmgE/s1600-h/08a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259260163292789954" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylQPZt_MI/AAAAAAAAAfQ/7oAAeIUKmgE/s200/08a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;stożki przypominające domy lub zamki dla karłów, a nawet stację kosmiczną - wystarczy uruchomić wyobraźnię.&lt;br /&gt;Aparat fotograficzny i kamera pracują na zmianę. Kolejne zdjęcie robię przy podniesionej nieco adrenalinie. W pewnym momencie balon znajdujący się pod nami podnosi się zbyt wysoko i grozi nam zahaczenie o jego czaszę, co prawdopodobnie zakończyłoby się jej uszkodzeniem... Obsługa naszego wehikułu beztrosko zadaje pytanie, czy jest ktoś chętny by zmniejszyć obciążenie balonu, aby szybko można było się wznieść i uniknąć kolizji, ale chętnych brak. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylcaSNPRI/AAAAAAAAAfY/CUV4GH5tubA/s1600-h/09a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259260372372503826" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylcaSNPRI/AAAAAAAAAfY/CUV4GH5tubA/s200/09a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Na szczęście do zderzenia nie dochodzi, więc można wrócić do kontemplowania widoków. Wysokie skały z wykutymi w nich licznymi pomieszczeniami wyglądają imponująco. To takie prototypy drapaczy chmur.&lt;br /&gt;Lot kończy się precyzyjnym lądowaniem wśród krzewów winorośli, na przyczepie półciężarówki. Przez chwilę zachodzi ryzyko, że wylądujemy na rozłożonych i suszących się na płachcie winogronach, z których zrobi się sok zamiast rodzynek. Na szczęście doświadczona obsługa, oraz brak wiatru, ratują sytuację. Sukces zostaje oblany szampanem, po którym (oczywiście w szampańskim nastroju) można wyruszyć na bliższe spotkanie z cudami Kapadocji w Skansenie „Goreme", który jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylmLeIdwI/AAAAAAAAAfg/CqsEPFvBwgo/s1600-h/10a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259260540194682626" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPylmLeIdwI/AAAAAAAAAfg/CqsEPFvBwgo/s200/10a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Skansen zachwyca mnie na każdym kroku. Z zapartym tchem oglądam skupisko wykutych w skałach bizantyjskich kościołów, kaplic i klasztorów. Urządzano tu kaplice, cele, refektarze, a w czasach najazdów, czy prześladowań religijnych podziemne miasta służyły za schronienie miejscowej ludności i napływającym uciekinierom. Na ścianach niektórych kościołów, dzięki niewielkiej ilości światła docierającej do wnętrza, zachowały się żywe kolory malowideł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyluBZLfkI/AAAAAAAAAfo/OSeeQ_nUJTc/s1600-h/11a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259260674928508482" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyluBZLfkI/AAAAAAAAAfo/OSeeQ_nUJTc/s200/11a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Goreme ze wszystkich stron otoczone jest przepięknymi dolinami. Jedziemy zobaczyć te najpiękniejsze: Dolinę Wyobraźni, Dolinę Miłości (Zemi) oraz Dolinę Devrent zwaną Doliną Mnichów lub Doliną Baśniowych Kominów. Grzybki tufowe można zwiedzić od środka. Skalne pomieszczenia posiadają doskonałe właściwości izolacyjne, dlatego posiedzieć wewnątrz w upalny dzień to czysta przyjemność, z której skwapliwie korzystam.&lt;br /&gt;Dzień się kończy i niestety czas się pożegnać z Kapadocją. Rzucam ostatnie spojrzenie na skalne olbrzymy i na białe skały wulkaniczne imitujące piaszczyste wydmy. Wraz z zachodzącym słońcem magiczne domy i doliny robią się coraz bardziej tajemnicze, a baśniowy krajobraz stworzony przez naturę i człowieka odciska się głęboko w mojej pamięci, pozostawiając wyjątkowe wspomnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczesnym rankiem opuszczamy baśniową Kapadocję i udajemy się w kierunku Ankary robiąc po&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyl45936nI/AAAAAAAAAfw/t3mvhh9fc_w/s1600-h/12a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5259260861913492082" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPyl45936nI/AAAAAAAAAfw/t3mvhh9fc_w/s200/12a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; drodze postój przy słonym jeziorze Tuz. Po okresie letnim jego powierzchnia i głębokość drastycznie się zmniejsza, więc we wrześniu zamiast tafli wody jak okiem sięgnąć rozciąga się solna pustynia. Spacerując po tak nietypowym podłożu spotykam wałęsające się psy. Ciekawe skąd biorą wodę do picia, bo przecież nie z jeziora!&lt;br /&gt;Składamy krótką wizytę w stolicy, by zwiedzić położone na szczycie niewielkiego wzgórza mauzoleum Atatürka, tureckiego polityka i wojskowego, który w 1922 roku stanął na czele ruchu nacjonalistycznego i obalił sułtanat. Wejście na teren mauzoleum jest pilnie strzeżone. Nie wolno wnosić ze sobą żadnego bagażu, więc zabieram tylko aparat fotograficzny. Ogromny dziedziniec otacza kolumnada i sale muzealne z licznymi pamiątkami i przedmiotami osobistymi prezydenta. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAwpBdkpmI/AAAAAAAAAf4/M4qIsmCyYD4/s1600-h/13a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260257846093981282" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAwpBdkpmI/AAAAAAAAAf4/M4qIsmCyYD4/s200/13a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Mamy szczęście, ponieważ właśnie rozpoczyna się zmiana warty. Głośne kroki marszowe szerokim echem rozlegają się na dziedzińcu mauzoleum. Jeszcze głośniej wykrzykiwane są żołnierskie komendy. Z boku wygląda to, jakby wściekli oficerowie przeklinali na czym świat stoi.&lt;br /&gt;Ruszamy dalej. Przed nami Istambuł, wyjątkowa mieszanka Orientu i Zachodu, miasto dwóch kontynentów będące przez wieki jednym z najważniejszych ośrodków cywilizowanego świata. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAwwzLaOkI/AAAAAAAAAgA/wZOMCfz-Dck/s1600-h/14a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260257979698657858" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAwwzLaOkI/AAAAAAAAAgA/wZOMCfz-Dck/s200/14a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Pierwsze zetknięcie z Istambułem, to oczywiście widok meczetu, Obok, ogromna kolejka ludzi w różnym wieku. Zaintrygowana dyskretnie się im przyglądam. Stoją tu starsi i młodsi, spokojnie konwersując, a inni, znużeni (zapewne długim wyczekiwaniem), posiadali gdzie się dało. Zagadnięty turecki pilot wyjaśnia mi, że zaczął się Ramadan, czyli miesięczny okres, w którym każdy dorosły muzułmanin pości od świtu do zachodu słońca. Tłum ludzi czeka na zachód słońca i na darmową kolację. Co ciekawe, nie są to ludzie wyglądający na potrzebujących. Są wśród nich osoby całkiem dobrze ubrane, niektóre w firmowych ciuchach. Na moje pytanie, dlaczego oni tu stoją, otrzymałam odpowiedź, że... z ciekawości co dostaną. No cóż, co kraj to obyczaj.&lt;br /&gt;Kierując się intensywnym zapachem przypraw docieram do Stambulskiego Wielkiego Bazaru, zwanego też Krytym Bazarem. Przy takim skupisku, około 4,5 tys. sklepików, restauracji, warsztatów, meczetów, banków i tym podobnych instytucji, każdy nasz hipermarket wygląda jak prowincjonalny sklepik. Ogromny targ, to plątanina uliczek i placyków wypełniona hałaśliwym tłumem sprzedawców, tubylców i turystów. W takich okolicznościach nie trudno stracić nie tylko &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAw5cXryWI/AAAAAAAAAgI/Jq5wJqOwzG8/s1600-h/15a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258128194947426" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAw5cXryWI/AAAAAAAAAgI/Jq5wJqOwzG8/s200/15a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;głowę, ale i torbę, czy portfel. Na straganach króluje towar kiepskiej jakości, podróbki dla turystów, nierzadko sprowadzane z Chin. Rodzime są tu chyba tylko przyprawy, słodycze i setki talizmanów z „okiem Proroka”, wszechobecnym tureckim talizmanem, który zawieszany w autobusach, w samochodach, noszony w formie biżuterii (zarówno przez kobiety jak i przez mężczyzn), wmurowywany w chodnik, w ściany domostw lub sklepów, ma ochraniać od złych mocy i strzec przed nieszczęściem. Z ulgą wydostaję się na jedną z handlowych uliczek. Dla mnie ciekawsze od zakupów są obserwacje mieszkańców Istambułu, sprzedawców i targujących się &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxAxnkbkI/AAAAAAAAAgQ/S3LtdrEHPQA/s1600-h/16a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258254157803074" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxAxnkbkI/AAAAAAAAAgQ/S3LtdrEHPQA/s200/16a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;miejscowych. Oni przychodzą tu głównie na Targ Korzenny i po słodkości: chałwę i lukum – niewielkie, lekko gumowate, bardzo słodkie kwadraciki, o wielu smakach i dodatkach. Takimi słodyczami są podejmowani w Turcji goście, więc zapas lukum powinien obowiązkowo znajdować się w każdym domu. Już pierwszego dnia wycieczki miałam okazję skosztować tego przysmaku poczęstowana przez tureckiego pilota naszej grupy.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxIRxbncI/AAAAAAAAAgY/NHnQEjJK-E8/s1600-h/17a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258383048187330" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxIRxbncI/AAAAAAAAAgY/NHnQEjJK-E8/s200/17a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Po targowej sobocie czas na turecką niedzielę. Najpierw program obowiązkowy, czyli zwiedzanie najsłynniejszych zabytków Istambułu. Zaczynamy od wyróżniającego się niezwykłą harmonią i elegancją Błękitnego Meczetu, zbudowanego w latach 1603-1617 przez sułtana Ahmeda I. Zdejmuję obuwie, okrywam się zabraną na tą okazję chustą i wchodzę do środka. Imponujące rozmiarami wnętrze świątyni emanuje ciszą i spokojem. Podłogę w meczecie wyścieła miękki czerwony dywan. Nad salą modlitewną wznosi się imponująca kopuła i 4 półkopuły ozdobione arabeskami. Klęczące postacie modlących się &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxUs5jjTI/AAAAAAAAAgg/c_R1X8TmSUc/s1600-h/18a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258596488449330" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxUs5jjTI/AAAAAAAAAgg/c_R1X8TmSUc/s200/18a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wyznawców islamu wprowadzają atmosferę skupienia i medytacji.&lt;br /&gt;Po drugiej stronie niewielkiego parku położona jest świątynia Hagia Sofia, przed którą ustawiam się w kolejce wraz z innymi pragnącymi wejść do środka. Czekając można się tu zaopatrzyć w tureckie precle lub spróbować pieczonych kasztanów. Co prawda "najlepsze kasztany są na placu Pigalle", ale i w Istambule smakują nieźle... W końcu, kiedy udaje mi się wejść do wnętrza, przeżywam duże rozczarowanie. Spacerując w tłumie rozgadanych turystów &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxcle-NEI/AAAAAAAAAgo/7BukeZNyaEw/s1600-h/19a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258731936855106" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxcle-NEI/AAAAAAAAAgo/7BukeZNyaEw/s200/19a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;tęsknię za ciszą i skupieniem z Błękitnego Meczetu, a samo wnętrze świątyni, choć imponujące, sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego.&lt;br /&gt;Z ulgą wracam do parku pomiędzy meczetami, gdzie mogę poddać się dyskretnej obserwacji kontrastujących ze sobą strojów mieszkańców Istambułu. W kolorowym tłumie ubranych w chusty Turczynek, gdzie niegdzie widać tradycyjną czerń i stroje z odsłoniętym jedynie oczami, ale żywe kolory ubrań zdecydowanie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxkkRuV5I/AAAAAAAAAgw/JsaymlN-H9E/s1600-h/20a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260258869051807634" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAxkkRuV5I/AAAAAAAAAgw/JsaymlN-H9E/s200/20a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;przeważają, szczególnie w świąteczne dni. Wśród parkowych alejek kręci się sprzedawca herbaty z charakterystycznym lśniącym, srebrnym zbiornikiem na plecach. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyCKqKTyI/AAAAAAAAAg4/Ds7_gi2ZDaY/s1600-h/21a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260259377571057442" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyCKqKTyI/AAAAAAAAAg4/Ds7_gi2ZDaY/s200/21a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Podobno przeciętny Turek pije nawet do 15 filiżanek tego napoju dziennie. Najchętniej pijana jest, znakomicie gasząca pragnienie, herbata jabłkowa. Mnie ona też bardzo smakuje.&lt;br /&gt;Koniec przerwy, ruszam dalej do pałacu Topkapi Sarayi, a później na rejs po cieśninie Bosfor. Na pokładzie niewielkiego statku, przeznaczonego tylko dla naszej grupy, wyruszam podziwiać brzegi cieśniny między przewieszonymi nad turkusowo-błękitną tonią wody Mostem Bosforskim i &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyMny2P-I/AAAAAAAAAhA/1z_CvDKYIgk/s1600-h/22a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260259557190811618" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyMny2P-I/AAAAAAAAAhA/1z_CvDKYIgk/s200/22a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Mostem Mehmeda Zdobywcy, każdym o ponad kilometrowej długości. Zarówno europejski, jak i azjatycki brzeg cieśniny zachwycają przepięknymi meczetami i reprezentacyjnymi budynkami. Roztaczające się widoki nasuwają mi skojarzenie z rejsem w Paryżu po Sekwanie. Nie przypuszczałam, ze brzegi Bosforu mogą być tak interesujące. Tuż pod powierzchnią morza widać jasne plamy. To olbrzymie meduzy unoszą się leniwie na wodzie. Wzdłuż brzegu stoją liczni wędkarze. Podobno wody cieśniny obfitują w ryby, więc satysfakcja z połowu, nawet w gęstym tłumie, gwarantowana.&lt;br /&gt;Na zakończenie wizyty w Istambule, jako że jestem łasuchem, postanawiam spróbować miejscowych słodyczy. Po krótkiej wędrówce znajduję niewielką lodziarnię i oryginalnego sprzedawcę, który rozśmiesza mnie sztuczkami, jakie wyczynia przy nakładaniu zimnego przysmaku. Mógłby z powodzeniem występować w cyrku i nieźle na tym zarobić. Same lody są bardzo słodkie i konsystencją przypominają trochę gumę do żucia, ale dają się zjeść.&lt;br /&gt;Następnego dnia nasz autokar rusza w kierunku Troi i Pergamonu. Chociaż niewiele ocalało ze &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyWv6ta9I/AAAAAAAAAhI/Xl2NGRPK9qY/s1600-h/23a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260259731169962962" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyWv6ta9I/AAAAAAAAAhI/Xl2NGRPK9qY/s200/23a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;starożytnej potęgi tych miast ja, oczami wyobraźni, widzę wspaniałość tych miejsc, niemal słyszę szczęk oręża i odgłosy dramatycznej wojny o piękną Helenę Trojańską. Przed wejściem na teren wykopalisk stoi współczesna replika trojańskiego konia. Różni się sporo od mojego wyobrażenia na ten temat, ale ulegam pokusie uwiecznienia się na jego tle.&lt;br /&gt;Kolejny świt zastaje mnie w drodze do Efezu - najlepiej zachowanego antycznego miasta we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, jednej z największych atrakcji turystycznych Turcji. Zafascynowana spaceruję pośród starożytnych ruin. Wspaniale zachowana fasada Biblioteki Celsusa robi na mnie zdecydowanie największe wrażenie. W czasach rzymskich &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyvyhYy5I/AAAAAAAAAhQ/nV0ZkugSc5I/s1600-h/24a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260260161365789586" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAyvyhYy5I/AAAAAAAAAhQ/nV0ZkugSc5I/s200/24a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Efez szczycił się pozycją pierwszej i największej metropolii w Azji. Ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że Rzymian w Efezie można spotkać i dzisiaj. Kiedy zwiedzam ruiny starożytnego teatru w pobliżu rozlegają się głosy trąb. Zaintrygowana ruszam w stronę, z &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAy5V3tuuI/AAAAAAAAAhY/Wd4DSDfpYeY/s1600-h/25a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260260325473499874" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAy5V3tuuI/AAAAAAAAAhY/Wd4DSDfpYeY/s200/25a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;której dobiega ich dźwięk i moim oczom ukazuje się rzymski patrol zmierzający na miejsce, gdzie ku uciesze gawiedzi rozgrywają się walki gladiatorów i pokazy połykania ognia oraz innych kuglarskich sztuczek. W sezonie organizowany jest tu "Live Show" - przedstawienie prezentujące scenki z życia w antycznym mieście. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzYZRY_5I/AAAAAAAAAhg/4GG5XbOf5BI/s1600-h/26a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260260858962444178" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzYZRY_5I/AAAAAAAAAhg/4GG5XbOf5BI/s200/26a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ostatni punkt programu tego dnia to Pamukkale. Już z bardzo daleka widzę wspaniałe, lśniąco białe wapienne formacje trawertynowe, odcinające się wyraźnie na tle górskiego zbocza. Nazwa Pamukkale oznacza Bawełniany Zamek ("pamuk" to po turecku bawełna, "kale" - zamek). Mnie jednak te niesamowite, jakby zmrożone białe kaskady i trawertynowe ściany, skojarzyły się z fantastycznym lodowcem, o tyle przyjemniejszym od prawdziwego, że kontakt z nim, nawet gołą stopą, nie grozi odmrożeniem. Podziwiam terasy (bardzo uważając by nie stracić równowagi, co nie jest łatwe przy jednoczesnym wykonywaniu licznych zdjęć i pilnowaniu by w kadr nie wszedł żaden z licznych turystów) i powoli przesuwam się wzdłuż &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzhYDyBMI/AAAAAAAAAho/9Fwjo_x_T5w/s1600-h/27a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260261013255750850" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzhYDyBMI/AAAAAAAAAho/9Fwjo_x_T5w/s200/27a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;szlaku, kontemplując ten cud natury. Niestety, brakuje czasu by sprawdzić uzdrawiającą moc wody termalnej i zażyć kąpieli w pobliskim Basenie Kleopatry. Na pocieszenie w drodze powrotnej do autokaru wstępuję na teren ruin starożytnego Hierapolis, ze wspaniałym teatrem Hadriana i Septymiusza Sewera. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzx2Qc76I/AAAAAAAAAhw/YYLitlca4as/s1600-h/28a_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5260261296239865762" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SQAzx2Qc76I/AAAAAAAAAhw/YYLitlca4as/s200/28a_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zatoczywszy potężne koło po ziemi tureckiej wracam znużona, ale bardzo zadowolona do Antalyi. Następnego dnia wykorzystuję jeszcze pozostały czas na zwiedzenie historycznego centrum tego śródziemnorskiego kurortu i na krótki rejs wzdłuż wybrzeża. Siedząc już na pokładzie samolotu, unoszącego mnie do domu, jeszcze raz ogarniam wzrokiem fascynujący półwysep azjatycki i wiem już na pewno, że jeszcze tu wrócę z Rainbow Tours.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Agnieszka (pesteczka123) &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-7703575844341648610?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/7703575844341648610/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=7703575844341648610' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7703575844341648610'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7703575844341648610'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/10/turcja-smak-orientu-kt-nie-chciaby.html' title='Turcja – smak Orientu'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SPykbQhkrGI/AAAAAAAAAeY/3jDED2g6KVY/s72-c/01a_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-8002510180463925190</id><published>2008-08-19T01:35:00.000-07:00</published><updated>2008-08-19T02:00:35.020-07:00</updated><title type='text'>...na spotkanie Tarzana...</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ze snu wyrwał mnie budzik, dzwoniąc natrętnie głośno. Ledwo przyłożyłam do poduszki głowę, już trzeba wstawać. Na zegarku była 5 rano. No tak, w Polsce to środek nocy. Gorąca kawa parzy usta, śniadanie zjem gdzieś po drodze.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKQWYhWsI/AAAAAAAAATA/tUBASIl6fvE/s1600-h/IMG_1983.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236149530262592194" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKQWYhWsI/AAAAAAAAATA/tUBASIl6fvE/s200/IMG_1983.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wychodzę na zewnątrz...słońce już wzeszło i robi się upalnie. Za moment przyjedzie Szon i wyprawa w głąb dżungli stanie się rzeczywistością.&lt;br /&gt;Chwilę potem jedziemy pickupem, pustą asfaltową drogą w kierunku gór widocznych na horyzoncie. Kończą się pola uprawne i nieliczne wiejskie zabudowania. Szon podaje mi niewielkie zawiniątko. Zjedź coś, mówi z uśmiechem. Pyszne sajgonki i chrupiące banany w cieście, trochę ananasa...królewskie śniadanie. Tacy są Tajowie, gościnni, uprzejmi. On wiedział, że nie jadłam. Podzielił się ze mną swoim śniadaniem. Niesamowity kraj...&lt;br /&gt;Po około godzinnej jeździe Szon zatrzymuje samochód na jakimś podjeździe koło niskich zabudowań. Dymu pełno, wokół unosi się słodkawy zapach. A wszystko to wśród mnóstwa palm kokosowych. Ogromne piece, w których płonący ogień potęguje upał i olbrzymie misy pełne gorącego syropu, mieszanego ręcznie przy pomocy wielkich spiralnych mieszadeł, to normalny widok w takiej malutkiej fabryce. Tutaj w hali bez ścian, pod dachem z kokosowych liści, produkuje się smakołyk – cukier kokosowy.&lt;br /&gt;-To kokosowa manufaktura - mówi Szon Tutaj wszystko, co daje palma kokosowa, jest ręcznie przerabiane. Bo palma kokosowa to majątek. U nas się powiada, że ...kto ma jedno drzewo z głodu nie zginie, kto ma wiele palm, jest bogaczem...&lt;br /&gt;Palma kokosowa w starohinduskim języku to kalpa vriksha, co w tłumaczeniu oznacza drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia.&lt;br /&gt;I rzeczywiście. Pnie palmy kokosowej są materiałem budulcowym i stolarskim. Liście doskonale nadają się do krycia dachów domów tropikalnych. Młode listowie jest spożywane jako jarzyna. Sok, który po nacięciu młodych kwiatostanów obficie wycieka, zawiera cukier. Z soku tego produkuje się syrop i cukrowe słodkości, a sfermentowany daje wino kokosowe, z którego po destylacji otrzymuje się arak. Kwiatostany podobne do ogromnej białawej wiechy są tak ciężkie, że kiedy chciałam go dokładnie obejrzeć musiałam trzymać taki kwiatuszek w obu rękach. Najwięcej zastosowań znalazły tzw. orzechy kokosowe. Olbrzymia pestka tego ow&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKZEAGIgI/AAAAAAAAATI/lipcZGYPHuw/s1600-h/IMG_2293.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236149679947129346" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKZEAGIgI/AAAAAAAAATI/lipcZGYPHuw/s200/IMG_2293.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ocu otoczona jest grubą warstwą materiału włóknistego, z którego wyrabia się liny, kosze, plecionki, wycieraczki, sandały, kapelusze. Gruba łupina pestki służy do wyrobu misek i trwałych naczyń, różnych ozdobnych rzeczy i...biustonoszy. Tak, tak biustonoszy. Podobno dziewczęta na Rarotonga (wyspa w Archipelagu Cooka) wykonują i noszą śliczne biustonosze ze skorup orzechów kokosowych.&lt;br /&gt;Bardzo cennym surowcem jest biała substancja wyściełająca wnętrze pestkowca. To kopra, z której po wysuszeniu wytłacza się olej i tłuszcz kokosowy. Dojrzewające owoce zawierają mleko - białawy, płyn, niezwykle bogaty w cukry i zawierający mnóstwo witamin oraz hormonów roślinnych.&lt;br /&gt;Szon podaje mi schłodzony zielony owoc kokosu z naciętą skorupą do której wkłada rurkę.&lt;br /&gt;- pij mówi, to jest wspaniale orzeźwiające.&lt;br /&gt;Jakie to niesamowite, nie coca cola, nie woda mineralna, tylko mleko kokosowe gasi wspaniale pragnienie w dżungli.&lt;br /&gt;Po nie zbyt długim odpoczynku w zakładzie kokosowym ruszamy dalej. Po chwili skręcamy w bok od drogi asfaltowej. Teraz rozumiem dlaczego samochód ma te wielkie terenowe koła.&lt;br /&gt;Droga piaszczysto-gliniasta. Pył za nami okrywa wszystko żółto-czerwonawą zasłoną. Przed nami tylko zieleń, drzewa, palmy, jakieś pnącza. Tak, tutaj już dżungla bierze wszystko w swoje posiadanie. Nienasycona, zielona, bujna, rozpasana, groźna. Samochód trzęsie niemiłosiernie. Szon uśmiecha się tajemniczo. Za zakrętem jakby nagle została uniesiona zielona zasłona. Przed nami łąka, polana, no w każdym razie wolna przestrzeń. Samochód staje na moment.&lt;br /&gt;- Patrz...pokazuje ręką przed siebie tajski przewodnik.&lt;br /&gt;Zaniemówiłam z wrażenia. To dziki słoń zbliża się do smakowitego krzewu. Szybko nastawiam aparat. Jest! Wprawdzie królewski zwierz właził już do swojej spiżarni, i tylko olbrzymi zad udało mi się sfotografować, ale Szon pociesza...zobaczysz ich jeszcze mnóstwo.&lt;br /&gt;Wśród zieleni dostrzegam zabudowania, samochód zatrzymuje się na dużym placu. No teraz za&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKgSk5MDI/AAAAAAAAATQ/3yueFaxU6tQ/s1600-h/IMG_2300.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236149804118650930" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKgSk5MDI/AAAAAAAAATQ/3yueFaxU6tQ/s200/IMG_2300.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;czyna się prawdziwa przygoda. Szon idzie załatwić wierzchowca, a ja...tam gdzie słychać, hałas, trąbienie, pokrzykiwania. Kupuję wiązkę małych bananów i trzcinę cukrową. No teraz mam słoniowe smakołyki i mogę z bliska popatrzeć na te olbrzymie zwierzęta. Tutaj we wsi, przysposabia się słonie do pracy w dżungli, pielęgnuje się młode i te bardzo stare. Opiekunowie dbają o swoich podopiecznych. Mówi się o nich, że słoń i kornak...to taka para małżeńska, taka, co to na śmierć i życie.&lt;br /&gt;Oglądam jak dwa słonie, zgodnie przesuwają ogromne pnie palmy na budowę domu. Dalej mały słonik, któremu widać bardzo gorąco, trzymając wąż ogrodniczy w pysku, sięga trąbą nabiera wody i ...robi sobie prysznic. Ale sprytny. Tak się zapatrzyłam na słoniowe dziecko, że kiedy ktoś mnie szarpnął za ramię, nie odwróciłam nawet głowy i dalej stałam zaśmiewając się. A słonik zerkał szelmowsko na mnie. Następne szarpnięcie. Odwróciłam się zniecierpliwiona i zamarłam. To była trąba słonia. - Daj mu banany...krzyknął Szon nadbiegając. I tak to słoń, który zresztą potem okazał się być naszym wierzchowcem, upomniał się sam o zapłatę.&lt;br /&gt;Jak ja wejdę na tego kolosa?...spojrzałam do góry. Słoń na grzbiecie miał umocowany rodzaj dwuosobowej kanapy, coś na kształt krzesełka górskiego wyciągu. Nawet zamknięcie, chroniące przed wypadnięciem, było takie samo. Okazało się, że to nie było wcale trudne. Drewniany pomost, na który dostałam się po schodkach umożliwił bardzo wygodne wejście na szarego kolosa, łypiącego okiem w kierunki wiązki trzciny cukrowej, trzymanej w ręc&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKvGhtEnI/AAAAAAAAATY/SsSoSRRSglw/s1600-h/IMG_2347.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236150058582086258" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKvGhtEnI/AAAAAAAAATY/SsSoSRRSglw/s200/IMG_2347.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e.&lt;br /&gt;Karawana kilku słoni, kołysząc się z boku na bok powoli ruszyła wąską ścieżką nad brzegiem rzeki. Spoglądałam na burą wodę z góry z lekką obawą. Słoń zaczął powoli schodzić ze stromej skarpy na brzeg i po chwili jego ogromne stopy zanurzyły się w wodzie. Majestatyczny zwierz nic sobie nie robiąc z głębokości, przechodził w bród rzekę, żeby po drugiej stronie zagłębić się w niezmierzoną dżunglę. Słonie szły spokojnie jeden za drugim, nie zwracały zupełnie uwagi na odgłosy wokół. A dżungla śpiewała, mruczała, szeptała. Mnóstwo kolorowych ptaków, fruwało wśród zieleni głośno krzycząc. Może protestowały przeciw stadu słoni depczących ich włości. Z boku kilka małp kołysało się na lianach. Cudowne kwiaty, purpurowe, żółte, pomarańczowe, znane i nie znane były wspaniałym kolorowym akcentem wśród kipiącej zieleni. Wśród drzew znowu zamajaczyła rzeka. Widać było tratwy bambusowe płynące w dół rzeki. Na drugim brzegu słoń podchodził do wodopoju. Zwykły widok, ale mnie się wydawał tak niesamowity i tak nierzeczywisty, iż miałam wrażenie, że zaraz za drzew wyjdzie Tarzan ze swoją przyjaciółką panterą Bagheerą.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqLQ9oC9jI/AAAAAAAAATg/sjM_yWU8fQ8/s1600-h/IMG_2351.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236150640308319794" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqLQ9oC9jI/AAAAAAAAATg/sjM_yWU8fQ8/s200/IMG_2351.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;I jak zwykle, wszystko, co piękne szybko się kończy... czas upłynął niepostrzeżenie. Słonie wracały na zasłużony odpoczynek do swoich zagród. Podeszłam do słonia i już bez obawy podałam mu pęk trzciny cukrowej. Wielka trąba delikatnie zagarnęła smakołyk i wiązka niemałych w końcu rozmiarów, zniknęła w pysku. Patrzyłam z bliska w oczy słonia, a on trąbą lekko dotknął mojego ramienia jakby w podzięce za przysmak. Takich chwil się nigdy nie zapomina. Spotkanie z takim zwierzęciem oko w oko, chociaż oswojonym, ale jednak, bądź co bądź dzikim, jest ogromnym przeżyciem.&lt;br /&gt;Czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Widok kąpiących się w rzece słoni i zabaw tych olbrzymich zwierząt ze sobą i z ukochanymi poganiaczami.&lt;br /&gt;Kiedy tak patrzyłam na te wodne igraszki, wierzyć się nie chciało, że tam na dole w rzece bawią się kilkutonowe zwierzaki. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-8002510180463925190?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/8002510180463925190/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=8002510180463925190' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/8002510180463925190'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/8002510180463925190'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/08/na-spotkanie-tarzana.html' title='...na spotkanie Tarzana...'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SKqKQWYhWsI/AAAAAAAAATA/tUBASIl6fvE/s72-c/IMG_1983.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-3970278229196446023</id><published>2008-07-24T04:30:00.000-07:00</published><updated>2008-08-01T07:07:01.123-07:00</updated><title type='text'>Chorwacja – Wzdłuż Adriatyku – CTO – last minute</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Po udanych wakacjach z Rainbow Tours w minionych latach (m.in. Włochy Klasyczne, Hiszpania-&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMNyEbKDuI/AAAAAAAAARw/mF6cWY9_i7I/s1600-h/aaClipboard04a.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229538746139545314" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMNyEbKDuI/AAAAAAAAARw/mF6cWY9_i7I/s200/aaClipboard04a.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Portugalia) te wakacje również postanowiłem spędzić z wyżej wymienionym, sprawdzonym &lt;a href="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhoDw5dFNI/AAAAAAAAAQw/TPydvJCe1Ok/s1600-h/jaskinia_CTO.JPG"&gt;&lt;/a&gt;organizatorem. Do naszego biura turystycznego Veni Tour w Przemyślu, poszedłem z kartą stałego Klienta Rainbow Tours. Karta Klubowa daje mi rabat nawet w przypadku ofert last minute i to nie tylko dla mnie, ale również dla osoby towarzyszącej, którą niezmiennie jest moja żona Alicja. Preferujemy wycieczki objazdowe i dlatego wybrałem dostępną jako last minute, korzystną cen&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMONipBMjI/AAAAAAAAAR4/GZKg5NbVk9s/s1600-h/aaclip7140222.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229539218107216434" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMONipBMjI/AAAAAAAAAR4/GZKg5NbVk9s/s200/aaclip7140222.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;owo imprezę CTO- Chorwacja wzdłuż Adriatyku. Po kilku dniach przygotowań do podróży, kolejne &lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhojdhZ5rI/AAAAAAAAAQ4/vj5zcH6yXWw/s1600-h/wodospad_CTO.JPG"&gt;&lt;/a&gt;wakacje spędzaliśmy już&lt;br /&gt;z Rainbow Tours, który zadbał o wygodne połączenia antenowe, nowoczesny, piętrowy, komfortowy autokar z wszelkimi wygodami (WC, klimatyzacja, bar, video) i jak się później okazało profesjonalną i miłą obsługę. Pani Magdalena Gwoździk, nasza pilotka i przewodniczka, zapoznała nas z programem i szczegółowo wyjaśniła zasady uczestnictwa, zwracając szczególną uwagę na punktualne zgłaszanie się uczestników przed autokarem na ustaloną wcześniej godzinę, co przy licznej grupie, ma fundamentalne znaczenie organizacyjne. W &lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMOa3hkbYI/AAAAAAAAASA/W5I_WiFXN78/s1600-h/aaclip7140198.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229539447051414914" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMOa3hkbYI/AAAAAAAAASA/W5I_WiFXN78/s200/aaclip7140198.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;trakcie wycieczki pani &lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIho8copGpI/AAAAAAAAARA/XpCqgeBIcD0/s1600-h/jeziorko_CTO.JPG"&gt;&lt;/a&gt;Magdalena odpowiadała na wszelkie pytania oraz podejmowała optymalne i przemyślane decyzje. Wyjechaliśmy z Polski przez Czechy, Austrię i Słowenię. Po drodze pani pilot organizowała co&lt;br /&gt;3-4 godziny, krótkie postoje. We wczesnych godzinach porannych byliśmy już w Lublanie, stolicy Słowenii. Zwiedziliśmy katedrę św. Mikołaja, ratusz i smoczy most i pojechaliśmy do największej tajemniczej jaskini Postojna, jednej z największych na świecie jaskiń o łącznej długości ponad 27 km. Po połudn&lt;a href="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMO0KmdIiI/AAAAAAAAASI/ql0AHfi5JpY/s1600-h/aaP7150585.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229539881668911650" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMO0KmdIiI/AAAAAAAAASI/ql0AHfi5JpY/s200/aaP7150585.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;iu wyruszyliśmy na kolację i nocleg do hotelu. &lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhuX1l_3WI/AAAAAAAAARY/S-FspN7L1XU/s1600-h/wycieczka_CTO.bmp"&gt;&lt;/a&gt;Otrzymaliśmy przestronny dwuosobowy pokój z łazienką i mediami oraz śniadania i kolacje z produktami do wyboru serwowane jako stół szwedzki, polegający na udostępnieniu turystom kilkunastu potraw, z których mogą oni ułożyć pełny posiłek z uwzględnieniem własnych upodobań kulinarnych i dietetycznych W kolejnym dniu zwiedzaliśmy przepiękny Park Narodowy Plitvickie Jeziora, gdzie na obszarach porośniętych przez buki, jodły, świerki i klony, na długości ponad 8 km, znajduje się 16 turkusowych jezior położonych tarasowo&lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMPNnl14RI/AAAAAAAAASQ/XnMB4ydx88I/s1600-h/aaP7150399.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229540318947696914" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMPNnl14RI/AAAAAAAAASQ/XnMB4ydx88I/s200/aaP7150399.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;i połączonych ze sobą 72 wodospadami. Obszar parku &lt;a href="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhpdvDRsOI/AAAAAAAAARQ/qk66GAd6Fzo/s1600-h/wyceiczka_CTO_.JPG"&gt;&lt;/a&gt;zaliczany jest do światowego dziedzictwa naturalnego i jest chroniony przez UNESCO. Po zwiedzaniu przybyliśmy na wybrzeże. Pani pilot sprawnie zakwaterowała nas w hotelu Neum o wspomnianym wyżej standardzie, ale tym razem w dużym pokoju z loggią&lt;br /&gt;i widokiem na Adriatyk. Atrakcyjna lokalizacja hotelu nad samym morzem, duży basen kąpielowy i „żywa” muzyka przy plaży zapewniały nam przez trzy dni pełną możliwość relaksu&lt;br /&gt;po zwiedzaniu. Bardzo udane były dwie całodniowe wyci&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMPq9cvH6I/AAAAAAAAASY/oNBDBPM_XYg/s1600-h/aaclip7160620.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229540823031291810" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMPq9cvH6I/AAAAAAAAASY/oNBDBPM_XYg/s200/aaclip7160620.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;eczki&lt;br /&gt;do &lt;a href="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhpNaIUVjI/AAAAAAAAARI/FrR-hBcGeDE/s1600-h/wycieczka_CTO_.JPG"&gt;&lt;/a&gt;Splitu i Trogiru oraz do Dubrownika. W Trogirze, typowym nadmorskim miasteczku pospacerowaliśmy po malowniczej starówce, gdzie zobaczyliśmy między innymi ratusz z przełomu XIV i XV wieku i katedrę św. Wawrzyńca z XIII wieku.&lt;br /&gt;W Splicie, największym mieście Dalmacji zwiedziliśmy stare miasto, którego zabudowa odzwierciedla burzliwe dzieje regionu - krzyżują się tu wpływy weneckie, węgierskie i austriackie. Zobaczyliśmy antyczny pałac cesarza Dioklecjana - jeden&lt;br /&gt;z najpiękniejszych w Europie przykładów rzymskiej architektury &lt;a href="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMQI8vfrNI/AAAAAAAAASg/D86qCGSNwm8/s1600-h/aaclip7160763.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229541338237611218" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMQI8vfrNI/AAAAAAAAASg/D86qCGSNwm8/s200/aaclip7160763.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;obronnej (IV-V wiek), ratusz miejski z XV wieku i malowniczy &lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhvFyY7ghI/AAAAAAAAARg/ZysNejvKqt8/s1600-h/baszta_CTO_2.JPG"&gt;&lt;/a&gt;port. Po drodze obserwowaliśmy fantastyczne widoki na góry i Adriatyk. W Dubrowniku ogłoszonym przez UNESCO dziedzictwem kultury światowej spacerowaliśmy po starym mieście, i byliśmy w Mala Braca - klasztorze franciszkanów z przełomu XIV i XV wieku, w Muzeum Apteki oraz na murach miejskich. Z inicjatywy pani pilot ponadplanowo opłynęliśmy małym stateczkiem wyspę Lokrum i pojechaliśmy do pobliskiej winiarni. W ostatnim dniu zwiedziliśmy jeszcze &lt;a href="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMQ0dRQdiI/AAAAAAAAASo/oG2dI0dR2DY/s1600-h/aaclip7160672.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229542085703530018" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMQ0dRQdiI/AAAAAAAAASo/oG2dI0dR2DY/s200/aaclip7160672.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Park Narodowy Krka, po czym wróciliśmy zadowoleni do Polski. Wydawać by się mogło, &lt;a href="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhw1spRJkI/AAAAAAAAARo/mKnqBJvHyzI/s1600-h/Krka_CTO.JPG"&gt;&lt;/a&gt;ze przy opisanych świadczeniach i usługach niczego nie można już udoskonalić. Okazuje się, że prawie każdy turysta ma aparat fotograficzny i utrwala na pamiątkę swoje spostrzeżenia&lt;br /&gt;i dlatego postuluję, żeby&lt;br /&gt;w następnych imprezach przewidzieć o wiele więcej czasu&lt;br /&gt;na fotografowanie w czasie zwiedzania niektórych obiektów (po prostu wolniej przechodzić) a na interesujacej trasie, gdzie tylko można będzie zatrzymać autokar, zaplanować krótkie postoje na widokowe sesje fotograficzne. Z pewnością ta zmiana byłaby &lt;a href="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMX_ZuproI/AAAAAAAAAS4/ZwgJEUs0Ztc/s1600-h/aaP7170103.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5229549970313031298" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMX_ZuproI/AAAAAAAAAS4/ZwgJEUs0Ztc/s200/aaP7170103.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;doceniona przez turystów.&lt;br /&gt;Po tym krótkim sprawozdaniu z dołączonymi fotografiami nie trudno zgadnąć z jakim organizatorem wybierzemy się na nasze następne tęczowe podróże,&lt;br /&gt;a zrobimy to również dlatego, że karta stałego klienta Rainbow Tours działa bezterminowo. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMX0WASEbI/AAAAAAAAASw/476kxDaK4_8/s1600-h/aaP7170103.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Henryk Lasko&lt;br /&gt;Stały Klient Rainbow Tours&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-3970278229196446023?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/3970278229196446023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=3970278229196446023' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/3970278229196446023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/3970278229196446023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/07/chorwacja-wzdu-adriatyku-cto-last.html' title='Chorwacja – Wzdłuż Adriatyku – CTO – last minute'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp3.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SJMNyEbKDuI/AAAAAAAAARw/mF6cWY9_i7I/s72-c/aaClipboard04a.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-2298729005407041358</id><published>2008-07-24T03:15:00.000-07:00</published><updated>2008-07-24T03:45:04.549-07:00</updated><title type='text'>„Nasz  Egipt”</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="color:#ff6666;"&gt;&lt;strong&gt;Oto nasze zapiski z podróży do Egiptu- witamy - Małgosia i Marek Augustynowie z Brzegu. Wiadomości do reportażu pochodzą z dziennika , który prowadziłam na bieżąco podczas wycieczki:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="color:#ff6666;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;08.03.2007 r&lt;/strong&gt;.-rozpoczyna się nasza wymarzona podróż do Egiptu. Wybraliśmy wycieczkę „Egipt wzdłuż Nilu”, gdyż nie lubimy wypoczywać stacjonarnie ale przemieszczać się i wiele zobaczyć. &lt;span style="color:#3366ff;"&gt;Biuro Rainbow Tours&lt;/span&gt; to także nie przypadek, już podróżowaliśmy z Wami, uważamy że jesteście profesjonalistami w każdym calu, organizujecie naprawdę &lt;span style="color:#3366ff;"&gt;„tęczowe podróże”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze przeżycie zwłaszcza dla mnie to lot, gdyż nigdy nie leciałam samolotem, Marcysiowi już zdarzało się latać. Następnie nocna podróż do hotelu „Empire”, obserwowanie współtowarzyszy podróży i sen.&lt;br /&gt;Jako, że nie możemy nigdy usiedzieć na miejscu, po śniadaniu ( ale jakim - czego tam nie było) wyruszamy obejrzeć Hurghadę.&lt;br /&gt;Nastawieni trochę asekuracyjnie i nieufni wobec Egipcjan przeżywamy miłe rozczarowanie- uśmiechnięci, bardzo życzliwi ludzie, ale sprzedać chcą wszystko. Marcyś w swoim żywiole gdyż uwielbia się targować. Po południu spotkanie z pilotem wycieczki, przemiłą Panią Małgosią, przedstawiony przez nią program oraz wycieczki fakultatywne „ zaostrzyły” nasz apetyt na zwiedzanie.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Od 10.03.&lt;/strong&gt; rozpoczynamy podróżowanie po Egipcie. Raniutko śniadanie i ruszamy do Zachodniego Brzegu Luksoru - Teby i następnie legendarna Dolina Królów. Wyobrażaliśmy sobie pustynię jako wielką piaskownicę a to również wielkie, piękne góry. Ludzie to naprawdę trzeba zobaczyć !! Następnie niesamowita Świątynia Królowej Hatsepsut wykuta w skale, wygląda wręcz bajkowo, nawet pilnujący żołnierze z karabinami nie psują tego widoku a wręcz jakby byli bohaterami tej bajki. Do widoku policjantów przyzwyczailiśmy się prędko, a byli to sympatyczni i często bardzo przystojni faceci. W skali 1 do 10 największe wrażenie podczas całej wycieczki(na 10 punktów) i zachwyt wzbudziła we mnie Świątynia Karnak - starożytni Egipcjanie nazywali ją „najdoskonalszym z miejsc”. Jej ogrom (134 kolumny), rozmach ,symetria i piękno po prostu mnie zachwyciły. Zaciekawienie tą budowlą wzbudziły wspaniałe opowieści Pani Małgosi. Ona nie mówiła ale opowiadała o tym miejscu, jak najpiękniejsze bajki dzieciństwa. Obejrzeliśmy Świątynię w Luksorze poświęconą tebańskiej triadzie bóstw - Amonowi, Mut i Chonsu. Zauważa się tutaj już wpływy rzymskie i chrześcijańskie. Te wiadomości zapamiętaliśmy dzięki wspaniałemu przekazowi Pani Małgosi. Gdy kończyliśmy zwiedzać świątynię był już zmrok i wszystko było podświetlone- niesamowity widok. Wieczorem trafiamy na nasz statek „Królowa Nilu”, Marcyś na pewno pamięta angielską nazwę. U mnie z angielskim tak sobie. Bardzo miła obsługa, przydzielona kabina też bardzo przytulna – jest łazienka, telewizor i bardzo wygodne łóżka. Rano pięknie sprzątnięty pokój, pościelone łóżka i fantazyjne krokodyle ułożone z ręczników. O godz. 11.00 mieliśmy odpływać ale Marcysia już nosi, mówi, że zejdzie na chwilę na ląd rozejrzeć się. Upewniam się czy na pewno ma zegarek. Napotkany Egipcjanin oferuje mu kupno napoi i zaprasza do swojego domu. Marcyś jest oczywiście ostrożny ale i ciekawy życia tych ludzi. Bardzo biednie w tym domu ale człowiek bardzo gościnny i przyjazny. Płynąc obserwujemy brzegi Nilu, w niektórych miejscach jakby zatrzymał się czas. Kobiety piorą w rzece, dzieci pływają, osiołki niespiesznie ciągną zaprzęgi.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;12.03.&lt;/strong&gt; Com Ombo - zwiedzamy świątynię Xawera i Sobka (teraz wiem skąd wzięło się słowo sobek). Następnie świątynia Horusa - zapamiętałam co oznacza słowo pylon - jeden to Dolny a drugi to Górny Egipt.&lt;br /&gt;Wieczorem nasz statek dostojnie wpływa do portu w Asuanie, obserwowaliśmy pięknie oświetlone mosty i statki.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;13.03.&lt;/strong&gt; Zwiedzamy Asuan na własną rękę, jesteśmy pierwszymi zwiedzającymi Muzeum Cywilizacji Nubijskiej. Wrażenie zrobił na nas 8 metrowy posąg Ramzesa II oraz eksponaty obrazujące rozwój kultury, rzemiosła i życie codzienne (scenki rodzajowe: szkoła, zagroda). Następnie zwiedzamy katedrę koptyjską. Trafiamy na bazar, Marcyś kupił mi srebrny (chyba) medalion, oczywiście z całym rytuałem targowania.&lt;br /&gt;Po zwiedzeniu Ogrodu Lorda Kitchnera odwiedzamy jeszcze raz suk - czego tam nie ma, najtrudniej znaleźć i kupić pieczywo, ale w końcu przy pomocy młodego Asuańczyka trafiamy do bardzo miłego i przystojnego piekarza. A pieczywo jest przepyszne i jeszcze ciepłe. Wieczorem pożegnalny obiad, oczywiście smaczny ale my rozpuszczeni tym wspaniałym jedzeniem rozglądamy się gdzie deser. Nagle gaśnie światło, słychać bębny i śpiewy, nasza przemiła obsługa wchodzi grając i śpiewając nubijskie rytmy z pięknymi płonącymi tortami. Zawsze uśmiechnięci, mili i bardzo pogodni są Ci Nubijczycy. I ostatnia noc na statku.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;14.03.&lt;/strong&gt; Ostatni dzień w Asuanie - wycieczka do wioski nubijskiej. Jedziemy dostojną karawaną na wielbłądach wzdłuż Nilu. Początkowo trochę się bałam ale okazało się że to bardzo ostrożne i miłe zwierzaki. &lt;a href="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhXp9CwOlI/AAAAAAAAAQQ/Rft1f4muZO0/s1600-h/bezÂ"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226523745835825746" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" height="136" alt="" src="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhXp9CwOlI/AAAAAAAAAQQ/Rft1f4muZO0/s200/bez%C2%A0tytu%C5%82u.JPG" width="207" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Podczas zwiedzania wioski trafiliśmy również do szkoły, dzieciaki przemiłe a ich nauczycielka bardzo pogodna i śliczna. Jako, że jestem również nauczycielką postanowiłam zrobić wspólne zdjęcie.&lt;br /&gt;Następnie zwiedzamy Tamy Asuańskie oraz Świątynię Izydy na wyspie File (tam podobno nauczał Św. Marek). Teraz podróż nocna pociągiem do Kairu (ok. 900 km - 12 godz. jazdy). Ciągle kręcą się stewardzi pytając czy chcemy coś zamówić, światło pali się całą noc, co jakiś czas przechodzą po wagonach żołnierze. Marcyś spał, ja nie. Do Kairu dojechaliśmy szczęśliwie o godz. 6.00 rano.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;15.03. - 17.03.&lt;/strong&gt; Po ulokowaniu się w hotelu Majorka i zjedzeniu śniadania wyr&lt;a href="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhYab9q6aI/AAAAAAAAAQY/D0gstV64UbE/s1600-h/bezÂ"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226524578769725858" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" height="148" alt="" src="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhYab9q6aI/AAAAAAAAAQY/D0gstV64UbE/s200/bez%C2%A0tytu%C5%82u_1.JPG" width="215" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;uszamy na zwiedzanie. Najpierw Sakkara- miejsce pochówku królów, grobowce i schodkowa piramida Dżokera. Potem odwiedzamy Memfis - miasto faraonów (a ja tą nazwę zawsze kojarzyłam z USA). Teraz żelazny punkt Egiptu - Giza ze swoimi piramidami Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa oraz legendarnym Sfinksem. Piramidy robią na nas wrażenie, jak ludzie mogli coś tak monumentalnego tak precyzyjnie wybudować? A może to rzeczywiście kosmici? Spotkaliśmy pod piramidami polski akcent, nasz rodzimy samochód polonez.&lt;br /&gt;W Kairze jest zimniej niż na południu Egiptu, a pod piramidami nawet kropiło. Wizyta w wytwórni perfum, Marcyś od razu wiedział,&lt;br /&gt;że się skuszę na kupno chociaż ja mówiłam, że tylko powącham- kupiłam „ Aidę”. Po kolacji wybieramy się z Małgosią i Adamem (przemiłe małżeństwo z Bydgoszczy) na spacer po Kairze. Ogrom samochodów, jeżdżą jak chcą, ciągle trąbią, przejść przez ulicę jest tam nie lada sztuką. Późnym wieczorem idziemy wspólnie do kawiarni na słynną sziszę. Kelner uczy nas jak się ją pali, śmiechu jest co niemiara. Ja palę pierwsza i szybko się „wciągnęłam”, uczę innych. Rano ruszamy z przewodnikiem Egipcjaninem na zwiedzanie. Rozpoczynamy od Kairu islamskiego, najpierw cytadela, potem przepiękny meczet alabastrowy a w końcu trafiamy do Muzeum Egipskiego (zawsze marzyłam aby odwiedzić to miejsce). Nie zawiodłam się, czułam klimat tamtych czasów a skarby Tutanchamona wspaniałe. Następne miejsce , które nas zauroczyło to najstarszy bazar (suk) nie tylko w Kairze ale również w całym Egipcie. Kupujemy trochę upominków dla rodziny i przyjaciół (oczywiście targując się). Następnie delektuję się wspaniałą arabską kawą.&lt;br /&gt;Teraz kolej na Kair koptyjski z kościołem Św. Sergiusza gdzie schroniła się święta rodzina podczas wygnania z Egiptu, kościół Św. Barbary i na koniec synagoga Ben Ezra- tutaj nauczał Jeremiasz, Koptowie uważają, że znaleziono małego Mojżesza w koszu. Dzień kończymy spacerem z Małgosią i Adamem po Kairze.&lt;br /&gt;Następny dzień razem z Małgosią i Adamem postanawiamy poświęcić na samodzielne zwiedzanie Kairu. Wybieramy wizytę w ZOO - dopchaliśmy się z wielkim trudem do kasy i kupujemy bilety- 1 funt egipski (czyli jeden kibelek jak mówi kolega Jacek z wycieczki). W ogrodzie mnóstwo Egipcjan całymi rodzinami, widać ,że przewagę stanowią ludzie ubodzy. Nie jest to takie oglądanie jak u nas. Tutaj rodziny urządzają sobie pikniki- rozkładają koce, jedzenie, bawią się z dziećmi, są bardzo rodzinni i pogodni. Mężczyźni z wielkim oddaniem zajmują się dziećmi. My również jesteśmy wielką atrakcją w ogrodzie jako jedyni biali. Ludzie pozdrawiają nas, uśmiechają się, pytają skąd jesteśmy.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;18.03.-19.03.&lt;/strong&gt; Rano wczesne śniadanie i wyjeżdżamy do Hurghady. Po drodze z jednej strony pustynia a z drugiej Kanał Sueski a za nim Azja. Niesamowity widok i wrażenie ,że jest się w takim m&lt;a href="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhaBTxWitI/AAAAAAAAAQg/hFOXxRBtPa0/s1600-h/bezÂ"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226526346097101522" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" height="222" alt="" src="http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhaBTxWitI/AAAAAAAAAQg/hFOXxRBtPa0/s200/bez%C2%A0tytu%C5%82u-2.JPG" width="176" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;iejscu. Widzimy szyby naftowe na pustyni, platformy wiertnicze na Kanale. Przyjeżdżamy do wybranych hoteli - my do Magawish. Dostajemy bungalow nad samym morzem, z tarasem i łazienką. Zwiedzamy ośrodek, kąpiemy się w morzu a spacerując po molo zobaczyliśmy piękną płaszczkę. Następnego dnia ja wyruszam na nurkowanie na rafie koralowej, Marcyś zostaje w ośrodku. Po szybkiej lekcji nurkowania na statku wyruszam z „moim” nurkiem pod wodę, nie do końca wyszło to nurkowanie ale rafę zobaczyłam. Następnie nurkuję z maską i również widoki są fantastyczne. W powrotnej drodze do portu spotykamy stado delfinów - niesamowity widok.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;20.03-21.03.&lt;/strong&gt; Dzisiaj trochę plażujemy, ja więcej , bo Marcysia ciągle gdzieś nosi, biega, gimnastykuje się. Ja natomiast pluskam się w nieskończoność, uwielbiam wodę. Po południu wyjazd na safari do wioski beduińskiej i tutaj zaczyna się moja niesamowita i śmieszna przygoda. Wsiadamy z naszą grupą do samochodu, który po nas przyjechał aby nas dowieźć na safari. Marcyś miał do wioski jechać czterokołowcem a ja jeepem. Zajeżdżamy a tu okazało się, że mnie powinien zabrać inny samochód. Marcyś rozmawia po angielsku z przewodnikiem a ten powiedział mu, że pojadę do mojej grupy. Zaprowadzono mnie do samochodu, kierowcą jest stary Egipcjanin w turbanie, którego znajomość angielskiego jest 0,0001. Ruszamy, rozglądam się po mijanej okolicy i wydaje mi się ,że tędy już jechałam. Staram się nawiązać dialog z moim kierowcą a on ciągle powtarza „ ok. madame safari jeep., ok., ok.” Zaczynam się już trochę denerwować a nawet mieć stracha gdzie ja w końcu zajadę. I nagle zajeżdżamy przed wejście naszego hotelu a mój niezawodny kierowca z bezzębnym, rozbrajającym uśmiechem mówi : „ safari jeep madame ok.” i wskazuje mi parking przed hotelem. Jestem zdezorientowana, co robić dalej i nagle olśnienie , dzwonię do naszej niezawodnej pilotki Pani Małgosi. Przedstawiłam jej moją przygodę. Po kilkunastu minutach oddzwania, przeprasza mnie za zamieszanie i pyta czy reflektuję na taką wycieczkę jutro, zgadzam się. W Polsce pierwszy dzień wiosny - podobno zimno i deszczowo – śnieżnie a u nas piękna pogoda, morze cieplutkie, słonko świeci, na niebie żadnej chmurki. Zażywamy na zmianę kąpieli morskiej i słonecznej. Po południu moje drugie podejście na safari, tym razem bez falstartu. Dojeżdżamy do wioski beduińskiej, oglądamy chaty tych koczowników, którzy nie dali się zamknąć w blokach i wrócili na swoją ukochaną pustynię. &lt;a href="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhaaBjkCRI/AAAAAAAAAQo/O8w9ir0O8yI/s1600-h/bezÂ tytuÅu4.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226526770704156946" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; WIDTH: 261px; CURSOR: hand; HEIGHT: 162px" height="164" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhaaBjkCRI/AAAAAAAAAQo/O8w9ir0O8yI/s200/bez%C2%A0tytu%C5%82u4.JPG" width="270" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Największe wrażenie zrobił na mnie zachód słońca na Saharze, tego nie da się opowiedzieć, to trzeba zobaczyć i przeżyć. A zapewniam, że to jest taka chwila dla, której warto przyjechać do Egiptu. Wieczorem ostatnia kolacja, spacery nad morzem i egipski wieczór. Najpierw taniec brzucha wykonany przez śliczną dziewczynę a potem coś wspaniałego i niesamowitego: tańczący derwisz- trzeba to również po prostu zobaczyć. Około 15 minut kręcił się , wykonywał cuda z bębenkami, spódnicami, chustami , które miał na sobie. Podobno derwisze poprzez muzykę i taniec mogą oderwać się od ziemskich spraw. W tym wirującym tańcu wznoszą jedną rękę ku niebu a drugą kierują w dół ku ziemi. Nie wiem jak „nasz” derwisz ale my na moment na pewno oderwaliśmy się od spraw codziennych obserwując ten niesamowity pokaz. Ostatnia noc w naszym bungalowie. Acha jesteśmy tak fantastycznie wypoczęci i zrelaksowani, że bardzo spokojnie i sprawnie spakowaliśmy się, a nie zawsze w podróży to nam się udawało.&lt;br /&gt;22.03. Ostatni dzień - wstałam raniutko, poszłam na plaże wykąpać się, pospacerować. Potem śniadanie, ostatni spacer po naszym ośrodku, pożegnanie ze znajomymi i wyjazd na lotnisko.&lt;br /&gt;Lądujemy w Katowicach, zimno chłodno i trzeba wracać do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="color:#ff6666;"&gt;Ale „nasz wymarzony Egipt” nie zawiódł nas - były to wspaniałe 2 tygodnie przygody, odpoczynku i spotkania z historią. Teraz już niedługo czeka nas Maroko i jego cesarskie miasta. Zaczarowała i urzekła nas ta „biała” Afryka.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Do zobaczenia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-2298729005407041358?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/2298729005407041358/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=2298729005407041358' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2298729005407041358'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2298729005407041358'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/07/nasz-egipt.html' title='„Nasz  Egipt”'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp1.blogger.com/_ZLhrp3Ccgog/SIhXp9CwOlI/AAAAAAAAAQQ/Rft1f4muZO0/s72-c/bez%C2%A0tytu%C5%82u.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-6858018121443510323</id><published>2008-07-03T08:04:00.000-07:00</published><updated>2008-07-03T08:05:48.086-07:00</updated><title type='text'>Namibia, czyli podróż palcem po mapie</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Sporty zimowe na pustyni? Czemu nie! Moim największym marzeniem jest zjazd na nartach z ogromnej piaszczystej wydmy. Taki slalom gigant na piachu. Jedynym mankamentem jest brak wyciągu – pod górę trzeba niestety się wdrapać. Ale za to później jaka frajda i zabawa. Istna piaszczysta olimpiada. Ale do rzeczy. Odrobina mojej bujnej wyobraźni  i już jadę palcem po mapie. Dokąd? Aż do Namibii, gdzie z pewnością jest pełno piachu.&lt;br /&gt;   Moją wymarzoną podróż rozpocznę od Fish River Canyon. Jest to drugi co do wielkości kanion świata, zaraz po Wielkim Kanionie Kolorado. Widok, który zapiera dech w piersiach, nie pozwoli jechać dalej. Choć na kilka chwil trzeba przystopować , zrobić głęboki oddech, otworzyć szeroko oczy i nacieszyć się majestatycznym pejzażem. Tutaj naprawdę można napawać się pięknem natury i zrozumieć potęgę przyrody. Krajobraz, który ukazuje się przed naszymi oczami, uwalnia nas od zgiełku cywilizacji i pozwala na chwile zapomnienia...&lt;br /&gt;   Następnym punktem programu będzie przejazd w kierunku pustyni Namib. Po drodze miniemy nieczynne kopalnie cynku w Rosh Pinah i Skorpin. Przejedziemy przez tereny zamieszkane przez plemię Nama oraz okolice słynące z diamentów. A warto wiedzieć, że Namibia to kraj, gdzie pełno jest poszukiwaczy tych błyskotek. Wydobycie diamentów to istotna pozycja w dochodzie narodowym Namibii. Co ciekawe w strefie diamentów lepiej się nie schylać, żeby nie być posądzonym o próbę kradzieży cennego kruszcu. Warto odwiedzić pochłonięte przez pustynię miasteczko Kolmanskop, pierwsze siedlisko poszukiwaczy diamentów. Obecnie nazywane jest miastem duchów. Założone na początku XX wieku, opustoszało kilkadziesiąt lat później. Spacer obok starej poczty i pozostałości innych zabudowań zasypanych przez wydmy to istotnie spacer przez miasto duchów. Takie odnosi się wrażenie.&lt;br /&gt;   Kolejnym, ale zarazem i najważniejszym punktem podróży będą pomarańczowe wydmy Sossusvlei, jedne z najwyższych na świecie. Dochodzą nawet do 400 metrów wysokości. I właśnie tutaj czeka nas prawdziwa zabawa. Możemy surfować po wydmach na nartach, jeździć wynajętymi quadami lub nawet skakać ze spadochronem. Albo po prostu spróbować wejść na najwyższą z wydm ;-)  To zadanie będzie jednak trudne do wykonania – dwa kroki w przód i półtora w tył ;-)  Ciekawe czy na skuterze poszłoby łatwiej? W nagrodę za zdobycie szczytu czeka nas odjazdowy zjazd na nartach na sam dół. Przez chwilę poczujemy się jak sam mistrz Adam Małysz. Różnica jest tylko taka, że w ustach będzie pełno piachu ;-)  Ale to dobry sposób na zaspokojenie ewentualnego głodu ;-)  Po takiej ilości szaleństwa trzeba w końcu powiedzieć dość tej wariackiej "olimpiadzie". W zamian za włożony trud następnego dnia czeka nas istny spektakl barw. Będzie można napawać się cudownym widokiem wschodzącego słońca nad pomarańczowymi piachami. To okazja do zrobienia gigantycznej ilości niesamowitych zdjęć. Oglądając ten spektakl barw w samym sercu Afryki, poczujemy się jak ludzie pustyni i pomarzymy o poprowadzeniu karawany w odległe, tajemnicze zakątki kontynentu, z dala od cywilizacji i hałaśliwych miast.&lt;br /&gt;   Kiedy znudzą się nam bezkresne piachy proponuję odwiedzić Wybrzeże Szkieletów. Pokryte jest ono kadłubami statków, które osiadły na brzegu i niczym wszechobecne tu kości i szkielety, utkwiły na wieczność w piasku. Zapisana jest tu historia tragedii ludzi morza, wielu ludzkich cierpień, które tak łatwo sobie tu uzmysłowić. To wyjątkowo niegościnny dla życia pas lądu bez dostępu do źródeł pitnej wody. Po chwilach zadumy, podróżując dalej wzdłuż wybrzeża, natrafimy na kolonie uchatek.&lt;br /&gt;   Jeśli starczy czasu warto wybrać się na wycieczkę łodziami po Oceanie Atlantyckim w Zatoce Wielorybów. Zobaczymy delfiny oraz foki, a także pelikany i wiele gatunków ptactwa wodnego. Jedną z ciekawostek są wieloryby, które każdego roku przepływają z Antarktydy na południowe wybrzeże Afryki.&lt;br /&gt;   Warto również zajrzeć do Parku Etosha, jednego z największych w Afryce. Jedną z ciekawszych atrakcji parku jest obszar solanki Etosha Pan. W parku spotkamy mnóstwo gatunków zwierząt, ale niewątpliwie dużą osobliwością są spotykane tu czarne nosorożce. A nad naszymi głowami będzie latać ponad 300 gatunków ptaków.&lt;br /&gt;   W Namibii jest jeszcze wiele interesujących miejsc, która z pewnością warto odwiedzić. Chociażby miasteczka, w których można poczuć bawarski klimat. Są to pozostałości kolonialne - ten kraj to dawna kolonia niemiecka.&lt;br /&gt;   Chyba nie ma na świecie drugiego takiego miejsca jak Namibia, a może jednak? W końcu tyle jest jeszcze do odkrycia. Świat kryje mnóstwo tajemnic i zagadek. Czas najwyższy wrócić jednak do szarej rzeczywistości. Co dobre szybko się kończy. Także podróż palcem po mapie :-)&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-6858018121443510323?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/6858018121443510323/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=6858018121443510323' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6858018121443510323'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6858018121443510323'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/07/namibia-czyli-podr-palcem-po-mapie.html' title='Namibia, czyli podróż palcem po mapie'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-5120568710201415048</id><published>2008-05-12T01:26:00.000-07:00</published><updated>2008-05-12T01:51:30.426-07:00</updated><title type='text'>Włochy Klasyczne</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCf_n0xfMrI/AAAAAAAAAPY/DnkQOl57Bdg/s1600-h/SL277150.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199405354468717234" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCf_n0xfMrI/AAAAAAAAAPY/DnkQOl57Bdg/s200/SL277150.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Kocham podróżować... Chociaż przez kilka dni chodzić w innym świecie, z dala od miejsca zamieszkania, kłopotów i codzienności. Miałam problem gdzie tym razem wyjechać z Rainbow Tours. Wybrałam Włochy! Zawsze chciałam się tam wybrać, pójść na audiencję, zjeść prawdziwą włoską pizzę i lody! W programie wycieczki Włochy Klasyczne znalazły się takie atrakcje jak: Piza, Pompeje i Capri.&lt;br /&gt;Dzień 1. Już na miejscu zbiórki powitała mnie miła obsługa. Mimo, że była godzina 3.30! W czasie podróży dołączały się nowe twarze.&lt;br /&gt;Dzień 2. Pierwszym zwiedzanym miejscem była Wenecja (Plac św. Marka, Pałac Dożów, Wieża Dzwonnicza, Most Westchnień, Rialto). Wróciły dawne wspomnienia…Widok płynących gondoli oraz wąskich uliczek robi niesamowite wrażenie. Skorzystałam z możliwości rejsu gondolą po Canale Grande i zakupiłam wenecką maskę – co było moim głównym celem. Wieczorem spacer brzegiem Morza Adriatyckiego.&lt;br /&gt;Dzień 3. Zwiedzaliśmy Padwę – wycieczka dodatkowa, której nie było w programie. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgEfkxfMwI/AAAAAAAAAQA/CHoYWSrhRAE/s1600-h/SL277641.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199410710292935426" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgEfkxfMwI/AAAAAAAAAQA/CHoYWSrhRAE/s200/SL277641.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Pomysł pani pilot – Agaty, za co jesteśmy jej ogromnie wdzięczni. W Padwie – mieście Św. Antoniego zwiedziliśmy Bazylikę padewską oraz Palazzo del Bo – siedzibę jednego z najstarszych uniwersytetów w Europie. Później już zgodnie z programem udaliśmy się do Pizy. Zwiedziliśmy tam Campo dei Miracoli, Baptysterium, Krzywą Wieżę. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie Wieża, której kąt pochylenia wynosi ok. 5 m. Wieczorem spacer po Fiuggi.&lt;br /&gt;Dzień 4. Kolejnym punktem w programie była Florencja – stolica Toskanii. Triumfy świeci tu Pinokio, którego zakup był koniecznością. Zwiedzaliśmy Kościół Św. Krzyża, Plac Ratuszowy, Most Złotników, Katedrę Santa Maria del Fiore, Baptysterium oraz Rajskie Wrota. W wolnej chwili odwiedziliśmy bar, w którym jadłam tradycyjną włoska grzankę z pomidorami. Pychota! Na jednej z uliczek zaczepiła mnie Włoszka, która namówiła mnie na karykaturę. Wytargowałam odpowiednią dla mnie cenę i teraz podziwiam moja pamiątkę ze ściany, nad łóżkiem.&lt;br /&gt;Wieczorem dla chętnych zorganizowana była obiadokolacja we włoskiej restauracji. Podczas posiłku przygrywała nam włoska muzyka w wykonaniu prawdziwego włoskiego zespołu. Cała grupa bawiła się znakomicie. Wszystkich nas bardzo to zintegrowało. Od tej pory tworzyliśmy już jedną drużynę.&lt;br /&gt;Dzień 5. Zaczęliśmy od zakupów dewocjonaliów, które podczas audiencji zostały pobłogosławione &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgCu0xfMsI/AAAAAAAAAPg/Hwb3JMF_eCk/s1600-h/SL277411.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199408773262684866" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgCu0xfMsI/AAAAAAAAAPg/Hwb3JMF_eCk/s200/SL277411.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;przez Papieża, Benedykta XVI. Tłum wiernych był tak ogromny, że musiałam wchodzić na ogrodzenie aby ujrzeć na własne oczy Papieża i zrobić Mu parę zdjęć. Specyficzny nastrój wnoszą powiewające flagi różnych narodowości – także z Polski. Po audiencji zwiedzaliśmy Muzea Watykańskie, Kaplicę Sykstyńska, Bazylikę Św. Piotra oraz grób Jana Pawła II, gdzie każdy chętny mógł się pomodlić.&lt;br /&gt;Dzień 6. Przyjechaliśmy do Rzymu gdzie zwiedzaliśmy Plac Navono, Plac Hiszpański z Fontanną Barcaccio, Bazylikę Św. Jana, Schody Hiszpańskie oraz Fontannę di Trevi. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że Fontanna di Trevi, jest aż tak duża. Wrzucając do niej pieniążek na szczęście obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócę. I mam zamiar dotrzymać słowa! Tego dnia jadłam prawdziwą włoska pizzę i … musze przyznać, że nie zachwyciła mnie. Korzystając z chwili wolnego czasu wybrałam się z paroma osobami do Bazyliki Św. Schodów. Na każdym z 33 stopni trzeba odmówić „Zdrowaś Mario” aby zapewnić sobie odpuszczenie grzechów. Kolejne zwiedzane zabytki to: Panteon, Kapitol, Forum Romanum, Łuk Konstantyna oraz Kolosseum – gdzie spotkałam rycerzy w antycznych zbrojach, z którymi zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgENUxfMvI/AAAAAAAAAP4/baBwzYQuH48/s1600-h/SL277733.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199410396760322802" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgENUxfMvI/AAAAAAAAAP4/baBwzYQuH48/s200/SL277733.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Dzień 7. Zaczęliśmy od zwiedzania Monte Cassino – miejsca słynnej bitwy polskiego II Korpusu z Niemcami oraz Muzeum Multimedialnego – Historiale di Cassino. Wrażenie robią filmy multimedialne, które oddają realizm przeżywanych wydarzeń. Następnie odwiedziliśmy cmentarz polskich żołnierzy. Pod pomnikiem gen. Andersa złożyliśmy kwiaty oraz zrobiliśmy sobie pamiątkowe (grupowe) zdjęcie. Po południu przejazd do Pompejów – antycznego miasta zalanego przez lawę podczas erupcji Wezuwiusza. Miasto ma niezwykły klimat, wszędzie pełno jest czerwonej cegły i kamieni. Wieczorem spacer po Sorrento gdzie widoki sprawiały, że naprawde nie chciało się stamtąd wyjeżdżać.&lt;br /&gt;Dzień 8. To właśnie dzisiaj widziałam jak rosną liście laurowe na drzewach oraz pięknie&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgDBExfMtI/AAAAAAAAAPo/0I6BmkLqkf8/s1600-h/SL277687.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199409086795297490" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgDBExfMtI/AAAAAAAAAPo/0I6BmkLqkf8/s200/SL277687.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; kwitnie (na czerwono) pieprz! Wrażenie niesamowite…pieprz jest taki śliczny i rośnie przy drodze. Podobnie jak soczyste pomarańcze…Następnie przejazd promem na Capri – legendarna malownicza wyspa milionerów. To tutaj ma swoja willę Sophie Loren. Widoki przepiękne – błękitna woda, palmy i kaktusy. Są tam sklepy z biżuterią z koralowców ale jak przystało na wyspę miliarderów ceny powalają. Właśnie na Capri jadłam najlepsze lody w moimi życiu!!! Pasuje do nich określenie „niebo w gębie” ale nie wiem czy i to wyrazi ich zniewalający smak! Kolejnym punktem był Neapol, m. in. Plac Municipio z Palezzo Reale i Pastel Nuovo oraz podziwianie miasta z tarasu widokowego.&lt;br /&gt;Dzień 9. Asyż – miasto Św. Franciszka. Odwiedziliśmy Bazylikę Św. Franciszka z freskami Giotta i pospacerowaliśmy po urokliwych uliczkach. Skorzystaliśmy z ostatniej wolnej chwili by zrobić sobie wspólne zdjęcia i zrelaksować się przed długa podróżą do Polski. Widać było, że nie chce się nikomu wracać do domu ale niestety czas urlopu dobiega końca.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgEqUxfMxI/AAAAAAAAAQI/6f40uVXpxCA/s1600-h/SL277651.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199410894976529170" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCgEqUxfMxI/AAAAAAAAAQI/6f40uVXpxCA/s200/SL277651.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Dzień 10. Ostatni dzień wspólnej podróży. W poszczególnych miastach Polski żegnam się z nowymi znajomymi. Jest czego żałować bo towarzystwo było sympatyczne, pogoda dopisała ( początek kwietnia a codziennie było ok. +20 st.) i atrakcji była cała masa.&lt;br /&gt;Z każdej podróży wracam bogatsza…bogatsza o przeżycia i przygody. Dlatego tak to kocham. Lubię poznawać nowe kultury, próbować tradycyjnych potraw i rozmawiać z mieszkańcami. Dlatego zawsze robie dużo zdjęć bo wspomnienia to to, co jest najcenniejsze. Szkoda tylko, ze zdjęcia nie oddają wszystkiego…&lt;br /&gt;Już teraz planuje kolejny wyjazd, tym razem do Chorwacji. Także z Rainbow Tours. Również zdam relacje!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aneta, Gdańsk &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-5120568710201415048?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/5120568710201415048/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=5120568710201415048' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5120568710201415048'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5120568710201415048'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/05/wochy-klasyczne.html' title='Włochy Klasyczne'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SCf_n0xfMrI/AAAAAAAAAPY/DnkQOl57Bdg/s72-c/SL277150.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-2569307401895673742</id><published>2008-05-05T04:25:00.000-07:00</published><updated>2008-05-05T05:32:19.651-07:00</updated><title type='text'>Maroko - Cesarskie Miasta</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt; Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok postanowiłem spędzić pod hasłem z katalogu Rainbow &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB76JbuoKJI/AAAAAAAAAOo/GyLu_qFqsJs/s1600-h/Agadir+9_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196866060001224850" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB76JbuoKJI/AAAAAAAAAOo/GyLu_qFqsJs/s200/Agadir+9_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Tours: „Zima pod palmami”. Na cel swojej podróży wybrałem „zimny kraj gorącego słońca”, czyli Maroko. To gorące słońce poczuliśmy już wysiadając na lotnisku Al Massira w Agadirze. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W Polsce przy wylocie oczywiście było mroźno ( jak to w grudniu), a po 4 godzinach lotu nagle poczuliśmy gorąc północnoafrykańskiego słońca. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Pierwszego dnia po zapoznaniu się z pilotką ( p. Martyna- pozdrawiam :)) i planem naszej wycieczki, zainstalowaliśmy się&lt;br /&gt;w hotelu. Popołudnie i wieczór spędziliśmy wycieczkami po Agadirze &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB761buoKLI/AAAAAAAAAO4/wHxosnkNHbI/s1600-h/Ifrane-+Cedre+Gouraud_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196866815915468978" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB761buoKLI/AAAAAAAAAO4/wHxosnkNHbI/s200/Ifrane-+Cedre+Gouraud_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;we własnym zakresie. Hotel znajdował się kilka kroków od plaży, więc spacer tam był obowiązkowy :) Plaża zaskakiwała przede wszystkim wzgórzem z ruinami Kazby. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Drugiego dnia pojechaliśmy do portowego miasteczka Essaouiry. Miasteczko słynie z trzech rzeczy: sardynek, tui i cedru (wyroby z drewna stąd są znane na całym świecie). Domy tutaj są pomalowane na niebiesko, a w porcie można robić piękne zdjęcia morza z mewami w tle :)&lt;br /&gt;Tego samego dnia pojechaliśmy także do Safi- miasta słynącego z wyrobów ceramicznych i garncarskich. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Trzeci dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Al Dżadidy. Miasto to jest dawną enklawą portugalską. Mogliśmy obejrzeć świetnie zachowane zabytki w centrum miasta tj. Forteca Mazagan wraz z portugalską Cysterną, a także przespacerować się arabską mediną. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Następnie przejechaliśmy do Casablanki, gdzie zwiedziliśmy chyba &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB76WruoKKI/AAAAAAAAAOw/VcRT2j07lp4/s1600-h/Casablanca-Meczet++Hassana+II_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196866287634491554" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB76WruoKKI/AAAAAAAAAOw/VcRT2j07lp4/s200/Casablanca-Meczet++Hassana+II_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;najpiękniejszą rzecz w trakcie wycieczki- Meczet Hassana II. Zwiedzaliśmy go tylko z zewnątrz, ponieważ wstęp do środka dla innowierców jest zakazany L. Meczet ten ma aż 200 metrowy minaret. Kolejnym punktem wycieczki był plac Mohameda V.&lt;br /&gt;Kolejny dzień naszej podróży poświęciliśmy na Rabat- stolicę Maroko. Tutaj można było spotkać naszych rodaków- polskie bociany J, które przylatują tu na zimę. Z zabytków zwiedziliśmy między innymi meczet i wieżę Hassana z XII w., Mauzoleum Mohameda V, nekropolię dynastii Merynidów - Szella, Pałac Królewski z imponującą bramą Bab ar-Rouah oraz artystyczna dzielnicę Oudaja. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Dalej udaliśmy się do Meknes- miasta pięknych bram. Tu podziwialiśmy m.in. mauzoleum sułtana Mulaj Ismaila, legendarne stajnie sułtana dla 12 000 koni, bramy Bab El-Khemis i Bab el-Mansour, które uważane są za najokazalsze w całym Maroku. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB786ruoKOI/AAAAAAAAAPQ/6g8D7E1H7I0/s1600-h/Ruiny+Volubilis_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196869105133037794" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB786ruoKOI/AAAAAAAAAPQ/6g8D7E1H7I0/s200/Ruiny+Volubilis_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Tego samego dnia udaliśmy się doVolubilis. Są to ruiny rzymskiego miasta z I w., gdzie zachowały się ruiny łuku triumfalnego Karakali, domu Orfeusza&lt;br /&gt;i domów patrycjuszy z doskonale zachowanymi mozaikami. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Piąty dzień objazdu to wizyta w Fezie. Miasto to jest nazywane religijną stolicą Maroka. Zwiedzilismy medinę Fes el-Bali- jest to labirynt ponad 9.000 krętych uliczek. Poruszanie się bez miejscowego przewodnika jest tutaj niemożliwe. Odwiedziliśmy tu także Meczet i Uniwersytet El Karawijjin, mauzoleum założyciela miasta Mulaj Idrisa II oraz garbarnie skór wielbłądzich. Aby móc w garbarni wytrzymać niezbędne jest przykładanie liści mięty do nosa, ponieważ skóry garbowane są tutaj jeszcze tradycyjnym sposobem- w ptasim guano :). &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Kolejnym punktem wycieczki był Nowy Fez: pałac królewski Dar El- Makhzen i olbrzymia brama Bab al Jeloud. Dzień zakończyliśmy spacerem po dzielnicy żydowskiej. Fez to miasto kontrastów: z jednej strony średniowieczna medina a z drugiej tzw. Nowy Fez. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Kolejny (szósty) dzień objazdu to podróż przez malownicze góry Atlasu&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB770LuoKMI/AAAAAAAAAPA/9Umqa4HWF58/s1600-h/Makak+w+lesie+cedrowym.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196867893952260290" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB770LuoKMI/AAAAAAAAAPA/9Umqa4HWF58/s200/Makak+w+lesie+cedrowym.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Średniego.&lt;br /&gt;Po drodze zatrzymywaliśmy się w otoczonym przez lasy cedrowe górskim kurorcie Ifrane. I tu kolejny kontrast. Miasteczko to nie przypominało żadnego innego marokańskiego miasta, bardziej kurort w Alpach w lato :) Tutaj turyści z całej Europy ( my oczywiście też) fotografują się na tle pomnika wielkiego lwa. W lasach cedrowych spotkaliśmy małpki makaki, które chętnie zaprzyjaźniły się z naszymi słodyczami i owocami ( to była cena za możliwość ich fotografowania :) )&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB78LLuoKNI/AAAAAAAAAPI/t-x9VdacMCU/s1600-h/Marrakesz-+Riad_1.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5196868289089251538" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB78LLuoKNI/AAAAAAAAAPI/t-x9VdacMCU/s200/Marrakesz-+Riad_1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Siódmy dzień to wizyta w Marrakeszu- zwanym „Czerwonym Miastem”. Tutaj warte zwrócenia uwagi są piękne riady (ogrody), suk (bazar- ostatnie miejsce w trakcie wycieczki na zakup pamiątek), minaret Koutoubija z XII wieku, meczet i medresa (szkoły koranicznej) Ali ben Jusufa, pałac Bahia, grobowce Saadytów i oczywiście plac Dżamaa el Fna, gdzie na ulicy spotkać można zaklinaczy węży, połykaczy ognia i treserów małp. Istna „ Baśn tysiąca i jednej nocy” :) &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ nasza podróż kończyła się wraz z Nowym Rokiem, sylwestra spędziliśmy w okolicach Marrakeszu, w berberyjskiej atmosferze: muzyka i tańce oraz dania typowo marokańskie (kefta, baranina i dużo oliwek :))&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Największym atutem ( na pewno zamierzonym przez Rainbow Tours :) było to, że każdy kolejny dzień objazdu był coraz ciekawszy i wzbudzał coraz większe emocje. To stopniowanie radości&lt;br /&gt;z podróży do tego kraju powodowało i zadowolenie z udane podroży, ale i też niedosyt, że trzeba wracać do zimnej wtedy Warszawy :) &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;„Cesarskie Miasta” Z Rainbow Tours „z ręką na sercu” szczerze mogę polecić :) &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-2569307401895673742?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/2569307401895673742/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=2569307401895673742' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2569307401895673742'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/2569307401895673742'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/05/maroko-cesarskie-miasta.html' title='Maroko - Cesarskie Miasta'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SB76JbuoKJI/AAAAAAAAAOo/GyLu_qFqsJs/s72-c/Agadir+9_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-7071941156592032367</id><published>2008-02-13T06:57:00.000-08:00</published><updated>2008-04-25T07:23:57.012-07:00</updated><title type='text'>Moje wymarzone safari – Kenia i Tanzania, styczeń 2008</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76Zk1QaKrI/AAAAAAAAAGU/QmnyBLDIA7g/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2867.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169738280318151346" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76Zk1QaKrI/AAAAAAAAAGU/QmnyBLDIA7g/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2867.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Jeszcze poprzedniego dnia, Warszawa żegna nas lodowatym wiatrem i temperaturą około 15 stopni poniżej zera. Po locie nad Saharą, nad wyschniętymi korytami rzek wijącymi się wśród rudobrązowych gór półwyspu Synaj, nad Nilem płynącym w pasach zieleni przez Sudan, w zachodzącym słońcu odbijającym się jaskrawo na skrzydle samolotu i nad skupiskami światełek rozrzuconych w morzu ciemności pod nami, lądujemy w końcu w Mombasie.&lt;br /&gt;Po wyjściu z samolotu uderza w na&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76ZuVQaKsI/AAAAAAAAAGc/y4xLyX9Kx40/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2895.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169738443526908610" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76ZuVQaKsI/AAAAAAAAAGc/y4xLyX9Kx40/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2895.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;s gorące powietrze jak z otwartego pieca. Skóra staje się momentalnie lepka od potu. Po spotkaniu z rezydentami, którzy zapewniają, że nasza telewizja kłamie na temat wydarzeń w Kenii i wciąż powtarza jedno ujęcie sprzed tygodnia, pakujemy się do autobusu. Może i nasza telewizja kłamie, ale ja wchodziłam na strony szwajcarskich gazet i nie chciałabym jechać w okolice, gdzie niedawno spalono żywcem ludzi w kościele, czy tam, gdzie na drogach stoją barykady z kamieni, strzeżone przez młodzieńców z maczetami. Młodzieńcy z Mombasy pakują nasze bagaże na dach samochodu, wiążąc je sznurkami i niedwuznacznie dopominając się o &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76Z3VQaKtI/AAAAAAAAAGk/tHQuKYjKpeY/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2904.JPG"&gt;&lt;/a&gt;tip, bakszysz czy jak tu się mówi – chai. Jeszcze nie wciągnięci w ten rytuał, wzruszamy r&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76bwVQaKyI/AAAAAAAAAHM/xUuM938Wr0g/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP2898.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169740676909902626" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76bwVQaKyI/AAAAAAAAAHM/xUuM938Wr0g/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP2898.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;amionami. „Jambo” wymawiane mięciutko jako dziambo i „hakuna matata” – „sie ma” i „spoko” - od tej pory, zwroty te będą nam towarzyszyć codziennie. Droga do hotelu – miasto za oknami autobusu. Homelesi śpiący pokotem na chodniku, sterty palących się śmieci, wielki rozpizdziach wokół targowiska skleconego z jakichś desek a raczej patyków, ludzie wędrujący skądś dokądś.&lt;br /&gt;Hotel. Recepcjonista i boy hotelowy jacyś zagubieni, kompletnie niezorganizowani, wyciągający ręce po napiwek. Pierwsze wrażenie biedy i bylejakości – słomka do drinka przecięta w ramach oszczędności na pół i pojemniczki z mydłem i szamponem tak wiele razy uzupełniane, że prawie starły się z nich etykiety. Wcześnie rano wyjeżd&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76aBlQaKuI/AAAAAAAAAGs/0Jiq5KhN_k4/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2910.JPG"&gt;&lt;/a&gt;żamy, więc tuż o świcie (zmiana czasu i wstawanie o 2 godziny wcześniej – brrr) krótki spacer na plażę. W hotelowym ogrodzie basen przypominający brudną sadzawkę, &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76gUFQaKzI/AAAAAAAAAHU/srtgOoDW9GE/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP2899.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169745689136737074" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76gUFQaKzI/AAAAAAAAAHU/srtgOoDW9GE/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP2899.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wszechobecny zapach zgnilizny i moczu, pierwsze wysokie palmy, bogactwo kwiatów na drzewach i krzewach i zastygły, cichy ocean.&lt;br /&gt;Na niebie chmury i wygląda jakby miało padać. W koronach drzew przy hotelu biegają małpki, a na ziemi pod stolikami wałęsają się wygłodniałe, bezpańskie koty. Poranna kawa o barwie zielonoszarej i lurowatym smaku. Jedziemy. Spóźniony kierowca tłumaczy, że złapał gumę. Tym razem już za dnia, obserwujemy życie ulicy. Cała ulica dokądś idzie. Bez niczego, czasem zaś niosąc coś na głowie, rzadko pojawia się rower, czasem ktoś pcha lub ciągnie &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76aQVQaKwI/AAAAAAAAAG8/5-ucbj4zyl4/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2988.JPG"&gt;&lt;/a&gt;duży wózek na dwóch kołach. Przejeżdżamy przez dość porządną dzielnicę – pilotka mówi, że mają tu swoje dacze bogaci ludzie z Nairobi. Działki ogrodzone wysokim murem, zakończonym potłuczonym szkłem wbitym na sztorc plus dwa rzędy kolczastego drutu (pewnie pod napięciem). Ktoś rzuca uwagę, że w Polsce też są takie getta strzeżonych, zamkniętych osiedli bez dostępu dla zwykłych śmiertelników. Nie otwierajcie&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76zbFQaK0I/AAAAAAAAAHc/_rp_eKshdlo/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2910.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169766700116749122" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76zbFQaK0I/AAAAAAAAAHc/_rp_eKshdlo/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2910.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; okien, ostrzega pilotka – ja byłam dość długo niefrasobliwa dopóki chłopak nie podbiegł i nie zerwał mi słuchawek z głowy!&lt;br /&gt;Droga do Tavety – za miastem coraz gorsze budy, wręcz lepianki z dziurami zamiast okien i dachami z liści palmy, rzadziej z falistej blachy. Rzuca się w oczy susza – w&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76aIVQaKvI/AAAAAAAAAG0/UFOKK7Mb4Qo/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;yschnięta szara i czerwona &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHOQruoJ5I/AAAAAAAAAMo/MQ1OsZqCxhQ/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;ziemia, wyschnięte kolczaste krzaki – jesteśmy na zawietrznej Kilimandżaro i niewiele opadów tu dociera. Przy drodze poukładane worki z drewnem zebranym na opał, misternie zaplecione paskami czarnej folii – oczywiście na sprzedaż. Ludzie w sandałach z opon samochodowych. Prymitywne wioseczki – manyaty – stada bydła, owiec i kóz &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R760DFQaK1I/AAAAAAAAAHk/Hb8ZSCV3doo/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3593.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169767387311516498" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R760DFQaK1I/AAAAAAAAAHk/Hb8ZSCV3doo/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3593.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;pędzone przez pastuszków z kijami. Gdy ich mijamy, dzieci machają, biegną za nami z wyciągniętymi po datek rekami. Przecież jesteśmy mzungu – biali, a więc bogaci. Jakiś chłopiec sprzedaje przy drodze paczuszki orzechów nerkowca – nawet smaczne.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76aXVQaKxI/AAAAAAAAAHE/mtkppiK391I/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2989.JPG"&gt;&lt;/a&gt;Nasz pierwszy baobab. Kierowca dziwi się, że chcemy fotografować drzewa. Gdy wysiadamy, rozgrzana ziemia parzy przez podeszwy sandałów. Z której strony swieci słońce, by zdobić dobre zdjęcie? Nie ma co szukać, słońce świeci dokładnie nad naszymi głowami, &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R760UlQaK2I/AAAAAAAAAHs/oysuMNgD704/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2904.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169767687959227234" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R760UlQaK2I/AAAAAAAAAHs/oysuMNgD704/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2904.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zalewając wszystko wodospadem światła i prawie nie dając cienia. Plantacje sizalowca aż po horyzont, resztki zebranej kukurydzy na polach. Zaczynają się laterytowe tartki – samochodem trzęsie, jakby się miał rozpaść na kawałki, czerwony kurz z wulkanicznej gleby wciska się wszędzie, osiadając na twarzy, ubraniu i bagażach. W Tavecie żartujemy, że wszystkie bagaże zmieniły kolor na brązowy.&lt;br /&gt;Przydrożny sklepik Curio, należący do wspólnoty masajskiej, z pamiątkami dla turystów. Mnóstwo chłamu malowanego w krzykliwe kolory - masek, paciorków, ale są też oryginalne rzeczy – pewnie zebrane z wiosek Masajów, albo robione według starych wzorów. To „antyk” zapewnia sprzedawca. Ceny zaczynają się czasem od 100$ by zejść do 10 lub 5$. Targowanie się to rodzaj gry. Nasz Kanadyjczyk polskiego pochodzenia wkurza się na takie podejście – czy on mnie chce obrazić oferując taki bullshit za 100$ - pyta? Facet – jak chcesz kupować &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R761mVQaK3I/AAAAAAAAAH0/q-K92MVYOhw/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5169769092413533042" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R761mVQaK3I/AAAAAAAAAH0/q-K92MVYOhw/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;w amerykańskim stylu to wybierz się w Mombasie do Akamba Woodcraft. Tam ceny są stałe – wybierasz i płacisz. Każda rzeźba ma numer wykonawcy i po tygodniu jest licytacja kto więcej sprzedał – czyje prace cieszą się największym wzięciem. Hi, hi, pewnie najlepiej schodzą słoniki z podniesioną trąbą i rozstawionymi uszami jako symbol pomyślności, dla Europejczyków, podśmiewam się w myślach.&lt;br /&gt;Tutejszy sprzedawca pewnie by uważał, że obraża klienta, gdyby mu zaproponował stałą, nienegocjowalną cenę. Taka negocjacja to okazja do nawiązania kontaktu, wymiany poglądów i doświadczeń &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NcvwVWR6I/AAAAAAAAAH8/Qdydo8oIk8U/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2988.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184589571531622306" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NcvwVWR6I/AAAAAAAAAH8/Qdydo8oIk8U/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2988.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;życiowych. Oraz oczywiście licytacja – kto kogo przechytrzy. Pewnie teraz jest mocno rozczarowany, że klient nie chce podjąć gry. Podaje długopis prosząc – napisz mi swoją cenę. Na kartce, a w ostateczności na jego dłoni.&lt;br /&gt;Wśród zatrzęsienia figurek żyraf i słoni, wyszukuję drewnianą, zakurzoną i pokrytą pajęczyną laleczkę o dziwnej, szerokiej głowie przypominającej nasze wyobrażenia kosmitów. Sprzedawca jakby lekko przestraszony mówi, że to narzędzie &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NiiQVWR7I/AAAAAAAAAIE/y0Omi2pMZiI/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3054.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184595936673154994" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NiiQVWR7I/AAAAAAAAAIE/y0Omi2pMZiI/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3054.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;pracy masajskiego doktora. Może i doktora a może raczej czarownika, myślę sobie. Laleczka ma dość sympatyczny wyraz twarzy a sprzedawca zapewnia, że nie jest używana „to kill people”. Na stopie, od spodu, odkrywam wycięty numer wykonawcy a więc czarownik raczej jej nie używał i nie siedzi w niej zaklęte złe mzimu. Kupuję, ostro zbijając cenę i przy okazji wymieniając euro na dolary. Zapewne jesteśmy oboje zadowoleni – ja, że dość tanio kupiłam coś oryginalnego, przy okazji zapewniając, że my nie jesteśmy rich american mzungu, tylko przyjechaliśmy z &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NizQVWR8I/AAAAAAAAAIM/cu3po0IF-gI/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2989.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184596228730931138" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NizQVWR8I/AAAAAAAAAIM/cu3po0IF-gI/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2989.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Poland, Europe. O, yes, Holland, kiwa głową sprzedawca i też się cieszy że udało mu się zarobić trochę grosza. Następnym razem już nie mówię Poland, tylko Polanda – to bardziej dociera.&lt;br /&gt;Przejście graniczne z Tanzanią – dość prymitywne budki i toaleta typu nartostrady. Okoliczne domy, jeszcze po kenijskiej stronie, otoczone zbiorowiskiem rupieci, za to z anteną satelitarną wielkości balii do prania. Jest jednak zdecydowana różnica na plus. Nasze dwa samochody to landcruisery o wzmocnionej konstrukcji, o otwieranych na obie strony drzwiach, z &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NjSAVWR-I/AAAAAAAAAIc/c6YG215OM88/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3027.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184596757011908578" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NjSAVWR-I/AAAAAAAAAIc/c6YG215OM88/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3027.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;podnoszonym dachem i miękkim podparciem dla łokci. Docenimy je dopiero wtedy, gdy po powrocie do Kenii wciąż będziemy obijać głowy przy wsiadaniu i nadziewać się żebrami na wystające kanty i śruby. Nareszcie asfaltowe drogi – i to jakie! Jedziemy równo jak po stole. Ktoś tłumaczy, że nie ma tu zim i tylu tirów co w Polsce. Lunch w Arushy w Impala Hotel, gdzie przy okazji, płacąc za piwo, wymieniam na dolary euro, których nie chciano mi przyjąć na granicy, przy płaceniu za wizę tanzańską. Dziwne, bo na lotnisku w Mombasie facet sam zaproponował by płacić albo w dolarach albo w euro. Widać mają tu większy sentyment do dolara. Magiczne nazwy, magiczne miejsca. Moshi, Mount Meru, Coca-cola road na Kilimandżaro. Samej Kili nie widać. Kierowca twierdzi, że dzisiaj &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NjrQVWR_I/AAAAAAAAAIk/OQy1Nsv00sc/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3062.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184597190803605490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NjrQVWR_I/AAAAAAAAAIk/OQy1Nsv00sc/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3062.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rano była doskonale widoczna.&lt;br /&gt;Obaj kierowcy pochodzą spod Arushy, z rolniczego plemienia Chagga należącego do ludów Bantu, żyjącego na zboczach Kili. Jeden mniej czarny i bardziej rozmowny, nasz bardziej czarny i mniej gadatliwy. W rozmowie wyciągam z niego, że ma żonę i 2 letnią córeczkę. Jego ojciec jest tak jak on, kierowcą. No to sobie nie pogadamy o pasieniu krów. Obaj kierowcy, nad przednią szybą mają zatknięte za cieniówkę, białe strusie pióro. Podpytywani co to za amulet i przed czym ma chronić, nie chcą &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nj3QVWSAI/AAAAAAAAAIs/tkScXWy26F8/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3073.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184597396962035714" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nj3QVWSAI/AAAAAAAAAIs/tkScXWy26F8/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3073.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;odpowiadać jakby się wstydzili. No cóż, my wieszamy różaniec, Matkę Boską albo świętego Krzysztofa, a oni strusie pióro. Każdy się chroni jak umie. Nasza pilotka używa tego pióra do miziania kierowcy po twarzy, odganiania much i wachlowania. Najwyraźniej mu się to podoba, bo proponuje wydanie jej za mąż w jego rodzinnej wiosce, za cenę 50 krów. No proszę jaki biznes zrobiłby tata pilotki. To oczywiście żart, a może i na serio – kto tam ich wie?&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NkGAVWSBI/AAAAAAAAAI0/pw8UmUCOT4c/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3095.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184597650365106194" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NkGAVWSBI/AAAAAAAAAI0/pw8UmUCOT4c/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3095.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Tak więc jesteśmy w Tanzaniji – bo tak to się tutaj wymawia. Domy i ich otoczenie przy drodze, bardziej schludne i zadbane niż w Kenii. Drzewa w typie naszej akacji, obsypane ogniście czerwonymi kwiatami. To flames tree – objaśnia kierowca. W wiosce przy drodze, na rozłożonych płachtach ludzie suszą jakieś ziarno. To millet – mówi kierowca. Z tego robi się piwo – chcecie spróbować? No jasne! Zatrzymuje się więc przy przydrożnym barze i za chwilę wraca z dwoma dużymi, plastikowymi, &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NkrgVWSCI/AAAAAAAAAI8/cMNwcOIwfM8/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3236.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184598294610200610" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NkrgVWSCI/AAAAAAAAAI8/cMNwcOIwfM8/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3236.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;żółtymi kuflami z zawartością przypominającą zalane wodą otręby, w smaku lekko sfermentowane i przypalone. Robimy puchar przechodni – witajcie zarazki i żółtaczko pokarmowa, co tam, trzeba spróbować co piją tubylcy! Mam nadzieję, że nie było to wcześniej przeżuwane przez miejscowe kobiety jak chi-cha w Amazonii. Zastanawiamy się, co to ten millet – czy sorgo czy proso. Ja obstawiam proso i po powrocie okazuje się, że słusznie.&lt;br /&gt;Docieramy do parku Tarangire. Nasz pierwszy game drive. Pierwsze słonie, pierwsze żyrafy. Kiedy tylko z daleka wyśledzimy jakiegoś zwierzaka – już krzyczymy – stop! stop! – chcemy fotografować! Za dwa dni, co tam, już jutro, będziemy przejedzeni widokiem zwierząt – co? znowu słoń, zebra, żyrafa? To już widzieliśmy – pokaż nam lamparta, albo chociaż krokodyla! Dobzie? - pyta kierowca. Jedziemy, jedziemy? Mzuri sana odpowiadam mu w kiswahili – „bardzo dobrze”! Jest zaskoczony i wyraźnie zadowolony, że znamy te parę zwrotów.&lt;br /&gt;Zagęszczenie zwierząt jak w ogrodzie zoologicznym – stada słoni tuż o krok. Wydają z siebie niskie, dudniące pomruki. Tu dorosły samiec w rui, prezentujący narząd, który kierowca eufemistycznie &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NnvQVWSGI/AAAAAAAAAJc/pC3GvcwRyQY/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3073.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184601657569593442" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NnvQVWSGI/AAAAAAAAAJc/pC3GvcwRyQY/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3073.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;określa jako „piąta noga”. Tam znów samotny, rozwścieczony i sfrustrowany czymś wyrostek, pędzi z podniesioną trąbą przez sawannę machając uszami i przeraźliwie trąbiąc. Dobrze że w odwrotną stronę! O tak, moi mili – słoń z podniesioną trąbą i rozstawionymi uszami raczej szczęścia nie przynosi, a wręcz odwrotnie! Żyrafy tuż przy drodze, skubiące czubki gałązek akacji. Śmiesznie zmarszczone pyszczki, wielkie&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nn8QVWSHI/AAAAAAAAAJk/Kv7ZpywnRac/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3081.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184601880907892850" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nn8QVWSHI/AAAAAAAAAJk/Kv7ZpywnRac/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3081.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; oczy z długimi rzęsami i ruchy pełne gracji – one nie biegną, one płyną nad ziemią jak baletnice. Zastanawiam się, jak sobie radzą z obsmykiwaniem gałązek akacji językiem – gdy oglądam gałązkę z bliska to okazuje się, że kolce są wyjątkowo długie, twarde jak żelazo i ostre jak szpile. Musimy uważać, gdy jedziemy na stojąco z podniesionym dachem. Smagnięcie po twarzy taką gałązką może zostawić blizny do końca życia!&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NoGwVWSII/AAAAAAAAAJs/4an0jKoSoM4/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3117.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184602061296519298" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NoGwVWSII/AAAAAAAAAJs/4an0jKoSoM4/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3117.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Przy bajorku guźce szybko chowają się za pobliskie krzaki. Gdy podjeżdżamy, wyjaśnia się skąd ta ostrożność – to mama z warchlakami. Lwów nie widać. Może się nażarły i śpią gdzieś sobie w cieniu akacji. Pod wieczór, w drodze do lodży spotykamy drzewo wręcz obwieszone sadowiącymi się do snu baboonami – czyli pawianami. Nazwy angielskie mieszają się z polskimi i z suahili. Obok na palmie, pawian usiłuje bezskutecznie strząsnąć kokosa, aż cała palma się trzęsie. Zawiedziony zje&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NoTQVWSJI/AAAAAAAAAJ0/RdaLn4hXLP0/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3012.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184602276044884114" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NoTQVWSJI/AAAAAAAAAJ0/RdaLn4hXLP0/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3012.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;żdża po pniu na ziemię.&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do lodży. Na powitanie drinki z soku i wilgotne, ciepłe ręczniczki do otarcia twarzy z kurzu. Intensywnie pachną, a właściwie śmierdzą nasączone jakimś środkiem przypominającym zapachem pastę do butów. Ktoś żartuje, że to ACE. Zawsze już nas będą tak rozpieszczać? Pokoje i łóżka obszerne aż zanadto. Prysznic wielkości całej naszej łazienki w bloku – chyba można się tu kąpać z całą rodziną jednocześnie. Mydełka, żele, szampon – wszystko o bardzo szczególnym, egzotycznym zapachu. Przed kolacją przychodzi boy i mówi, że będą pryskać od moskitów, czego mu kategorycznie zabraniam – nie widać nawet jednego komara. Gdy po kolacji zmęczona kładę się spać, okazuje się, że nie tylko moskitiera, ale i pościel zostały spryskane tak dokładnie, że smród nie pozwala mi zasnąć. Dopiero gdy wpadam na pomysł by przykryć poduszkę ręcznikami, jakoś zasypiam. Rano na stoliku przy wejściu zostawiam kartkę: „Please don’t spray the room with insecticides. They make me alergic!”&lt;br /&gt;Nie mam siły na wieczorną, alkoholową integrację z grupą, tym bardziej, że po pierwsze nie mam dość kasy na drinki, a po drugie i najważniejsze – biorę doxycyclinę od malarii i innego paskudztwa i mimo zapewnień ludzi, że alkohol antybiotykom nie szkodzi – nie będę ryzykować. Jedyne na co sobie pozwalam, to czasami piwo do lunchu. Już mam objawy skutków ubocznych zażywania doxycykliny – rozwarstwianie się paznokci, zaczerwienienie skóry i &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_No5AVWSLI/AAAAAAAAAKE/N3ZStiJkkbw/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3207.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184602924584945842" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_No5AVWSLI/AAAAAAAAAKE/N3ZStiJkkbw/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3207.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;pogorszenie wzroku. To ostatnie zapewne również z kurzu. Zakraplam przed spaniem krople do piekących oczu. W nocy słyszę odgłosy zwierząt – cykad, słoni i hien. Rano rześki świt. Powietrze smakuje jak szampan – pisała Karen, i tak rzeczywiście jest. Jedziemy z odkrytym dachem. Sawanna budzi się do życia. Stado pawianów przeczesuje trawę w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Witajcie krewniacy – jak wam się tu żyje? Zupełnie nas ignorują. Przez drogę przebiegają dwa młode guźce wytarzane w rudej ziemi a więc również rude. To coś w rodzaju &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NsegVWSMI/AAAAAAAAAKM/BxTFzfTGong/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3214.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184606867364923586" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NsegVWSMI/AAAAAAAAAKM/BxTFzfTGong/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3214.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;porannej toalety. Odtąd często będziemy spotykać rude zebry, rude strusie i oczywiście rude słonie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjeżdżamy z parku. Po drodze piknik na przełęczy nad jeziorem Manyara. Samo jezioro widzimy tylko z daleka, za to w Manyara village, na drzewach siedzą całe stada bocianów. Nasze bociany tutaj! Robimy zdjęcia, ale gdy przyglądamy się bliżej, to okazuje się &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NsygVWSNI/AAAAAAAAAKU/3500aKnNZvs/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3138.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184607210962307282" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NsygVWSNI/AAAAAAAAAKU/3500aKnNZvs/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3138.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;że owe bociany zamiast czerwonych, mają żółte nogi i lekko zakrzywione dzioby. Nie, to jednak nie nasi.&lt;br /&gt;Przydrożny sklepik z pamiątkami. Młody chłopak usilnie namawia mnie na kupno kanga – ciepłej bawełnianej chusty, a w zasadzie kawałka materiału w krzykliwych kolorac&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NzXgVWSPI/AAAAAAAAAKg/p5wpB4kzrbA/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3154.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184614443687233778" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NzXgVWSPI/AAAAAAAAAKg/p5wpB4kzrbA/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3154.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;h, której Masajowie używają do okręcania bioder, okrywania pleców w czasie chłodnych wieczorów i ranków a w upalne dni przykrywają nimi głowy chroniąc się przed spiekotą. Chusta jest rzeczywiście ładna, tylko co ja z nią zrobię – nałożę do pracy chustę rozmiarów 2 na 1,5? Może zrobisz z niej obrus na stół, albo komuś podarujesz ? – pyta z nadzieją w głosie. Nie, dziękuję. Oglądam co jest w sklepie, a chłopak idzie za mną krok w krok – &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YWAwVWSQI/AAAAAAAAAKo/9hXejamR5yY/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3168.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185356223193958658" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YWAwVWSQI/AAAAAAAAAKo/9hXejamR5yY/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3168.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;klienta trzeba pilnować. Wśród sterty jednakowych, drewnianych rzeźb zauważam zawieszoną pod stołem starą kalebasę używaną przez Masajów jako rodzaj butelki na mleko. Gdy otwieram pokrywkę, w nos uderza zapach koziego mleka. Pięknie zdobiona, skórzane zamknięcie, pasek do noszenia haftowany koralik&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHOQruoJ5I/AAAAAAAAAMo/MQ1OsZqCxhQ/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;ami – widać, że naprawdę używana, bo część skóry paska jest przetarta i naderwana. Dobra, myślę sobie – w razie czego się sklei. Chłopak widząc że znalazłam „usterkę” jest wyraźnie zakłopotany i opuszcza cenę. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YWWwVWSRI/AAAAAAAAAKw/7H1Eil57Raw/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3192.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185356601151080722" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YWWwVWSRI/AAAAAAAAAKw/7H1Eil57Raw/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3192.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Towar zostaje zapakowany w gazetę i oklejony klejącą taśmą. Taki tu zwyczaj. Gdy na lotnisku w Mombasie zrobię zakupy w sklepiku, to przy okazji będę miała okazję przeczytać z lokalnej gazety, krytyczny artykuł o wyborach prezydenta Kibakiego.&lt;br /&gt;Przy wjeździe na terytorium Ngorongoro, krótki postój na opłaty, skorzystanie z toalety i zakup kartek do Polski. Stada wałęsających się pawianów – zupełnie oswojonych a nawet bezczelnych. Na szczęście zamknęliśmy dach i zasunęliśmy szyby. Obserwuję, jak przy innym samochodzie pawian w ułamku sekundy wskakuje na maskę, potem na dach i usiłuje dostać się do środka. Ledwie udaje się go odgonić&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YW6AVWSSI/AAAAAAAAAK4/0BSqU11FnVY/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3178.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185357206741469474" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YW6AVWSSI/AAAAAAAAAK4/0BSqU11FnVY/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3178.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;. Mają nauczkę na drugi raz – gdyby ukradł plecak albo aparat to mogliby go długo szukać w dżungli. Roślinność coraz bardziej bujna, wręcz kipiąca – to już nie sawanna, to regularna dżungla z plątaniną krzaków pokrytych egzotycznymi, intensywnie pachnącymi kwiatami, i lianami zwisającymi z drzew. Bez maczety nie przejdziesz. Warstwa wulkanicznej, rudej gleby też coraz grubsza. Dojeżdżamy do punktu widokowego na krawędzi kaldery Ngorongoro. Widok zapierający dech w piersiach. Średnica kaldery – ok. 22 km. To musiała być potężna góra – może wielkości Kili. Nieźle musiało grzmotnąć gdy wybuchła. Warstwa popiołu pokryła całą okolicę. To pewnie w jej cieniu wędrowała Lucy – hominid z wąwozu Olduvai. Dziś na dnie kaldery zieleni się sawanna a pośrodku błyszczy tafla jeziora. Rzeki spływające ze zboczy zasilają ten Eden. Nad kraterem &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YXWwVWSTI/AAAAAAAAALA/GL5cnuQr7E4/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+Re-exposure+of+IMGP3249.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185357700662708530" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YXWwVWSTI/AAAAAAAAALA/GL5cnuQr7E4/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+Re-exposure+of+IMGP3249.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;dostojnie suną obłoki rzucając na dno swoje cienie. Tuż przy punkcie widokowym, monument ku czci tych, co zginęli w obronie przyrody. Jest tu m.in. nazwisko Michaela Grzimka – syna Bernharda, który zginął w katastrofie lotniczej.&lt;br /&gt;Kolejny postój przed wjazdem na terytorium Serengeti. Przy drodze pasące się stado słoni jakby nigdy nic. Tu budynki, parking, samochody, chodzący turyści, a tuż obok pasące się słonie. Oswojone, czy co? Raczej przyzwyczajone. To one są u siebie, a my jesteśmy tylko gośćmi. Najstarsza samica podchodzi do drogi i trąbi ostrzegawczo jakby mówiła: uwaga, zaraz będziemy przechodzić. I rzeczywiście – reszta stada posłusznie podąża za nią na drugą stronę drogi. Dzieci schowane za matkami i starszym rodzeństwem. Przechodzą dosłownie tuż przy &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YXwgVWSUI/AAAAAAAAALI/mZBSuXRj-nE/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3255.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185358143044340034" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YXwgVWSUI/AAAAAAAAALI/mZBSuXRj-nE/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3255.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;samochodach a następnie spokojnie pasą się dalej. Jakby nasze krowy przeszły przez wiejską drogę.&lt;br /&gt;Pojawiają się piękne, o metalicznym, niebieskim połysku ptaszki, wielkości naszego szpaka. Podskakują na nóżkach, szukając czegoś do jedzenia. W drodze powrotnej będę obserwować jak całe stadko wydziobuje ziemię, na którą ktoś rozlał trochę wody. Woda tutaj to towar deficytowy.&lt;br /&gt;Pędzimy dalej ku Serengeti. Spychacze rozsuwają czerwoną ziemię i kamienie – pewnie będzie tu kładziony asfalt. Przy drodze &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YeHwVWSVI/AAAAAAAAALQ/Mj6c01ZnaEo/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3261.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185365139546065234" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YeHwVWSVI/AAAAAAAAALQ/Mj6c01ZnaEo/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3261.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;masajskie manyaty i pastuszkowie pilnujący stad bydła, kóz i owiec. Wyglądają dosyć biednie. Widząc przejeżdżający samochód machają do nas i wyciągają ręce po datki. Zamiast dumnych wojowników – moranów – żebracy. Kije noszą na karku opierając o nie obie ręce. Czasami na ramionach niosą kozę lub owieczkę. Towarzyszą im nieduże, płowe pieski dla ochrony a raczej tylko ostrzegania przed drapieżnikami. Ponoć lamparty bardzo chętnie polują na te masajskie psy i w tym celu podkradają się do wiosek.&lt;br /&gt;Po obu stronach drogi pojawiają się stada gnu,&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YfEgVWSWI/AAAAAAAAALY/BsX8SQP7b1E/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3294.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185366183223118178" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YfEgVWSWI/AAAAAAAAALY/BsX8SQP7b1E/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3294.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; zebr i antylop. Jakieś zgromadzenie hien i sępów. Zatrzymujemy się, ale okazuje się, że przyjechaliśmy na koniec uczty – nie ma już ani kawałka i zdenerwowana hiena biega obwąchując ziemię - wszystko zjedzone. Zatrzymujemy się na chwilę i wysiadamy by rozprostować nogi i zrobić zdjęcie gnu – to najważniejsze zwierzę dla tych okolic – rodzaj kosiarki do strzyżenia trawy i rozrzutnika nawozu w jednym. Bez stad gnu, Serengeti nie byłoby tym, czym jest. W tle ciemna ściana chmur i kawałek tęczy. Gdzieś parę kilometrów od nas pada nad równinami. Trawy ciągną się aż po horyzont. W stepie s&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YirgVWSXI/AAAAAAAAALg/SlFQ8-W-nf4/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3277.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185370151772899698" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YirgVWSXI/AAAAAAAAALg/SlFQ8-W-nf4/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3277.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zerokim...&lt;br /&gt;Ruszamy dalej, ale dosłownie już po chwili kierowca gwałtownie hamuje – przez drogę pełznie czarny wąż. Zanim zdążyliśmy wyciągnąć kamery, wąż z machnięciem ogona znika w trawie pod kamieniami. Czarna mamba! – ostrzega kierowca. Bardzo jadowita! Jad powoduje paraliż centralnego układu nerwowego i śmierć następuje po 10 minutach od ukąszenia. Jedyny ratunek to natychmiast odciąć ukąszoną kończynę! Odciąć? Czym? Może szwajcarskim scyzorykiem, który mam w kosmetyczce? A może trzeba byłoby poszukać masajskiego pasterza z maczetą? To było &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YjFAVWSYI/AAAAAAAAALo/acKPeD5XYLY/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3336.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185370589859563906" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YjFAVWSYI/AAAAAAAAALo/acKPeD5XYLY/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3336.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;poważne ostrzeżenie dla wysiadających z landcruisera w klapkach. To nie deptak w Sopocie, tylko prawdziwa dżungla i sawanna, która zabija.&lt;br /&gt;Ruszamy dalej. Wielkie, kominowe obłoki zawieszone tuż nad ziemią. Gorące powietrze sprawia, że pasące się w oddali stado antylop wygląda jakby spacerowało nad brzegiem jeziora. Fatamorgana na sawannie?&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do pierwszych kopjes. Skupiska granitowych głazów sprzed 500 mln lat – świadków prehistorii Ziemi, dziś przykrytych &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YjTQVWSZI/AAAAAAAAALw/NMueiB0O0yY/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3361.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185370834672699794" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YjTQVWSZI/AAAAAAAAALw/NMueiB0O0yY/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3361.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;popiołem wulkanicznym tak, że wystają tylko ich wierzchołki. Simby niestety nie widać, choć pilotka zapewnia, że przed dwoma tygodniami para lwów baraszkowała tuż przy drodze, a że kocice w rui robią to bardzo często, to wciąż się na nich natykali. Jedziemy dalej – zaczynają się pojedyncze akacje, potem już zarośla. Wieczorny posiłek żyraf – całe stadko z młodymi, o różkach zakończonych czarnymi pędzelkami. To jasne źrebiątko może mieć jakieś 2 miesiące, zapewnia nasz kierowca. Tuż przy drodze całe stadko tomi machających jak na komendę &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YlQgVWSaI/AAAAAAAAAL4/26uTr59ugIg/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3386.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185372986451315106" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YlQgVWSaI/AAAAAAAAAL4/26uTr59ugIg/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3386.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ogonkami. Pomiędzy drzewami ledwie widoczne, ciemne sylwetki bawołów. Jedna, samotna zebra. Skąd się tu wzięła? Czy coś ją odłączyło od stada? Zaraz ją coś zeżre – jak nie lew to hiena! Szukaj mała rodziny, zanim noc zapadnie, bo będzie źle! Już się ściemnia – za mało światła na zdjęcia. Może to i dobrze – możemy spokojnie obserwować.&lt;br /&gt;Na czubku akacji siedzi orzeł – ciemna, śmieszna sylwetka przypominająca wyrośniętego kurczaka czy innego kurka na dachu. Dopiero gdy zrywa się do lotu i rozkłada skrzydła, &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YlmAVWSbI/AAAAAAAAAMA/zwWJ85ipMQQ/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3388.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185373355818502578" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YlmAVWSbI/AAAAAAAAAMA/zwWJ85ipMQQ/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3388.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;odzyskuje cały swój majestat.&lt;br /&gt;Kolacja i spać! W nocy deszcz i wiatr. Zimno. Przykrywam się dodatkowo ręcznikiem.&lt;br /&gt;Nasza grupa jest nieliczna – w sumie 10 osób. Mieścimy się w dwóch samochodach a posiłki jadamy przy wspólnym stole. Jeden z kolegów w typie wesołka, wciąż robi różne podpuchy – np. że znalazł w środku buszu muszlę, która okazuje się plastikową nakrętką od butelki, albo że widział słonia na drzewie. On i Kanadyjczyk, sypią dowcipami i przy naszym stole wciąż wybuchają salwy śmiechu ku zgorszeniu dystyngowanych Anglików i sztywnych Niemców. Żona strofuje żartownisia, a my stwierdzamy, że to skutki uboczne zażywania Lariamu – pobudzenie psychoruchowe. Znów salwa śmiechu.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YnAAVWScI/AAAAAAAAAMI/mPc4VFYHK38/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3398.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5185374902006729154" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_YnAAVWScI/AAAAAAAAAMI/mPc4VFYHK38/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3398.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Narodowości różne – sporo Francuzów i Włochów, zaś jak przyjeżdżamy do lodży, to pytają nas czy jesteśmy Niemcami czy Rosjanami. Tych ostatnich też tu sporo. Segregacja rasowa bije po oczach. Sprzątacze, tragarze, kierowcy, kelnerzy to Afrykańczycy. Goście w zdecydowanej większości to biali, zaś kadra menadżerska i właściciele lodży to Hindusi. Personel w luźnych ubrankach, zdecydowanie kojarzących się ze strojami murzyńskich służących ze starych obrazków. Na głowach toczki tego samego koloru. Dlaczego nie mogą nosić np. koszul i spodni oraz spódnic w jednakowym kolorze, albo w jednakowe afrykańskie wzory? Albo a&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oJLgVWSdI/AAAAAAAAAMQ/alMgkMnDFac/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3402.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5186468014133234130" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oJLgVWSdI/AAAAAAAAAMQ/alMgkMnDFac/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3402.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;frykańskich jednakowych ubrań, a nie te kubraczki kojarzące się z niewolnictwem. Żaden z nich nie nosi czegoś takiego w domu. Zresztą, w Arushy, kelnerzy byli ubrani zupełnie normalnie. Nasi kierowcy nie mogą usiąść z nami przy stole. Nie możemy też zaprosić ich do baru na drinka. W ramach integracji zapraszamy więc ich do pokoju, o czym następnego dnia jako o sensacji, wie cała hotelowa obsługa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oJnAVWSeI/AAAAAAAAAMY/vIiJbgXS1do/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3423.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5186468486579636706" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oJnAVWSeI/AAAAAAAAAMY/vIiJbgXS1do/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3423.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Wieczorem i rano, na dróżkach prowadzących do pokoi hotelowych lub chatek – band, w których mieszkamy, stoi masajski strażnik, którego zadaniem jest odprowadzanie gości do pokoju i ich ochrona przed dzikimi zwierzętami. Na początku reaguję zdziwieniem, gdy pyta o numer mojego pokoju. Po co chce to wiedzieć? Ja znam numer pokoju i sama świetnie tam trafię – nie musi mi towarzyszyć. O nie, to jest jego job i musi iść za mną krok w krok. Nie widać by miał jakąś broń oprócz kija, za to ubrany jest po masajsku, we wściekle czerwoną kangę i w sandały zrobione z opon samochodowych. Wyobrażam sobie jak muszą parzyć stopy w południe. Czy oni nie mogą robić sobie sandałów ze skór – jak Grecy? Przecież mają całe stada owiec, krów i kóz? Może uznają, że skóra jest zbyt szlachetna by ją nosić pod nogami, a może opony łatwiej się poddają obróbce i są bardziej trwałe? No i nie przemakają w porze deszczowej. Zastanawiamy się czy nasz Masaj nosi jakąś bieliznę pod tą derką i pilotka objaśnia, że prawo do noszenia majtek ma dopiero wojownik. Prawo czy obowiązek?&lt;br /&gt;Następnego dnia jedziemy pod Moru Kopjes i nad jeziorko Magadi. Nad brzegiem jeziorka leży szkielet hipopotama a okoliczne bagienka śmierdzą z daleka zgnilizną. Jedziemy dalej. Kopjes stanowią porośnięte drzewami i krzewami wysepki zieleni na bezkresnych trawiastych równinach. Są też doskonałym punktem obserwacyjnym dla drapieżników. Gospodarzy niestety nie ma dziś w domu, a może leżą gdzieś za kamieniem czy pod drzewem o parę &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHfrLuoJ6I/AAAAAAAAAMw/yHwJGVE_CUw/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3439.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193177778310621090" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHfrLuoJ6I/AAAAAAAAAMw/yHwJGVE_CUw/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3439.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;metrów od nas, tyle, że ich nie widzimy. Takie jest zadanie kotów – umieć się ukryć i podkraść do ofiary, samemu będąc niewidzialnym. Poza tym, nie widać tu kopytnych, więc co miałyby jeść – trawę? Pewnie poszły za stadami. Po drodze, napotykamy tylko parę patrolujących sawannę hien, co jeszcze bardziej obniża nasze szanse na spotkanie z gepardami. Hieny &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHf5LuoJ7I/AAAAAAAAAM4/4gog6DyIJHs/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3470.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193178018828789682" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHf5LuoJ7I/AAAAAAAAAM4/4gog6DyIJHs/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3470.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wraz z lwami stanowią dla nich największą konkurencję o pokarm i największe zagrożenie dla młodych.&lt;br /&gt;Niespodzianka – podjeżdżamy pod skupisko świętych, masajskich, grających głazów – to tutaj, uderzeniami o kamienie, była zwoływana z okolicy narada starszych. Czym oni walili w te kamienie? Młotkami czy innymi kamieniami? – bo są powybijane zagłębienia wielkości pięści! Kamienie rzeczywiście grają i to na różne tony w zależności gdzie się uderzy. Na miejscu, podparty na łokciu leży sobie strażnik w zielonym uniformie, z kałachem przy boku. Nasz kierowca wita się z nim wyciągając rekę i grupa się zastanawia czy był to tylko przyjacielski uścisk dłoni czy przy okazji wsunął mu w rękę parę bagsów za to, że wpuścił nas na skały. Okazuje się, że ochrania ekipę filmową, chyba japońską, robiącą jakiś film dokumentalny. I rzeczywiście pojawia się jakiś skośnooki Azjata z mikrofonem wielkości kija basebalowego owiniętego w jakiś frotkowy materiał co sprawia, że wygląda jak gigantyczna zmiotka do kurzu. Pewnie nagrywali grające kamienie. Jedziemy, jedziemy - woła kierowca. Zostaję z tyłu i przykucam by zrobić dobre ujęcie. Po powrocie do lodży dowiaduję się, że tydzień temu na drzewach rosnących obok głazów siedział sobie lampart. Może to tylko takie gadanie dla podkręcenia atmosfery, ale z dziką przyrodą trzeba uważać.&lt;br /&gt;Kolacja. Wyśmienita, aromatyczna, tanzańska herbata i kawa. Jedzenie. Stosy jedzenia, sałatek i &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHkiruoJ_I/AAAAAAAAANY/_YPjA2QMuvk/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3499.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193183129839871986" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHkiruoJ_I/AAAAAAAAANY/_YPjA2QMuvk/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3499.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;deserów. Dla Włochów pasta z różnymi sosami, dla Greków sałatka grecka z czarnymi oliwkami ale za to bez fety, ryż, ziemniaki, polenta, ryby, kurczaki, wołowina. Kiedy pomyślę, że codziennie w Afryce 40 tysięcy ludzi umiera z głodu, a wielu stać tylko na jeden posiłek dziennie złożony z kartoflanej albo kukurydzianej papki, czasami z dodatkiem bananów, ogarnia mnie wstyd i zażenowanie. Jesteśmy jednak mzungu. Z drugiej strony, czy w Polsce brakuje ludzi bezdomnych, grzebiących w śmietnikach, dzieci idących do szkoły bez śniadania czy myjących szyby samochodów by zarobić na chleb? Znam takie obrazki z autopsji. Świat jest niesprawiedliwy, a tu w Afryce, szczególnie rzuca się to w oczy.&lt;br /&gt;Dzisiaj jedziemy do Hippo pool – po drodze przekraczając koryto rzeki. W bajorku wielkości kałuży spotykamy pierwszego hipcia. Na nasz widok niechętnie podnosi się i wychodzi z wody, która ledwie przykrywała mu tylne nogi i kawałek tyłka. Po wyjściu okazuje się, że mocno kuleje na jedną nogę. Może wezwać weterynarza? – pytamy kierowcę. Niestety, tu jest rezerwat i hipcio zostaje zostawiony własnemu losowi. Albo sam wyzdrowieje albo stanie się pokarmem dla hien, sępów i szakali. Dojeżdżamy do rzeki. Po drugiej stronie tłoczy się &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHkYLuoJ-I/AAAAAAAAANQ/OY9bd3yQb54/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3493.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193182949451245538" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHkYLuoJ-I/AAAAAAAAANQ/OY9bd3yQb54/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3493.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;olbrzymie stado zebr. Usiłują się napić – wciąż podchodzą do rzeki, tyły napierają, ale w pierwszych szeregach wybucha panika i zwierzęta wycofują się w popłochu. Ostrzegawcze rżenie, jak przerywana, krztusząca się czkawka. Co je przestraszyło? Hipek a może krokodyl? A może simba zaczajony u wodopoju? Tego się nie dowiemy, bo nie wolno nam zjechać z drogi. Dojeżdżamy do Hippo pool. Już z daleka dobiega nas trąbienie i dudniący, jakby tubalny śmiech – ha, ha, ha. Zapach gnojówy. Na dole, w bajorze otoczonym skałami, całe stado hipopotamów. Może sto, może dwieście. Leżą bok przy boku, opierając sobie łby o karki i zady. Maluchy tuż przy matkach – małe oczka i okrągłe uszki - odpoczywają opierając głowę o plecy mamy. Ciągle wybuchają jakieś sprzeczki – chyba za duże tu zagęszczenie, przekraczające barierę agresji. Oto jakiś młody outsider zostaje zmuszony do opuszczenia sadzawki. Rozdawane razy są całkiem na serio. Gdy wychodzi z wody a właściwie z gnojówki, widać świeże szramy na jego boku. Natychmiast obsiadają go ptaki co jeszcze bardziej go denerwuje, więc z rozdziawioną paszczą galopuje na brzeg. Próby wejścia z powrotem do wody, kończą się fiaskiem. Jest natychmiast atakowany przez strzegące swych młodych matki. Daleko na skałach leży krokodyl, ale i on szybko się wycofuje przed nadchodzącym hipciem. Nowo przybyły zbliża się do sadzawki – cały utytłany w zielonoszarym błocie. Też chciałby się wymoczyć ale natychmiast dwa, potężnych rozmiarów hipopotamy, kierują się w jego stronę. Unikając konfrontacji ustawia się bokiem i nie patrzy im w oczy. Nic z tego, nie wpuszczą. Tuż przy brzegu – mama z maleństwem. Małe nurkuje pod wodę i przez jakiś czas samica porusza się niespokojnie. Tylko go nie zadepcz! Pewnie ssał, a że ząbki też już spore, &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlU7uoKCI/AAAAAAAAANw/peoW9QWDKSE/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3565.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193183993128298530" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlU7uoKCI/AAAAAAAAANw/peoW9QWDKSE/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3565.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;to musiało ją trochę zaboleć. Na brzegu grupa Rosjan komentuje i robi zdjęcia.&lt;br /&gt;Wracamy do lodży na krótki odpoczynek. Po południu kąpiel w basenie z widokiem na otaczającą sawannę z kępkami buszu. Po murkach biegają jaszczurki. Pan jaszczurek w godowych barwach – wściekły fiolecik, róż i błękit, prezentuje się tak okazale, że o jego względy zabiegają dwie panie na raz. Kiedy wychodzimy z basenu, rzucają się na nas roje much – na szczęście spragnionych wody a nie naszej krwi.&lt;br /&gt;Wieczorny game drive. Nad bajorkiem siedzi ptaszek – waruga, o piórkach na głowie ułożonych w kształt ślusarskiego młotka - stąd inna nazwa – młotogłowy. Po drodze mijamy jego, jak na wykonawcę, olbrzymich rozmiarów gniazdo ulepione z mokrej ziemi. Ponoć jest ono bardzo przemyślne zbudowane – ze ślepymi korytarzami i wejściem od dołu, tak, by zmylić węże i innych mających chrapkę na pisklęta. Tak twierdzi drugi z kierowców – pasjonat i znawca zwyczajów ptaków. Wracamy do lodży. Zachód słońca nad Serengeti.&lt;br /&gt;Dzisiaj żegnamy Serengeti. Poranny game drive. Atakują nas gzy i muchy. Kiedy zabijam ślepaka na szybie, całą dłoń mam we krwi – ale się opił! Mam nadzieję, że to krew antylop lub zebr a nie nasza. Przy drodze spotykamy stado żyraf. Wcale się nie boją – stoją tuż przy, a w zasadzie nad samochodem. Robimy zdjęcia – super blisko. Kierowca twierdzi, że nie odbierają samochodu jako żywego stworzenia, bo nie słyszą rytmu zbliżających się kroków. Jesteśmy więc dla nich elementem krajobrazu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy bramie wyjazdowej z parku, gdzie zatrzymujemy się na pamiątkowe zdjęcia, znajduję laterytowe, błyszczące miką, kamienne serce. Chude, chropowate, kanciaste, ale piękne. Serce Serengeti.&lt;br /&gt;Wizyta w wiosce Masajów. 20 $ od łebka. Podjeżdżamy pod manyatę. Wita nas masajski „manager”, bo na wodza jest raczej za młody. Za to świetnie mówi po angielsku i ma zmysł do interesów – kasę przelicza jeszcze na masce samochodu. Tłum mieszkańców wita nas piosenką i tańcami, w trakcie których wojownicy - morani wyskakują wysoko w powietrze. Wyprostowane na baczność sylwetki, w czerwonych i niebieskich shukas, ponad pylistą ziemią. Podchodzą kobiety, prosząc o datki i o zakup bransoletek. Jedna z nich, z dzieckiem w chuście na plecach, podchodzi do mnie i prosi: „give me a pen”. Przyzwyczajona do „give me a tip”, nie rozumiem o co jej chodzi. Pen! Wykonuje dłonią w powietrzu ruch pisania. Cała dumna zatyka sobie długopis za kangę – tuż przy odsłonietym, nagim ramieniu.&lt;br /&gt;„Manager” bezceremonialne, jak małe dziecko w stosunku do odwiedzających krewnych, zagląda do mojej reklamówki. Co tam masz? To dla nas? Wzięłam koc polarowy dla dzieci i materiały szkolne: kredki, farbki, długopisy, ołówki no i oczywiście bloki rysunkowe. Macie tu szkołę? – pytam. Tak, mamy, później ci pokażę, o.k? A teraz chodź do mojej chaty. Chata zrobiona z patyków, pomiędzy którymi w pewnych odstępach tkwią grudki ziemi sklejonej krowim nawozem. Chatę buduje żona. Ma na to 2 tygodnie. I tak co 5 lat, bo średnio co tyle lat zmieniają miejsce osiedlenia. Wchodząc, mimo, że pochylona, zahaczam głową o dach. Nisko, ciasno i &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nk6gVWSDI/AAAAAAAAAJE/uS36YhtM4ow/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3241.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184598552308238386" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_Nk6gVWSDI/AAAAAAAAAJE/uS36YhtM4ow/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3241.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ciemno. Jedynie dach z liści palmowych robi wrażenie w miarę solidnego. W środku palenisko, przy którym siadamy na kanistrach i odwróconych wiaderkach. Otwory wentylacyjne z boków ścian by wyciągać gryzący dym. Z boku pomieszczenie dla dzieci a tu „pokój” rodziców. Jest nawet coś w rodzaju łóżka – pryczy skleconej z patyków, przykrytej trawą i derką ze skór. Ile masz żon? - pytam bezceremonialnie. Ja jedną, ale mój ojciec miał trzy. Ten koc to dla nas? – jest wyraźnie zainteresowany. Dla was, ale na wymianę – musisz mi coś dać w zamian – najlepiej drewnianą podstawkę pod głowę, w kształcie małej tortownicy, na której można oprzeć głowę leżąc na ziemi – (widziałam takie w sklepiku po drodze). Masaj proponuje, że da mi w zamian coś innego, czego nazwy niestety nie rozumiem, gdyż oni już nie używają takich podstawek. Okazuje się, że chce mi dać skórzaną derkę z łóżka! No, nie – nie chcę im zabierać przykrycia do spania! Staje na tym, że dostaję dwie bransoletki zrobione przez żonę i siostrę. Mówię mu, że koc jest dla dzieci, bo noce tutaj bywają zimne (zwłaszcza w takim ażurowym szałasie), na co słyszę, że jego matka jest stara i marznie w nocy – koc będzie dla niej. Wzruszający przykład troski o rodziców. Tak więc nasze żarty w drodze do wioski, że pewnie nieużytecznych starców wystawia się poza wioskę, na pożarcie lwom, były całkiem nie na miejscu.&lt;br /&gt;Masaj pyta ile mam lat, a gdy proponuję, by zgadł, dodaje mi 10 lat więcej. Jestem podłamana, dopóki nie dowiaduję się że im ktoś starszy, tym większym cieszy się szacunkiem. To miał być komplement!&lt;br /&gt;Idziemy do szkoły – to taki sam pleciony szałas z podłogą z piasku. Ale jest nauczyciel, są ławki, w których siedzą umorusane dzieci i jest tablica. Na tablicy parę słów po masajsku i po angielsku. Ciekawe czy ta szkoła rzeczywiście funkcjonuje i czy ta tablica była ścierana odkąd napisano na niej te słowa - czy jest to tylko pokaz dla turystów. Nauczyciel ogląda pomoce szkolne. W końcu zabiera mi również reklamówkę, w której je przyniosłam. Gdzieś je musi trzymać, a żadnych szaf tu nie widzę. Żona managera bierze liczydło jako grzechotkę dla dziecka, które nosi w chustce na biodrze. To nie jest zabawka, to do nauki liczenia - tłumaczę bez powodzenia.&lt;br /&gt;Za wioską, w cieniu akacji, grupka moranów siedząc lub półleżąc, gra w kości umieszczane w pojemniku z dwoma rzędami dołków. Jak widać robota jest podzielona: Dzieci pasą bydło, kobiety nizają paciorki na sprzedaż, przynoszą wodę, zbierają opał, doją krowy, kozy&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHgVLuoJ9I/AAAAAAAAANI/31IajCU-PNc/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3449.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193178499865126866" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHgVLuoJ9I/AAAAAAAAANI/31IajCU-PNc/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3449.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; i owce, budują chaty, zaś dumni wojownicy oddają się dolce far niente, sorry – oczywiście chronią wioskę przed atakiem lwów i lampartów, których jest tu całe zatrzęsienie. Przynajmniej w wyobraźni turystów.&lt;br /&gt;Robimy sobie razem pamiątkowe zdjęcie. Jak stają obok, to okazuje się, że nie są wcale tacy wysocy. No i zęby, zamiast lśnić bielą są pożółkłe od żucia jakiegoś świństwa. Dopiero teraz zauważam, że oczy też mają lekko nieprzytomne. Oj, żeby ta kasa nie poszła na „codzienną, niezbędną działkę ziela”!&lt;br /&gt;Widziałaś jakie te dzieci były brudne? – pyta koleżanka. Widziałaś jakie miały dłonie? A w czym się miały umyć?- odpowiadam. Przecież w wiosce nie ma studni. A gdyby się nawet umyły, w tym wszechobecnym kurzu, za 5 minut byłyby tak samo brudne jak przedtem. My, po krótkiej wizycie, cali jesteśmy utytłani. Wilgotnymi chusteczkami wycieramy ręce aż po łokcie i nogi do kolan.&lt;br /&gt;Nasz kierowca z plemienia Chagga wyraźnie nie lubi Masajów. Mówi że to lenie i darmozjady, którzy dostają kupę pieniędzy od rządu i tylko je marnotrawią. Wymieniamy poglądy. Moim zdaniem, mają prawo do takiego stylu życia jaki im odpowiada. Ta ziemia należy od wieków do nich i jeżeli są szczęśliwi, prowadząc życie nomadów, to ich sprawa. No ale dochodzi kwestia kształcenia dzieci, opieki zdrowotnej, praw kobiet itp. Dyskusja wkracza na grząski grunt.&lt;br /&gt;Zjeżdżamy do kaldery Ngorongoro. 600 m w dół. Przy wjeździe masajski strażnik z dzidą i sznurkami paciorków, przewieszonymi przez rękę. To wojownik, czy handlarz – pytam kierowcę. Oczywiście że wojownik, odpowiada bez mrugnięcia okiem.&lt;br /&gt;Na zboczach krateru, bujna zieleń i typowe kandelabrowe euforbie. W ścianach zbocza, rzędy dziur &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHOQruoJ5I/AAAAAAAAAMo/MQ1OsZqCxhQ/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHOQruoJ5I/AAAAAAAAAMo/MQ1OsZqCxhQ/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHOQruoJ5I/AAAAAAAAAMo/MQ1OsZqCxhQ/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2941.JPG"&gt;&lt;/a&gt;– podobno jamy, w których hieny wychowują swoje młode.&lt;br /&gt;Pierwsze co widzimy, to stada bydła Masajów – mają prawo je tu wypasać. W środku krateru błyszczy tafla jeziora otoczonego wianuszkiem białej soli. Przy drugim brzegu, różowy kożuch flamingów. Nie możemy niestety podjechać na sam brzeg, ani wysiadać z wozu. Przy wodopoju ucinająca sobie drzemkę hiena – tylna część ciała w wodzie – chłodzenie zapewnione. Leniwie podnosi łeb na nasz widok. Stada gnu i zebr. Okres rui – byki biorą się za łby zaś ogiery zebr prezentują okazałe narządy płciowe. Piąta noga – śmieje się kierowca.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oK5QVWSfI/AAAAAAAAAMg/yTmGH9YkFYk/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3431.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5186469899623877106" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_oK5QVWSfI/AAAAAAAAAMg/yTmGH9YkFYk/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3431.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Strażnicy stad zebr stają obok siebie łeb przy tyłku drugiego – w ten sposób kontrolując okolicę na obie strony. Młode grzecznie drepczą za matkami. W tle stadka pasących się bawołów. Nagle, za linią suchych krzewów, nasz kierowca wypatruje sylwetkę nosorożca białego. Brawo Kandungu! Kolejny z wielkiej piątki odhaczony! Jest daleko, ale pasąc się, powoli podchodzi do nas. Gdy podnosi głowę, widać okazały róg i małe okrągłe uszka. Kark ma brązowy, za to brzuch biały i okazały – może to ciężarna samica? Może wytaplała się w brązowej ziemi a następnie opłukała jedynie brzuch w płytkim bajorku i stąd to umaszczenie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy dalej. Za linią krzewów majaczą sylwetki lwów. Przez lornetkę widzę, że jest ich co najmniej 4, z czego 2 leży na grzbiecie z łapami do góry. Może to dwie pary małżeńskie? Nie będziemy im przeszkadzać, a na zdjęcie jest zbyt daleko. Nad kraterem przesuwają się cienie obłoków i w pewnym momencie zaczyna kropić deszcz. Opuszczamy dach ale deszcz mija tak nagle jak przyszedł. Na drodze stado zebr i gnu. Zebry podchodzą do rzeki, ale boją się przejść na drugą stronę i się wycofują. Gnu śpią, leżąc na środku drogi i z ociąganiem podnoszą się na widok samochodu. Przy drodze stadka bawołów. Byki trzymają się razem a matki z młodymi oddzielnie. Jestem rozczarowana ich wielkością – to coś jak nasze krowy, tylko na wyższych nogach – daleko im do żubrów. Ale ponoć potrafią wściekle atakować i są bardzo niebezpieczne.&lt;br /&gt;Lwów nie widać, choć na nie najbardziej się nastawialiśmy. Podobno w poprzedniej grupie, jeden z uczestników wciąż dopytywał się o lwy, aż zniecierpliwiony kierowca zapytał czy ktoś z grupy ma telefon do lwa – to on zadzwoni i poprosi by się pokazał. Przejeżdżamy przez rzekę i już mamy wyjeżdżać z krateru, gdy kierowca innego wozu daje nam znaki światłami. Kierujemy się w tamtą stronę i oto na skraju drogi leży wspaniały Simba oddający się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli drzemce. Dopiero jak podjeżdżamy bardzo blisko, leniwi&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NnmwVWSFI/AAAAAAAAAJU/5nMQcmMw8DM/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3087.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184601511540705362" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NnmwVWSFI/AAAAAAAAAJU/5nMQcmMw8DM/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3087.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e otwiera oczy. Wygląda jak wielki, zaspany misio przytulanka, ale to tylko pozory. Nastawiam aparat i ... pada mi bateria. Było robić 10 ujęć wodzących się za łby gnu? Było dwa razy fotografować gęsiówki egipskie? No to teraz masz! Na szczęście koledzy byli bardziej przezorni i mają sprawne aparaty. Mogę się więc zająć spokojną obserwacją Simby. Leży ode mnie jakieś 3 metry. Opuszczam szybę, wyjmuję lornetkę i patrzę mu prosto w piękne, bursztynowe oczy. To przecież te same, kochane oczy co mojej Misi – Kaukaza. Musiałam przyjechać aż do Ngorongoro by je znowu zobaczyć? Grzywę ma pewnie mięciutką i tak samo przytulną jak ona – ale nie będę sprawdzać bo by się to źle skończyło. To dzikie zwierzę a nie pluszak. Gdy w tumanie kurzu nadjeżdża nasz drugi &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlkbuoKDI/AAAAAAAAAN4/3FuWGORcSug/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3505.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193184259416270898" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlkbuoKDI/AAAAAAAAAN4/3FuWGORcSug/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3505.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;samochód, Simba powoli wstaje prezentując się w całej okazałości, by po przejściu dwóch kroków znów się położyć i zapaść w drzemkę ze łbem opartym na przednich łapach. Nasi koledzy z drugiego samochodu nie mają tak dobrej pozycji jak my, więc się trochę wycofują i objeżdżają z drugiej strony. Na to lew podnosi się z miejsca i obraca tak, że znów widzą tylko jego tyłek. Nieładnie panie lwie! Wygląda tak niewinnie, że żartujemy, że pewnie go kąpią, czeszą i układają przy drodze w celu prezentacji turystom. Jest nażarty i wcale nami niezainteresowany. Mimo to, w promieniu kilkuset metrów wokół niego nie ma ani jednej sztuki zwierzyny. A jednak zebry dobrze wiedziały dlaczego nie należy przechodzić przez rzekę! Odjeżdżamy, by innym również umożliwić audiencję u jego wysokości.&lt;br /&gt;Tuż przed wyjazdem z krateru, nasz kierowca, który zostaje bohaterem dnia, dostrzega lwicę śpiącą na konarach drzewa wśród listowia. Jest prawie niewidoczna – jak on ją zauważył? Może po tylu safari zna już dokładnie terytoria stad i wie gdzie można spodziewać się zwierząt? Elza – proszę, otwórz oczy, zbudź się panienko; ale lwica spokojnie oddycha i nawet nie myśli się podnieść.&lt;br /&gt;W zboczu wąwozu, którym jedziemy, jakieś dziury i wyrwy. To ponoć robota słoni; ich lizawki, w których szukają soli mineralnych&lt;br /&gt;Jedziemy do lodży. Wystrój ekskluzywny zaś towarzystwo międzynarodowe. Przed lodżą basen i taras widokowy na krater. Oczywiście nie mogę sobie odmówić kąpieli w basenie, choć woda okazuje się lodowata. Zachód słońca nad kraterem.&lt;br /&gt;Po kolacji znów odprowadza nas Masaj. Chwilę z nim rozmawiam. Pytam czy też mieszka w takiej chatce z patyków jakie widzieliśmy dzisiaj rano, ale mówi, że nie, jego rodzina mieszka inaczej. Jest spod Arushy i już 3 miesiące nie był w domu i bardzo tęskni za żoną i trójką dzieci. Musi zarabiać z daleka od domu, by opłacić dzieciom szkołę. Dobrze myśli, może będą mieć lepsze życie, tylko czy bardziej szczęśliwe? Rozmawiamy o życiu, o rodzinach, dzieciństwie. Jak wytłumaczyć facetowi, który w życiu nie widział konia, jak wygląda koń? Wielbłąda widziałeś? Widziałem. No to koń to taki wielbłąd, tyle że bardziej płaski. Można na nim jeździć i pracować w polu. Pyta mnie, czy mam samochód. Nie, nie mam. Pewnie sobie kupisz, jak wrócisz do domu – wzdycha. Ja chciałbym mieć samochód. Marzenie masajskiego wojownika – samochód, którym mógłby dojeżdżać do pracy.&lt;br /&gt;Nasz Masaj jest ubrany w kufajkę i czapkę uszankę i wygląda jak ruski pogranicznik na Syberii. No cóż, jak ktoś ma na codzień plus 30 w cieniu, to na tej wysokości marznie przy kilkunastu stopniach. Rzeczywiście, po zachodzie słońca zrywa się zimny wiatr.&lt;br /&gt;Rano wyjazd do Arushy. Ostatni postój w punkcie widokowym nad kraterem Ngorongoro. Jest chłodny ranek i nasi kierowcy narzucili sobie na ramiona masajskie czerwone kanga. I oto stoją przed nami – dwaj Chagga Masai – czyli coś jak podhalańscy Kaszubi. No, ale skoro mogła być Mzungu Masai – Biała Masajka – Szwajcarka co poślubiła Masaja, to Chagga mogą sobie założyć masajskie okrycia – no nie?&lt;br /&gt;W Manyara village zatrzymujemy się przy sklepiku, gdzie u właściciela – muzułmanina w haftowanej czapeczce, targuję zakup damskiej kangi a właściwie materiału na spódnicę czy plażowe pareo z tanzańskiej bawełny, w afrykańskie motywy. Facet zaczyna cenę od 45$, ja zaś od 2$. Zszokowany, komentuje: „chcesz mnie zabić?” Podnoszę do 5$ - za tyle to ja sam kupuję do sklepu – rzuca nieostrożnie. No, to teraz wiem, ile sobie liczysz marży. Dalej przerzucamy się cenami i jestem zdziwiona że nie uraczył mnie opowieściami o licznych dzieciach, chorej żonie, starych rodzicach i licznych nieszczęściach, które na niego spadły i z których mogę go wyratować jedynie licznymi i drogimi zakupami. Twardo obstaję, że nie kupie całych 4 m za 25 $. Jestem pierwszym klientem, którego nie może stracić, więc zgadza się przeciąć materiał na pół i sprzedać za 12$. O.k. 2m szerokie na 1,5 w zupełności mi wystarczy. Materiał przecina maczetą, przy okazji raniąc się w palec. Oj, chyba będzie klął ten biznes. Jego młody pomocnik usiłuje nakłonić mnie do kupna jeszcze czegoś, a gdy widzi, że nie daję się skruszyć, zniża głos i prosi - potrzebujemy pieniędzy na jedzenie. Może chociaż dasz mi tipa na colę? Albo chociaż długopis? Co oni z tymi długopisami? Gdybym wiedziała, że jest tu takie zapotrzebowanie na długopisy, to bym wzięła parę pudełek. Plus zeszyty, bo chyba nie będą pisać na piasku. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHl27uoKEI/AAAAAAAAAOA/jluFyHZ-7PY/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3587.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193184577243850818" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHl27uoKEI/AAAAAAAAAOA/jluFyHZ-7PY/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3587.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy dalej wśród plantacji bananów i kukurydzy. Na wiejskim targu, kobiety siedzą przy poukładanych w wiaderkach, słodkich ziemniakach w kolorze czerwono-fioletowym. Kupujących nie widać, ale za to kwitnie wymiana poglądów. Większość mężczyzn szczupła, a nawet chuda, za to panie przy kości, z tyłkami tak odstającymi do tyłu, że mogłyby nosić na nich zakupy. Zjeżdżamy w dolinę – oto kolory Afryki: czerwone drogi i szachownica pól - zielonych, brązowych, żółtych. Oto ktoś orze pole, w trzy pary wołów a na sąsiednim polu pracuje traktor. Ludzie idą niosąc na głowach kanistry i wiaderka z wodą. Skąd ją biorą? Jest. W dole, w na wpół wyschniętym korycie, leniwie wije się brązowa rzeka a właściwie strumyk, bo tyle z niej zostało.&lt;br /&gt;Po drodze mijamy wypadek samochodowy. Trzy ciężarówki, dwie w rowie, kabiny kierowców zgniecione jakby to nie była blacha a folia aluminiowa. Wokół rozsypane plastikowe butelki z wodą. Nie wyrobił się na zakręcie? Hamulce odmówiły posłuszeństwa? Wygląda na czołowe. Kierowca przez radio dowiaduje się, że dwóch kierowców nie żyje a trzeci ma połamane nogi. Kiedy mijamy jedną z ciężarówek, w otwartych drzwiach zgniecionej kabiny widzę zakrwawione ciało, które wygląda jak zniszczona, szmaciana lalka. W myślach mówię modlitwę za zmarłych. Dzisiaj czyjś syn, mąż, ojciec, nie wróci do domu, a rodzina straci podstawy egzystencji. Coś się chyba zmieniło w mojej twarzy, bo widzę jak kierowca kątem oka obserwuje mnie we wstecznym lusterku. No cóż, może im zabrakło szczęścia, a może nie mieli białego, strusiego pióra?&lt;br /&gt;W Arushy ulica funkcjonuje normalnie. Biali wymieszani z czarnymi. Kierowca zatrzymuje się przy poczcie, byśmy mogli wrzucić kartki do Polski. Dojazd do granicy. Żebrzące dzieciaki. Dziewczynka ze ślepym dziadkiem. Gdy dostaje słodycze – daje zjeść najpierw dziadkowi – w końcu to on zarabia, wzbudzając litość, a ona tylko mu towarzyszy. Zmiana wozów i zmiana kierowców. Kolejne wypełnianie kart wjazdowych. Którego to dzisiaj? Straciłam rachubę czasu. Dobrze że mam datownik w zegarku. Jaki to miesiąc? Styczeń? Z nieba leje się żar. Na pewno jest to styczeń a nie np. sierpień? Dziwne uczucie.&lt;br /&gt;Kenijskie wozy są dużo gorsze od tanzańskich landcruiserów, ciasne, otwierane tylko z jednej strony i bardzo kanciaste. Nasz nowy kierowca w typie Ediego Murphiego – tyle, że Kikujus. Gęba mu się nie zamyka. Przez całą drogę nadaje albo do pilotki albo do kierowców, jadących z naprzeciwka wozów. Wygląda to jak rytuał. Dojazd, zatrzymanie, opuszczenie szyby i rozmowa. Cały czas powtarza się zwrot „ komodzie, komodzie”. Czy oni nie mają innych tematów, tylko rozmowy o meblach? Okazuje się, że owo „komodzie” oznacza „na wprost”. Niestety, nasz Kikujus nic nie wie o słonicy Echo ani o jej synku Ely’u z Parku Amboseli. Widocznie nie ogląda filmów National Geographic. Tak więc, nie dowiemy się jak się powodzi rodzinie Echo.&lt;br /&gt;Wjeżdżamy do Amboseli. Przy bramie tłum Masajów lub „masajopodobnych”, oferujących koraliki, bransoletki, rzeźby. To, co na początku budziło zażenowanie i współczucie, teraz budzi zniecierpliwienie i złość. Dla nich jesteśmy „mzungu” – bogaci biali, którzy powinni dać im zarobić a najlepiej w ogóle im coś dać. Młody chłopak – miejscowy elegancik ubrany w T-shirt z amerykańskim nadrukiem, proponuje mi kupno słonika. Rzeźba ładna, ale to kolejny zbieracz kurzu, a mi już kończą się pieniądze. Jest uparty i nie daje się spławić nawet ostatecznym argumentom, że moi rodzice mieli tylko 1 krowę, że chodziłam do szkoły 6 km, podczas gdy jego rodzice mają dużo krów a on sam chodził do szkoły tylko 4 km. Nie mówiąc już o tym, że mój ojciec miał tylko jedną żonę, a więc według tutejszych standardów był biednym człowiekiem. Chłopak ma na szyi złoty (a może tylko żółty) łańcuch i nie wygląda na biednego. Mówi, że potrzebuje kasy na jedzenie. A ja to niby na co – na picie? Sprzedaj ten łańcuch, to będziesz miał na jedzenie! W końcu wyznaje, że te rzeźby to nie jego, że rzeźbi kolega, a on tylko sprzedaje. No tak, również i tutaj pośrednicy zarabiają najwięcej. Nie masz kasy? – pyta. A może kartę Visa? Czyżby w buszu można było płacić również kartą? Nie mam, mam tylko polską walutę. Pokaż – prosi, i z zainteresowaniem ogląda 5 zł. To to samo co euro – pyta? No tak, w końcu jesteśmy w EU – puszczam oko do kolegi. Żartujesz sobie. To zapłać mi 40 zł, a ja wymienię w banku. Kolega &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHmnruoKFI/AAAAAAAAAOI/Ig1pNnqZPOc/s1600-h/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3597.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193185414762473554" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHmnruoKFI/AAAAAAAAAOI/Ig1pNnqZPOc/s200/Resize+of+Rotation+of+Re-exposure+of+IMGP3597.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;mówi, że w Barclay’s Bank rzeczywiście można wymienić złotówki, ale przy takiej kwocie zabraliby chłopakowi połowę, za samą wymianę. A może dasz mi swoją czapkę, albo masz jakieś T-shirty albo perfumy? Czapki nie dam, bo to prezent od przyjaciół, T-shirty mam stare i rozciągnięte a perfum nie brałam by nie odstraszać zwierzyny. W końcu cena staje na 7 $ i słonik ląduje w moim plecaku. Ciekawe, ile z tej kwoty dostanie wykonawca? Dopiero po przyjeździe do hotelu okazuje się, że słonik ma jeden odrapany bok, chociaż oglądając go wcześniej, nie zauważyłam tego. Albo sam go zadrapał, uważając, że nie może sprzedać pełnowartościowego towaru za tak niską cenę, albo w ostatniej chwili podmienił na innego. Teraz wiem, że chłopak sobie w życiu poradzi, a pod zadrapaniami widać, że figurka to rzeczywiście drewno a nie np. chiński plastik.&lt;br /&gt;Jesteśmy w Amboseli – dookoła tylko żółty, suchy piach. Jedziemy po dnie wyschniętego jeziora. No tak, na mapie jezioro było zaznaczone jako okresowe, a po tej stronie Kili jesteśmy w tzw. cieniu opadowym – chmury zawieszają się na Kili i deszcz tu nie dociera. Piasek i piasek, wreszcie drobne kępki trawy. Pierwsza hiena patrolująca okolicę. Zerkamy w kierunku Kili – pokaże się zza chmur czy nie? Wreszcie jest! Białe języki lodowców na szczycie Kibo a po lewej, ośnieżony ząb Mawenzi – wreszcie coś, co kształtem kojarzy się z górami. Ku naszej radości, pojawia się stadko słoni – klasyczne ujęcia - słonie z Kili w tle. Mamy je!&lt;br /&gt;Przy sadzawce leży samotny bawół, otoczony stadkiem białych ptaków – pewnie jakieś bąkojady. Dalej już całe stadko bawołów. Odwrócone do nas tyłkami. Dopiero na moje muczenie, jeden zwraca się w naszą stronę. Uważaj, ostrzegają dziewczyny, bo jeszcze się zakocha i będziesz musiała mu wyrabiać polską wizę. A jak jej nie dostanie, to będę rozpaczać, że nie pisze i nie dzwoni – podchwytuję żart.&lt;br /&gt;Coraz więcej słoni, wreszcie całe stada liczące może kilkadziesiąt sztuk. Wyskubana trawa, poprzewracane drzewa. Podjeżdżamy bliżej i matka ze starszą córką, od dawna wyćwiczonym manewrem stają bark w bark, zasłaniając młode. Widzę tylko jego cienkie nóżki pod brzuchem mamy. Ale mały urwis wymyka się spod rodzicielskiej opieki i zaciekawiony drepcze w naszą stronę. Tata sika i robi kupę jednocześnie i za chwilę całe stado przemaszerowuje tuż przed maską samochodu.&lt;br /&gt;W przydrożnym rowie, o jakieś 2 m od nas, obok mostku z rurą przepływową, leży młoda hiena. Szykuje się na nocleg czy może jest ranna? Starannie wylizuje sobie łapę i brzuch, nie zwracając na nas uwagi. Dopiero jak wołam ją w psim języku, strzyże uszami i na krótko podnosi głowę po czym znowu powraca do wieczornej toalety, wylizując sobie „narządy”. Odjeżdżamy by zrobić miejsce innym.&lt;br /&gt;W drodze na kolację, w Amboseli lodge spotykam managera z Hemingway’s bar. Pyta ilu nas jest i zaprasza całą grupę do siebie, do baru. O 9 wieczorem będziemy karmić dziką zwierzynę - mówi. Przychodzą hieny paskowane. Mamy też wodopój, do którego przychodzą słonie. Teren jest oświetlony reflektorem z góry. Oczami wyobraźni widzę już dwie hieny walczące o resztki impali i odpędzającego je od wodopoju słonia. Przyjdziemy na pewno! A przy okazji – czy zna się pan na gwiazdach? (od kilku dni usiłuję wydobyć z obsługi lodzy gdzie jest Krzyż Południa). Niestety, odpowiada – nie znam gwiazd, a jedyne co mogę ci pokazać to Krzyż Południa. Bingo! Niestety, mówi, jest on widoczny na naszym niebie dopiero od marca. Rzeczywiście nie kłamał. Po powrocie sprawdziłam w atlasie. Rewanżuję mu się, pokazując Oriona i Syriusza – naszych starych znajomych z nieba nad Polską.&lt;br /&gt;Po kolacji idziemy do baru, na obserwację dzikiej zwierzyny. Nasz znajomy manager proponuje byśmy zamówili drinki, bo na zwierzynę trzeba będzie poczekać. To o to chodziło? Zwierzyną okazują się okoliczne koty, karmione resztkami z kuchni. Gwoli sprawiedliwości&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlHruoKBI/AAAAAAAAANo/17xZ8fWGNiI/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3563.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193183765495031826" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHlHruoKBI/AAAAAAAAANo/17xZ8fWGNiI/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3563.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; trzeba dodać, że niedaleko rozlega się ryk słonia (chyba nie z odtwarzacza). I oto na naszych oczach rozgrywa się cichy dramat. Bezszelestnie nadlatuje sowa i jeden z kotów, nawet bez jednego miauknięcia znika w ciemności, unoszony w jej szponach. Nosił kot razy kilka, ponieśli i kota.&lt;br /&gt;Rano, po parku otaczającym lodżę przechadza się całe stado małpek w poszukiwaniu jedzenia – starsze, młodsze, matki z małymi przy cycku, zawieszonymi pod brzuchem. Niezbyt płochliwe, pozwalają się fotografować. Za to stado mangust przebiega w podskokach przez parking i znika w buszu. Idę na spacer i robię parę ujęć Kili o wschodzie słońca.&lt;br /&gt;Dzisiaj jedziemy do Parku Tsavo West. To bardzo niebezpieczne tereny – gwałcą i rabują ;) Potrzebujemy strażnika z kałachem. A raczej to on potrzebuje nas, by zarobić te parę dolców za obstawę. Czekamy więc w przydrożnym barze, aż przyjadą strażnicy. Obstawa się spóźnia. Za to Kili jest coraz piękniejsza. Słońce podeszło wysoko, chmury się rozsunęły i Kibo wygląda jak świeżo upieczona babka posypana cukrem pudrem – z nitkami śniegu w żlebach. Za drogą pola kukurydzy, pasące się bydło Masajów i domki pokryte falistą blachą. Gdy fotografuję Kili wraz z polem kukurydzy i krowami, masajski pastuszek spluwa na ziemię – czy to od złego uroku, który mogłabym rzucić na krowy? Znajduję grudę rudej, zbitej ziemi z odciśniętym czubkiem pasterskiego kija. To kawałek Kili. Proponuję kolegom, że odsprzedam im za 25$. Śmiejemy się. Pilotka jest nieźle wkurzona na spóźniających się strażników i mówi kierowcy co o nich myśli. Każe mu dzwonić po nich i odgraża się, że to ostatni raz, gdy daje im zarobić. W końcu ruszamy w kierunku obstawy. Wsiada chłopak, wymizerowany, w lichej kurtczynie, karabin na wpół przetartym pasku. „ Karabiny mamy z drewna, a bęben z patelni...” podśpiewuję pod nosem. Kiedy podpytuję go, przed czym będzie nas ochraniał – przed kłusownikami, czy może lwami – pilotka ostrzega: Tylko jej nie kłam! Nigdy nie widziałam tu żadnych kłusowników! Strażnik milczy skonfundowany. Dla poprawy humoru fotografujemy się z nim na Shetani Lava Flow – by pokazać rodzinie i znajomym, jak bardzo byliśmy bezpieczni na tej wycieczce. Zastygłe potoki lawy, z daleka wyglądają jak zaorane torfowisko – ale gdy podchodzimy bliżej, widzimy twarde, spieczone i splątane nitki skał, porowate jak gąbka kawałki żużlu i duże pęknięcia ziemi, przez które trzeba przeskakiwać. Podobno ostatni wybuch miał tu miejsce 800 lat temu. Kiedy pochylam się by sfotografować wnętrze takiej szczeliny, okazuje się że turyści wykorzystali ją jako przydrożny kosz na śmieci. Na dnie leżą plastikowe butelki, papiery i kawałki folii. Uroki cywilizacji. Zabieramy na pamiątkę kawałki spieczonej lawy.&lt;br /&gt;Pod dachem bramy wjazdowej do Tsavo zawieszone są całe stadka owadożernych nietoperzy. Wyglądają jak woreczki, sakiewki zawieszone u powały. Uwaga na spadające odchody - ostrzega pilotka. Jedziemy dalej. Teren tu bardziej dziki i rozległy. Mniej sawanny, więcej kolczastego buszu. Zwierzyna jest bardziej rozproszona i trudniej ją wytropić. Zwierzęta są też bardziej nieufne. Myślę, że dużą rolę odgrywa tu rozległy teren, mniej spotkań z turystami, za to więcej z kłusownikami, o których wciąż dochodzą nas słuchy. Tak wielkiego terenu trudno jest dopilnować. Zwierzyna pewnie wie, że ze strony tych dziwnych, blaszanych stworzeń oprócz smrodu, zakłócenia polowania czy odpoczynku, może ją spotkać coś o wiele gorszego. W Ngorongoro jechaliśmy przez stado gnu i zebr dosłownie szorując o ich boki; tu nie jesteśmy w stanie zbliżyć się na odległość kilku metrów bez wzbudzania paniki. Najbardziej płochliwe są dik-diki. Zawsze w parach, wyglądają jak Bambi na cienkich nóżkach i z rozstawionymi uszami. Szybko znikają w buszu przy drodze.&lt;br /&gt;Stadka zebr, żyraf, strusi – wszystko w rudym kolorze tutejszej gleby. Są i słonie. Młoda samica wyraźnie nie życzy sobie być fotografowana. Na nasz widok odwraca się tyłem, a gdy kierowca cofa, byśmy mogli zrobić ujęcie z boku, całkiem chowa się w krzakach. Kobieta - komentuje kierowca – jeszcze młoda i nieśmiała. Za to samiec nie daje się zbić z pantałyku. Zastyga z wiechciem trawy w pysku a następnie zaczyna posapywać, machać uszami i przy pomocy trąby obsypywać się piaskiem. Robimy zdjęcia i odjeżdżamy. Mamy go – czerwonego słonia z Tsavo.&lt;br /&gt;Postój na piknik na kamiennym wzgórzu porośniętym akacjami i kandelabrowymi euforbiami, górującym nad okolicą. Roaring rocks – ryczące skały, tak nazywają je miejscowi z powodu &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHk4LuoKAI/AAAAAAAAANg/bqos4w-7-wU/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3588.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193183499207059458" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHk4LuoKAI/AAAAAAAAANg/bqos4w-7-wU/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3588.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;czuwających tu lwów. Dziś gospodarzy nie ma w domu i spokojnie zjadamy swój pakiet lunchowy. Piękne widoki. Z jednej strony na Ngulia Hills i dolinę pod nimi, z drugiej na szczyty Pięciu Sióstr i busz poprzecinany laterytowymi, czerwonymi drogami. Wszystkie te górki i wzgórza to wygasłe wulkany, na których porośniętych zielenią zboczach widać jeszcze rowki po spływającej lawie. Zjeżdżamy do doliny – jest tam rezerwat nosorożca czarnego, którego żyje tutaj podobno ponad 30 sztuk. Teren ogrodzony, z pasem zagrabionej ziemi przy ogrodzeniu. Zapewne z powodu „cudownych właściwości” rogów, zwierzęta są nadal zabijane przez kłusowników. Nam nie udaje się zobaczyć ani jednej sztuki. O, przepraszam, widzieliśmy dwa czarne nosorożce na bramie wjazdowej do rezerwatu – wycięte z blachy. Widzimy za to sporo ciekawych, egzotycznych ptaków, a nad bajorkiem białogłowego orła rybołowa. Kolejne parki pierzchających przed nami dik-dików oraz stadka perliczek na drodze. Musimy hamować, bo zdezorientowane, nie wiedzą, w którą stronę uciekać. Bardzo smaczne upieczone - mówi, mlaskając, kierowca. No to gazu - i może upieczemy na kolację? Zresztą, wcale nie jestem pewna czy coś oferowane jako kurczaki – to rzeczywiście kurczaki. Te udka i skrzydełka były zdecydowanie za małe, jak na kurczaki.&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do lodży. Lokalizacja niesamowita, na zboczu Ngulia Hills. Tuż przy wejściu rośnie drzewo, całe obwieszone gniazdami wikłaczy, jak choinka bombkami. Każde gniazdko misternie uplecione w kształcie banieczki, z wejściową rurką od dołu. Stada żółtych ptaszków uwijają się przy karmieniu młodych. Nie muszę dodawać, jak wygląda ziemia pod drzewem.&lt;br /&gt;Mieszkamy w pojedynczych domkach – bandach, krytych makuti. Każd&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NopAVWSKI/AAAAAAAAAJ8/B7irfV1K__w/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3212.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5184602649707038882" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R_NopAVWSKI/AAAAAAAAAJ8/B7irfV1K__w/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3212.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;y domek ma werandę z widokiem na dolinę, a zamiast ściany oddzielającej domek od werandy, jest tylko metalowa siatka od owadów. Dzisiaj śpię przy podniesionych zasłonach, słuchając odłosów buszu. Ktoś proponuje by spać na werandzie ale pomijając ewentualną wizytę lwów, komary za bardzo dają się we znaki. Wieczorem, przed kolacją, w krzaku przy wejściu do lodży, zaczyna koncertować coś słowikopodobnego. Gdy odgwizduję trelami wilgi - podejmuje duet. Okazuje się, że to śpiewająca żaba. Wkrótce rozbrzmiewa ich cały chór. W nocy, z charakterystycznym, końcowym zaśpiewem, nawołuje hiena, odzywa się słoń i bawół. Przy lodży jest wodopój – więc może przyjdą tu o świcie, by napić się wody. Na wulkanicznych głazach otaczających ścieżki prowadzące do domków, w dzień wygrzewały się jaszczurki, a po werandzie biegała tutejsza wiewiórka lub coś wiewiórkopodobnego. W nocy słyszę jak coś biega po dachu baldachimu moskitiery, otaczającej moje łóżko. Kiedy rano otwieram oczy, na siatce oddzielającej domek od werandy widzę czarny cień o rozcapierzonych łapkach. Gekonek! To ty biegałeś w nocy, po dachu moskitiery, wyłapując komary? Dziękuję! Gekonek nie jest w nastroju do zawierania znajomości i szybko chowa się pod zrolowane zasłony. Idę na śniadanie. To była moja ostatnia noc na safari. Szkoda.&lt;br /&gt;Dzisiaj nasz ostatni game drive. Jedziemy do Mzima Springs. Po wjeździe dostajemy eskortę – młoda strażniczka w uniformie moro, żołnierskie trepy na nogach, przez ramię przewieszony automat. Sylwetka i ruchy modelki. Piękna fryzura z krótkimi dredami wystającymi spod beretu. Jest jednocześnie przewodniczką objaśniającą nam co widzimy po drodze. Oto krzew, którego gałązki są używane do czyszczenia zębów. Chyba turystom zabrakło pasty, bo połowa krzewu, od strony drogi, jest doszczętnie obskubana. Dalej żółty akacjowiec – yellow fever tree – jego kora była używana jako remedium na żółta febrę, - dziś wiadomo, że nie działa, ale za to jest skuteczna w leczeniu dolegliwości żołądkowych. Dochodzimy do źródeł i wypływającej z nich rzeki. Woda podobno spływa tu aż z Kili i stąd rurą jest doprowadzana do Mombasy. W rzece moczą się stadka hipopotamów. Nie śmierdzi tu gnojówą jak w Serengeti, ale też i stadka są o wiele skromniejsze i daleko od nas – przy drugim brzegu. Gdzie te krokodyle? – podobno miały tu być. Wreszcie dostrzegamy jednego wielkości jaszczurki. Może to dziecko a może to taki gatunek? Strażniczka ostrzega by nie podchodzić do brzegu – atak krokodyla może być błyskawiczny. Ale chyba nie takiego, wielkości 30 cm? Idziemy do domku na &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHm-ruoKGI/AAAAAAAAAOQ/ES_OeuqnwU4/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3600.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193185809899464802" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHm-ruoKGI/AAAAAAAAAOQ/ES_OeuqnwU4/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3600.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wodzie, z przeszklonymi ścianami poniżej poziomu wody. Można tu obserwować pływające ryby. Wyglądają jak nasze karpie i dopiero oglądane z góry przybierają piękną, błękitną barwę. Na konarach zwalonego do wody drzewa pojawiają się małpy. Są to duże małpy o ciemnym ubarwieniu – może koczkodany? Są jednak bardzo płochliwe i szybko znikają kryjąc się za liśćmi palm. Czy ta obstawa z karabinem jest konieczna? – podpytujemy strażniczkę. Okazuje się, że tak! Strażniczka opowiada jak 2 tygodnie temu, do grupy turystów wciąż podchodził lew i była w końcu zmuszona strzelać w powietrze by go odstraszyć – taki był namolny. Może chciał dostać tipa za pozowanie do zdjęć? – żartujemy.&lt;br /&gt;Wyjeżdżamy z Mzima i żegnamy się z Tsavo. Przy bramie wyjazdowej, córeczka strażniczki, może z 2-letni szkrab, z głową ostrzyżoną w „wysepki”, potyka się i przewraca na ziemię. Nasz kolega żartowniś, podnosi ją, otrzepuje z piasku i pociesza, oczywiście cały czas mówiąc do niej po polsku. Dziecko patrzy zdumione szeroko rozwartymi oczami. Może pierwszy raz widzi z tak bliska mzungu. Obdarowana słodyczami poupychanymi w buzię, piąstki i pod pachy, drepcze uszczęśliwiona do mamy.&lt;br /&gt;Wjeżdżamy na drogę oddzielającą Tsavo East od Tsavo West i kierujemy się w stronę Voi. Przed nami Taita Hills i wzgórza Voi. Co jest w Voi? - pyta ktoś z grupy. Pole kukurydzy, na które spadł samolot Denisa – odpowiadam. On i jego służący spłonęli żywcem i do pochówku wzięto tylko garść popiołów z miejsca, gdzie było przednie siedzenie.&lt;br /&gt;Przyjeżdżamy do Voi na lunch i mojego ostatniego Tuskera. Oryginalny, podkreśla kelner, stawiając brązową butelkę na stole.&lt;br /&gt;Droga do Mombasy. Coraz więcej palm przy drodze, coraz większa wilgotność i coraz bardziej rzucająca się w oczy bieda. Krótki postój w hotelu, przed odjazdem. Idę na plażę i popływać w basenie. Ocean szumi, wiatr łopocze liśćmi palm i rzędami kolorowych pareo rozwieszonych przy plaży jak pranie na sznurkach. Woda ciepła jak zupa, fale nanoszą wodorosty. Znowu segregacja rasowa. Plaża przy hotelu dla białych a dalej, za porowatymi kamieniami, w których chowają się małe kraby, plaża dla czarnych. Zamiast kremu z filtrem, smarują ciało mokrym piaskiem, a mokre ciuchy rozwiesili do wyschnięcia na okolicznych skałach. Nawet rozwieszone tu pareo są brzydsze, mniej kolorowe i gorszej jakości. Plażowi boye towarzyszą białym, samotnym turystkom. A to przynoszą deskę windsurfingową, a to wynoszą na brzeg łódkę, a to noszą plażową torbę za swoją panią. Obserwuję taką parę – ona w bikini, znad którego kipią zwały tłuszczu, on młody, szczupły chłopak z chustą owiniętą wokół bioder i jej torebką w ręku. Sponsoring? Czy jego usługi ograniczają się do noszenia torebki? A może to tylko pozory i stereotypy? Może ona przyjechała tu sama, by zwyczajnie odpocząć a chłopak wziął ją na litość łzawymi opowieściami (być może prawdziwymi) o licznym rodzeństwie, braku pracy i perspektyw, zmarłych czy chorych rodzicach itp. Może jest to dla niego jedyna szansa, by zarobić parę dolców, będących podstawą utrzymania jego i jego rodziny? I poduczenia się angielskiego w konwersacji. Może gdyby zdjęta litością, wpłaciła jakąś kwotę np. na jego kształcenie, natychmiast pojawiliby się kolejni chętni. To istna stugębna, nienasycona głowa afrykańskiej biedy. A tak, beach boysi, widząc chłopaka drepczącego za swoją „mzungu – lady”, dają jej spokój – ona jest już zajęta.&lt;br /&gt;Droga na lotnisko. Mimo wieczoru, nadal upał i skóra mokra od potu. Kontrola bezpieczeństwa. Przewracanie bagażu. Masz jakieś kamienie? O kurcze, zabierze mi moje kamyki z Serengeti, Ngorongoro i Tsavo! Jakie kamienie? Szlachetne! Np. diamenty? Nie, nie mam. Co go napadło? Może podejrzane jest to, że mam przy wyjeździe lżejszy bagaż? Rozbebesza moją kosmetyczkę i znalazłszy nożyczki do paznokci mówi – to jest zabronione! Tak, ale ja nie zabieram tego do samolotu – to idzie w głównym bagażu do luku bagażowego! Zasuwa walizkę a ja, w zdenerwowaniu zapominam zamknąć ją na klucz. Błąd. Dopiero w domu okazuje się, że walizka zostaje jeszcze raz przeszukana a w poszukiwaniu diamentów, mój kawałek Kili, z odciskiem masajskiego kija, rozbity na kawałki. Diamentow nie znaleziono bo ich nie było, za to znaleziono moją lornetkę, której brak stwierdzam przy rozpakowywaniu. Patrzę na to jednak pozytywnie. U mnie leżałaby zakurzona na półce, a tak trafi pewnie na bazar w mombaskiej dzielnicy slumsów i może jakiś masajski pastuszek, dzięki niej, w porę dostrzeże lwa stanowiącego zagrożenia dla jego &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHnMruoKHI/AAAAAAAAAOY/i-wl8SXsjDc/s1600-h/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3602.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5193186050417633394" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/SBHnMruoKHI/AAAAAAAAAOY/i-wl8SXsjDc/s200/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP3602.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;stada a może i dla niego samego. Trzeba ją było oddać już w wiosce Masajów!&lt;br /&gt;Wiedząc, że tylko rzędy z wyjściami awaryjnymi mają większe odstępy – w sam raz dla moich długich nóg, proszę o miejsce przy oknie w tych rzędach. Niestety, odpowiada urzędnik, ale te rzędy są dodatkowo płatne. Ciekawe ile i komu płatne – pewnie jemu do kieszeni. Daj mi po prostu miejsce przy oknie, mówię zrezygnowana. Dostaję 13 rząd i pełną obsadę na 2 miejsca obok. Złośliwiec. Jest nas tak mało, że każdy ma miejsce przy oknie i po starcie bez problemu przenoszę się do rzędu z wyjściem awaryjnym Lot prześpię rozłożona na trzech siedzeniach. Na razie idę do strefy wolnocłowej. Tanie alkohole, których i tak nie kupuję i zatrzęsienie sklepików z rzeźbami i afrykańskimi pamiątkami. Ceny o połowę niższe od najniższych w przydrożnych sklepikach. Znajduję pięknego, białego nosorożca, za jedyne 5 $. Dobrze mówił Fajbusiewicz – najtaniej, pamiątki z podróży można kupić u Hindusa, w hurtowni, w Warszawie. Tylko że każda rzecz, kupiona tu na miejscu, to często rodzaj myśliwskiego trofeum, wynik długich targów, a jednocześnie nić wiążąca mnie z tamtym miejscem, osobami i sytuacją. Z czym może wiązać mnie słonik czy tykwa zakupione w hurtowni w Warszawie? Z hurtownią w Warszawie oczywiście.&lt;br /&gt;Przed startem Cypryjczyk z załogi samolotu otwiera wszystkie luki bagażu podręcznego i dwukrotnie przechodzi wzdłuż samolotu, psikając jakimś paskudztwem. Znów mosquito spraying? – krzywimy się niezadowoleni. Security measures! – odpowiada krótko. Odkręcamy na maksa wentylację. Żegnaj Afryko! Rano lądujemy w Warszawie. Temperatura minus dwa, oszronione drzewa i czerwono wschodzące słońce. Tyz piknie!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-7071941156592032367?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/7071941156592032367/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=7071941156592032367' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7071941156592032367'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/7071941156592032367'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/02/moje-wymarzone-safari-kenia-i-tanzania.html' title='Moje wymarzone safari – Kenia i Tanzania, styczeń 2008'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R76Zk1QaKrI/AAAAAAAAAGU/QmnyBLDIA7g/s72-c/Resize+of+Re-exposure+of+IMGP2867.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-5208830388819644949</id><published>2008-02-13T03:27:00.000-08:00</published><updated>2008-02-13T04:19:38.687-08:00</updated><title type='text'>Rejs po Nilu w drugiej połowie sierpnia 2007</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LaelQaKdI/AAAAAAAAAEk/nc0B5yXGXg8/s1600-h/B4+widoczek+egipski+II.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166431941479246290" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LaelQaKdI/AAAAAAAAAEk/nc0B5yXGXg8/s200/B4+widoczek+egipski+II.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Często wracam myślami do Egiptu. Chociaż była to moja już czwarta wycieczka organizowana przez biuro Rainbow Tours, ale dopiero pierwsza, kiedy musiałam dolecieć do miejsca zbiórki samolotem i to od razu na inny kontynent. Lot był spóźniony i nocny, widzieliśmy różowe pasma, które rozświetlało wschodzące nad pustynią słońce. I na tej pustyni wylądowaliśmy – po horyzont piasek i płasko, a na tym płaskim, szaro-żółtym terenie mieściło się lotnisko w Hurghadzie.&lt;br /&gt;Do hotelu jechaliśmy ulicami, wzdłuż których&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LbL1QaKeI/AAAAAAAAAEs/LSvZ9BrLOe0/s1600-h/B6+zabudowa+nad+Nilem.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166432718868326882" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LbL1QaKeI/AAAAAAAAAEs/LSvZ9BrLOe0/s200/B6+zabudowa+nad+Nilem.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; stały całe ciągi budujących się osiedli. Kiedyś była tu wioska rybacka, teraz rozpościera się już całkiem spore miasto. Po zameldowaniu się w hotelu, czekało na nas obfite śniadanie, rozstawione w postaci stołu szwedzkiego. Kelnerzy obrazili się na mnie i koleżankę, kiedy już nie mogłyśmy jeść deseru w postaci tortów. W tym pierwszym w Egipcie dniu poleżałyśmy na plaży publicznej, za którą i tak trzeba było zapłacić 10 funtów egipskich, a potem poznałyśmy „Stasia” (egipskie imiona są chyba trudne do wymówienia, więc &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LbzVQaKfI/AAAAAAAAAE0/KjhzaIF-HKA/s1600-h/B2+statki+pasazerskie+na+Nilu.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166433397473159666" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LbzVQaKfI/AAAAAAAAAE0/KjhzaIF-HKA/s200/B2+statki+pasazerskie+na+Nilu.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Polacy nadają Egipcjanom imiona polskie), właściciela sklepu z perfumami. Miałyśmy kupić tylko parę pocztówek i znaczki, kupiłyśmy niespodziewanie perfumy… I tak już było do końca wycieczki, trzeba było szybko uczyć się asertywności, bo można by było wyjechać z drugą walizką i debetem na koncie. Kupno perfum okazało się zresztą niezłym interesem, bo nawet w fabryce perfum było o wiele drożej. U Stasia wypiłyśmy tradycyjną egipską herbatę z hibiskusa – czerwoną karkade.&lt;br /&gt;Nazajutrz – o świcie, a właściwie w egipskich ciemnościach, weszliśmy do autokarów i pojechaliśmy zwiedzać Dolinę Królów oraz świątynie w Luksorze i Ka&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LdrVQaKmI/AAAAAAAAAFs/ItFTPKRZJ3w/s1600-h/O3+stoisko+z+przyprawami+-+targ+w+Asuanie.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166435459057461858" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LdrVQaKmI/AAAAAAAAAFs/ItFTPKRZJ3w/s200/O3+stoisko+z+przyprawami+-+targ+w+Asuanie.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rnaku. Upał ponad 40 stopni, natarczywi handlarze i oślepiający piasek. Nieopatrznie zostawiłam okulary przeciwsłonecznie w walizce i łzy leciały mi ciurkiem, byłam także niewyspana, tak, że pod koniec dnia miałam zwiedzania dość. Z ulgą wpakowałam się na nasz statek pasażerski „Queen Nefertari”, którym mieliśmy płynąc przez parę dni Nilem. Kajuta była przytulna, z klimatyzacją i łazienką. Na pokładzie znajdował się basen i jacuzzi, a na miłe wspomnienia zasługiwały dania serwowane cztery razy w ciągu dnia, pamiętano nawet o podwieczorkach. &lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcI1QaKhI/AAAAAAAAAFE/D4WCChvL51M/s1600-h/G1+Luksor+-+rzad+lwow.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166433766840347154" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcI1QaKhI/AAAAAAAAAFE/D4WCChvL51M/s200/G1+Luksor+-+rzad+lwow.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Przez następne cztery dni to podziwialiśmy wspaniałą, afrykańską przyrodę z pokładu statku, to schodziliśmy na ląd, żeby zwiedzać zabytki starożytnego Egiptu budowane około 1600 lat przed naszą erą.&lt;br /&gt;W Asuanie, gdzie zacumowaliśmy na noc, od rana z brzegu krzyczeli do nas handlarze, ale nawet na rzece nie było od nich spokoju, podpływali na łódkach i celnie wrzucali na pokład lub przez okna zawinięte w folie ręczniki lub galabije do sprzedania. Wychyliłam się przez okno kajuty, żeby zrobić zdjęcie i koło ucha świsnął mi woreczek z zawartością do sprzedania! Z brzegów wołały&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Lb-1QaKgI/AAAAAAAAAE8/m_tbQTZA91w/s1600-h/D2+pustynna+zabudowa+egipska.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166433595041655298" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Lb-1QaKgI/AAAAAAAAAE8/m_tbQTZA91w/s200/D2+pustynna+zabudowa+egipska.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; do nas wiejskie dzieci, w osadach stały domy z suszonej gliny, z dachami ze słomy, meczety, minarety, przy brzegach cumowały łodzie, a na brzegach rosła nieprzebrana ilość palm, nawadnianych przez Nil. Co pewien czas w ciągu podróży słychać było glosy muezinów (imamów), nawołujących muzułmanów do modlitwy, ale czasem słychać było ich dłuższą pieśń, co w zestawieniu z krajobrazem afrykańskim dawało niesamowite wrażenie jakiejś pierwotnej tęsknoty.&lt;br /&gt;Starożytne świątynie były potężne, o wiele większe niż w Grecji czy Włoszech, budowane na chwałę bogów lub władców Egiptu. Kolumny zwieńczone rzeźbą kwiatu lotosu, pokryte często hieroglifami, reliefy płaskie lub &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LedVQaKpI/AAAAAAAAAGE/NLg6Acx5dEM/s1600-h/R+Memphis.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166436318050921106" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LedVQaKpI/AAAAAAAAAGE/NLg6Acx5dEM/s200/R+Memphis.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;wypukłe, pokazujące potęgę faraonów. Grobowce faraonów – duszne, już bez kolorów. O wiele lepiej zachowały się grobowce królowych w Dolinie Królowych – są one mniejsze, ale przepięknie kolorowe. Barwniki pochodzenia naturalnego przetrwały do dziś – tyle tysięcy lat! Podobnie wyglądały grobowce robotników, ale trzeba było do nich wchodzić wąskimi tunelami, głęboko pod ziemię, a w małych komorach grobowych trudno było oddychać.&lt;br /&gt;Zwiedzaliśmy też plantację bananów – małych i zielonych, których do Europy się nie sprowadza, choć są bardzo smaczne. Po Nilu do różnych miejsc pływaliśmy motorówkami z daszkiem i była to b&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcWVQaKiI/AAAAAAAAAFM/csEW2_VnXWM/s1600-h/K3+Abu+Simbel+o+poranku.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166433998768581154" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcWVQaKiI/AAAAAAAAAFM/csEW2_VnXWM/s200/K3+Abu+Simbel+o+poranku.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ardzo przyjemna część zwiedzania, ponieważ wiał przyjemny wiaterek i chłodziły nas rozbryzgi wody. W trakcie całej wycieczki trzeba było uważać, żeby się nie odwodnić, czyli żeby mieć przy sobie wodę, kupioną oczywiście, bo po wodzie, którą pili z ulicznych kranów tubylcy, na pewno byśmy się rozchorowali. Ceny wody były różne – od 1,5 funta w supermarkecie do 10 funtów u handlarzy za 1,5 litra. Najczęściej udawało się zbić cenę do 5 funtów.&lt;br /&gt;Asuan – miasto częściowo zwiedzane przeze mnie i koleżankę samodzielnie. Zwiedziłyśmy kościół koptyjski. Egipt był pierwszym na świecie państwem całkowicie chrześcijańskim, teraz jest państwem muzułmańskim, niewielka t&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcrFQaKjI/AAAAAAAAAFU/4IuXrx9T7oQ/s1600-h/K5+Abu+Simbel+-+wielkosc+Ramzesa+II+i+malutka+ja.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166434355250866738" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LcrFQaKjI/AAAAAAAAAFU/4IuXrx9T7oQ/s200/K5+Abu+Simbel+-+wielkosc+Ramzesa+II+i+malutka+ja.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;ylko część to Koptowie – odłam chrześcijaństwa. Zwiedziłyśmy też targowisko. Ledwo weszłyśmy na jego teren i już po jego kraniec rozniosło się, że idą dwie Polki, bo ze wszystkich stron zagadywano do nas po polsku. Kupiłyśmy jakieś prezenty, chyba przepłacając, bo sprzedający (mówiący po angielsku, niemiecku, francusku i…polsku) był zabawny i uroczy. Wracając nadbrzeżem nie miałyśmy chwili spokoju, bo ciągle zaczepiali nas taksówkarze, dorożkarze, żeglarze z feluk i przewodnicy po mieście!.&lt;br /&gt;Z programu zwiedzaliśmy w Asuanie świątynie. Wszędzie dużo policji i żołnierzy z karabinami, skanerów, bramek skanujących, tak zresztą jest w całym Egipcie. Zdarzają się tam ataki terrorystyczne, więc rząd stara się jak może chronić turystów, z których czerpie niemałe zyski.&lt;br /&gt;Wykupiłam dodatkowo wycieczkę do Abu Simbel na granicy z Sudanem. Wyjechaliśmy ciemną nocą z poduszkami ze statku. O 9.00 rano temperatura wynosiła „tylko” 30 stopni i dało się oddychać. Trafiliśmy do p&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Lc81QaKkI/AAAAAAAAAFc/UFc-oCnN70o/s1600-h/K6+Ja+i+zona+Ramzesa+II+-+Nefretari.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166434660193544770" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Lc81QaKkI/AAAAAAAAAFc/UFc-oCnN70o/s200/K6+Ja+i+zona+Ramzesa+II+-+Nefretari.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;odlewanej obficie, zielonej i kwiecistej oazy, Nubijczycy (lud zamieszkujący tamte tereny) okazali się o wiele mniej nachalni niż Arabowie. Świątynie w Abu Simbel zostały przeniesione z terenów zalanych przez jezioro Nassera. Dzięki temu zbiornikowi wodnemu, jedynie tam z całego Egiptu widziałam białe obłoki na niebie. W Egipcie deszcze padają raz na trzy lata albo jeszcze rzadziej. Świątynia Ramzesa II i obok jego małżonki, pięknej Neferteri są potężne i zdobione w środku reliefami, rzeźbami i hieroglifami. Niestety, jak zwykle w Egipcie nie wolno było robić zdjęć we wnętrzach.&lt;br /&gt;Wieczorem w Asuanie wsiedliśmy w pociąg, w klasę I, z klimatyzacją i fotelami lotniczymi – jechaliśmy na północny kraniec Egiptu, do Kairu. Trzeba było dać bakszysz obsłudze wagonu, żeby podnieśli temperaturę.&lt;br /&gt;Kair – 22 miliony mieszkańców, zadymione, hałaśliwe i brudne miasto. Zwiedzaliśmy pierwsze kościółki koptyjskie, ciemne w środku i pilnie strzeżone przez wojsko. Oglądaliśmy też meczet alabastrowy w cytadeli górującej nad miastem. Stamtąd było dobrze &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LeGVQaKnI/AAAAAAAAAF0/f1ArK2Bly58/s1600-h/P2+Piramidy+w+Gizie.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166435922913929842" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LeGVQaKnI/AAAAAAAAAF0/f1ArK2Bly58/s200/P2+Piramidy+w+Gizie.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;widać potężny smog unoszący się nad miastem. Zza tego smogu nie było widać słońca do godziny około jedenastej.&lt;br /&gt;Robiłyśmy zakupy na bazarze kairskim, który uważany jest za jeden z najstarszych w Egipcie. Rozrasta się on dopiero wieczorem, ale wtedy jest tam niebezpiecznie dla białych kobiet.&lt;br /&gt;Kair przechodzi w Gizę, w której znajdują się piramidy zbudowane trzy tysiące lat przed naszą erą.. Z pewnej perspektywy wydaje się, że piramidy stoją tuż przy ulicy – zatłoczonej z wiecznie trąbiącymi (tak pozdrawiają się egipscy kierowcy) autami. Między piramidami biegnie szosa! W pobliżu czają się cwani sprzedający, a ceny u nich są najwyższe w całym Egipcie. Byliśmy też na pustyni w Sakkarze, g&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LeTFQaKoI/AAAAAAAAAF8/lpcW254Rk0Y/s1600-h/P5+Giza+Sfinks.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166436141957261954" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LeTFQaKoI/AAAAAAAAAF8/lpcW254Rk0Y/s200/P5+Giza+Sfinks.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;dzie znajduje się piramida schodkowa, którą powinno nazywać się właściwie mastabą. Z pierwszej stolicy Egiptu – Memphis, kiedyś bogatego miasta, niewiele zostało – parę posągów bogów i faraonów oraz sfinks, choć mniejszy niż ten pod piramidami.&lt;br /&gt;Z Kairu pojechaliśmy z powrotem do Hurghady, choć ja z koleżanką już do innego hotelu – z własną, pobliską plażą i domkami. Na plaży rosły palmy, były leżaki pod daszkami ze słomy i szumiało cudownie ciepłe, choć bardzo słone Morze Czerwone. Jedzenie było pyszne i bardzo ładnie wystawione, niektórzy nawet robili zdjęcia. Wieczorem organizowano występy &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LdJFQaKlI/AAAAAAAAAFk/o_UbSYKZsx8/s1600-h/N4+Feluki+II.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166434870646942290" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LdJFQaKlI/AAAAAAAAAFk/o_UbSYKZsx8/s200/N4+Feluki+II.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;zespołów muzycznych lub teatralne. &lt;br /&gt;Fakultatywnie pojechałam na pustynię do wioski Beduinów. Organizatorzy wytrzęśli nas bezlitośnie na bezdrożach pustyni. Jechaliśmy jeepami, które pędziły ponad 100 kilometrów na godzinę. U Beduinów widziałam chatynki z gliny i słomy i świat jakby sprzed wielu stuleci – placki pieczone na ognisku, kamienne żarna do mielenia mąki, krosna do tkania gobelinów i materiału na ubrania, itd. Zapaliłam jabłkową siszę. Wydawało się, że czas tam płynie wolniej.&lt;br /&gt;W czasie drugiej wycieczki fakultatywnej byłam w łodzi podwodnej – 25 kilometrów pod wodą, ale rafa mnie rozczarowała, choć zobaczyłam zatopioną karawelę chyba z XVI wieku, bo jeszcze z bocianim gniazdem.&lt;br /&gt;Piętnaście dni wycieczki do Egiptu minęły po prostu błyskawicznie. Trzeba było wracać do Polski, gdzie witała nas… temperatura 15 stopni Celsjusza!&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166436790497323682" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: hand; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Le41QaKqI/AAAAAAAAAGM/sGPHOm4coMI/s200/P8+ja+i+mastaba+(niby+piramida+Dzerseja).JPG" border="0" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Anna Krasowska&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-5208830388819644949?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/5208830388819644949/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=5208830388819644949' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5208830388819644949'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5208830388819644949'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/02/rejs-po-nilu-w-drugiej-poowie-sierpnia.html' title='Rejs po Nilu w drugiej połowie sierpnia 2007'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LaelQaKdI/AAAAAAAAAEk/nc0B5yXGXg8/s72-c/B4+widoczek+egipski+II.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-5981023366436689253</id><published>2008-02-13T02:41:00.000-08:00</published><updated>2008-02-13T03:19:41.196-08:00</updated><title type='text'>Jordania i Syria</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LMvlQaKZI/AAAAAAAAAEE/jA259gTTSiU/s1600-h/DSC00371.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166416840374233490" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LMvlQaKZI/AAAAAAAAAEE/jA259gTTSiU/s200/DSC00371.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; „Po co tam jedziecie?”&lt;br /&gt;Zaskakujące ile osób zadało nam to pytanie, dowiedziawszy się, że wybieramy się z żoną na wycieczkę do Jordanii i Syrii. Wielu ludzi postrzega rejon Bliskiego Wschodu jako obszar niekończących się wojen, zamachów terrorystycznych, krwawych dyktatorów, trzęsień ziemi, katastrofalnych susz i powodzi. Nic tylko Sodoma i Gomora plus plagi egipskie. Dopiero teraz, po powrocie (albowiem wróciliśmy żywi i zdrowi), wiemy co odpowiedzieć na to pytanie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wyjazd na Bliski Wschód to pielgrzymka do źródeł naszej cywilizacji. Nie ważne jakiego jesteśmy wyznania, jakie mamy przekonania i światopogląd, będąc tam, oglądamy początek nas samych. To miejsce wielkich czynów i wielkich upadków, niewysłowionego piękna i niewyobrażalnego okrucieństwa. Wznoszenia monumentalnych budowli i burzenia ich. Stamtąd właśnie pochodzimy. To cały nasz świat w pigułce.&lt;br /&gt;W malutkim muzeum w Ammanie zobaczyliśmy pradawne figurki ludzkie. Postacie starsze niż piramidy egipskie upamiętniały zmarłych przodków. Stworzyły je wędrowne ludy dla których każdy gram obciążenia był sprawą życia lub śmierci podczas przedzierania się przez niedostępne pustkowia. A jednak dźwigali ze sobą podobizny swych ojców wiedząc, że jeśli o nich zapomną to dalsza wędrówka straci sens. Ludzie żyjący dziesięć tysięcy lat temu patrzyli w niesamowite oczy tych posążków, tak jak my patrzymy na fotogr&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LM2lQaKaI/AAAAAAAAAEM/P0iLTEMfsyE/s1600-h/DSC00397.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166416960633317794" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LM2lQaKaI/AAAAAAAAAEM/P0iLTEMfsyE/s200/DSC00397.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;afie naszych zmarłych, szukając natchnienia, wsparcia i pocieszenia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W Damaszku byliśmy w meczecie Umajjadów, trzecim pod względem wielkości meczecie świata. Ta niezwykle piękna budowla to jedno z najświętszych miejsc muzułmanów, przyciągająca wiernych z całego świata. Miejsce na którym się wznosi musi być niezwykłe – od tysięcy lat ludzie budowali tu świątynie niezależnie jakiej byli wiary i narodowości: okryto w tym miejscu pozostałości świątyni aramejskiej, tu Rzymianie czcili boga Jupitera, tu wznosił się kościół chrześcijański i muzułmański meczet. W tym miejscu nie można nie wierzyć. To właśnie tu, w jednej świątyni, modlili się do wspólnego Boga zarówno muzułmanie jak i chrześcijanie, razem otaczali czcią relikwię – głowę Jana Chrzciciela. Dla nas brzmi to równie niesamowicie jak biblijne cuda ale tak przecież było. Widocznie Bliski Wschód to miejsce, gdzie cuda się zdarzają.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kilkaset kilometrów na południe od Damaszku wznosi się góra Nebo. To stamtąd w pochmurne dni każdy może ujrzeć swe nieosiągalne marzenia. Dobrym tego przykładem był Mojżesz, który właśnie z tej góry oglądał Ziemię Obiecaną, krainę do której nie dane mu było wejść.&lt;br /&gt;Tuż obok, nad rzeką Jordan, można obejrzeć miejsce chrztu Jezusa. To jedno z najniezwyklejszych miejsc chrześcijaństwa, porównywalnych jedynie z Betlejem i Jerozolimą. Jego wyjątkowość polega na prostocie. Nie obudowano go bazylikami, nie obstawiono hotelami&lt;br /&gt;i straganami, nie omurowano, nie obetonowano. Spieszcie ujrzeć to miejsce, póki jest tym czym jest, bo taki błogosławiony stan nie potrwa wiecznie.&lt;br /&gt;Położony nieo&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LNA1QaKbI/AAAAAAAAAEU/kccLvYMftI0/s1600-h/DSC00460.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166417136726976946" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LNA1QaKbI/AAAAAAAAAEU/kccLvYMftI0/s200/DSC00460.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;podal zamek krzyżowców – Kerak – przynosi nam lekcję innej natury. Jego komendant – Reynald de Chatillon – zasłynął jako propagator specyficznej wykładni nauk Jezusa. Schwytanych muzułmanów starał się za pomocą wyszukanych tortur przekonać o wyższości chrześcijaństwa nad innymi religiami. Tych nieprzekonanych kazał strącać w przepaść w drewnianych kaskach na głowie, tak aby nie stracili przytomności i do końca odczuwali ból.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Porozsiewane po obszarze Syrii i Jordanii ruiny starożytnych miast takich jak Palmyra, Jerash, Filadelfia (obecnie Amman), Bosra to unikalna możliwość kontaktu z przeszłością. Nawet teraz zrujnowane gmachy i ulice dają obraz dawnej potęgi i bogactwa. Najzwyklejsi śmiertelnicy mogą wkroczyć do najświętszych miejsc starożytnych świątyń, niegdyś zastrzeżonych wyłącznie dla najwyższych rangą kapłanów i dostojników. Można tam obejrzeć niezwykłe teatry gdzie aktorzy&lt;br /&gt;i gladiatorzy zabawiali tysiące ludzi, można włóczyć się po opustoszałych ulicach i bazarach niegdyś zapełnionych kupcami i towarami ze wszystkich stron świata. Kiedyś to tu biło serce świata i cywilizacji.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ze względu na skąpe informacje na temat pewnych aspektów życia starożytnych ludów należy wystrzegać się wyciągania pochopnych wniosków. I tak na przykład w Palmirze, w świątyni Baala, podzieliłem się z mą żoną niezwykle cennym spostrzeżeniem, że skoro jedno z możliwych tłumaczeń słowa „Baal” to „mąż”, oto właśnie znajdujemy się w miejscu, gdzie małżonki powinny oddawać cześć swym mężom. Bolesny siniak w okolicy lewej nerki do dziś przypomina mi, że ma interpretacja była jednak błędna: to żonom należy składać hołdy – zawsze i wszędzie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Trzeba przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia jeśli chodzi o pilota wycieczki. Pani Małgorzata nie ograniczyła się do przedstawienia nam informacji na temat zabytków i historii regionu. Bardzo barwnie potrafiła opisać współczesne życie, obyczaje i kulturę Syrii i Jordanii. Dzięki jej opowieściom wszystko wokół nabrało ciągłości i nowej intensywności. Kultura w jakiej my żyjemy to tylko jedna z wielu możl&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LNQFQaKcI/AAAAAAAAAEc/Tk6SIaG3Fv4/s1600-h/DSC00505.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166417398719982018" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LNQFQaKcI/AAAAAAAAAEc/Tk6SIaG3Fv4/s200/DSC00505.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;iwości. Zamykając się na inne kultury rezygnujemy z wielkiego, niezmierzonego bogactwa.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dzięki tej podróży zobaczyliśmy wokół siebie ludzi, prawdziwych ludzi. Sprawy i wydarzenia znane tylko z telewizji nabrały nowej perspektywy i głębi. Obca i egzotyczna kultura stała się zrozumiała i godna szacunki. Czarno-biały obraz zaczął się mienić wszystkimi barwami skał pustyni Wadi Rum. Delektując się kolejnymi cudami natury i architektury sądziliśmy, że wreszcie wiemy co to zachwyt i co to piękno. Właśnie wtedy, ostatniego dnia, ujrzeliśmy Petrę. Nie chcę nawet próbować opisywać tego co tam zobaczyliśmy – najlepszy nawet opis byłby tylko nieudolną karykaturą tego miejsca. Petrę po prostu trzeba zobaczyć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Igor Karpiuk&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-5981023366436689253?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/5981023366436689253/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=5981023366436689253' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5981023366436689253'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/5981023366436689253'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/02/jordania-i-syria.html' title='Jordania i Syria'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7LMvlQaKZI/AAAAAAAAAEE/jA259gTTSiU/s72-c/DSC00371.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-4424544183842581359</id><published>2008-02-12T05:15:00.000-08:00</published><updated>2008-02-12T06:04:18.337-08:00</updated><title type='text'>Nie tylko szlakiem Drakuli</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Z bogatej oferty turystycznej biura Rainbow Tours niełatwo wybrać tę jedną, wy&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GmbVQaKYI/AAAAAAAAAD8/tAf0pDcvoak/s1600-h/ATT00007.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166093236063316354" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GmbVQaKYI/AAAAAAAAAD8/tAf0pDcvoak/s200/ATT00007.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;marzoną wycieczkę. Wertując katalog zdecydowałam się w końcu na niepozorną i niezbyt rozreklamowaną Rumunię. Ale właśnie ta oferta wyróżniała się oryginalnością, ponieważ proponowała podróż do świata legend i zamierzchłej historii. I to mi się w niej spodobało, ponieważ najbardziej lubię niebanalne trasy. Choć początkowo nie byłam w pełni przekonana, czy podjęłam słuszną decyzję, szybko pozbyłam się wątpliwości. W Rumunii znalazłam to, czego oczekiwałam: piękno krajobrazu, ciekawe zabytki architektury i lokalną osobliwość w postaci okrutnego księcia Drakuli.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;On to właśnie stanowił największą atrakcję programu. Można oczywiście mieć zastrzeżenie, czy tropienie przez kilka dni śladów jednego krwiopijcy nie jest monotonnym zajęciem. Otóż nie. Nie zdążyliśmy się nim znudzić, gdyż w zwiedzanych miejscowościach poznawaliśmy różne jego oblicza. Jako wampir panoszył się przede wszystkim na straganach, natomiast w ruinach średniowiecznych zamków stawał się despotą Wladem Palownikiem (Tepeşem), a w Bukareszcie nabierał cech bohaterskiego pogromcy Turków Otomańskich.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;W roli księcia ciemności wypadł blado. Nikogo nie straszył, a co najwyżej przerażał brzydotą, szczerząc kły na kiczowatych wyrobach pamiątkarskich. Najlepiej sprawdzał się jako gwiazda marketingu, gdyż jego wizerunek reklamuje piwo, wódkę, a nawet hotel&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GlyVQaKVI/AAAAAAAAADk/L9wN_HMDQR0/s1600-h/Bukareszt.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166092531688679762" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GlyVQaKVI/AAAAAAAAADk/L9wN_HMDQR0/s200/Bukareszt.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;e i restauracje. Znacznie więcej wrażeń dostarcza podążanie śladami Wlada Palownika, którego Bram Stoker przeistoczył na kartach swojej powieści w wampira Drakulę. Podróżując po Rumunii możemy podziwiać cudowne pejzaże Transylwanii (Siedmiogrodu), gdzie znajdowały się niegdyś włości wołoskiego hospodara. Najbardziej urzekły mnie tam spowite mgłami szczyty gór, mroczne lasy, kręte drogi, które wiją się w głębokich jarach, nad przepaściami czy wzdłuż wartkich strumieni oraz krystalicznie czyste powietrze. W surową przyrodę wtapiają się pozostałości średniowiecznej architektury. Niesamowity wygląd mają szczerbiny zamku Drakuli, majaczące wśród chmur na jednym z wzniesień Karpat Południowych. Pięknie położone jest też miasteczko Bran. Na jego skraju znajduje się XIV-wieczny zamek zbudowany przez kupców saskich. Wbrew faktom historycznym usiłuje się go kojarzyć z postacią Drakuli. Chyba niepotrzebnie, gdyż sam w sobie jest wystarczająco imponujący, by budzić zainteresowanie turystów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Z Wladem Palownikiem wiąże się też dawna feudalna osada Sighisoara, ponieważ tam właśnie przyszedł na świat oraz sam Bukareszt, w którym zachowały się ruiny kolejnego zamku. Żeby nie było wątpliwości do kogo należał, wśród malowniczo porozrzucanych kolumienek i płyt umieszczono popiersie Wlada. Przybrał tu najbardziej godną postać, gdyż ma dumne oblicze i mniej wytrzeszczone oczy niż na starych wizerunkach.&lt;br /&gt;Jednak w Bukareszcie spodobała mi się nie tyle aranżacja zabytkowych ruin, co&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Gl7VQaKWI/AAAAAAAAADs/MeseO4x6TZ4/s1600-h/Monastyr+Horezu.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166092686307502434" style="FLOAT: right; MARGIN: 0px 0px 10px 10px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7Gl7VQaKWI/AAAAAAAAADs/MeseO4x6TZ4/s200/Monastyr+Horezu.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; zupełnie niespodziewana atrakcja. Był to obiad w lokalu „Carul Cu Bere”. Jedzenie i ceny nie zachwycały, ale ten nastrój… Boazerie, freski, witraże, tanga ze starych płyt i duszna dekadencka atmosfera. Takie miejsca nieczęsto się spotyka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dodatkowo wycieczka do Rumunii zawiera wiele innych godnych uwagi punktów programu. Wspomnę tylko o dwóch, które mnie osobiście najbardziej się podobały. Pierwszy stanowił niejako odwrotność wątku złego hospodara, gdyż przenosił w krąg spraw wzniosłych. Przemierzając Rumunię mogliśmy bowiem zwiedzić wspaniałe obiekty sakralne. Piękno ich architektury i zdobnictwa trudno opisać słowami – po prostu trzeba to zobaczyć. Na trasie wycieczki znajduje się klasztor Cozia z bizantyjskimi freskami, dawna prawosławna metropolia Curtea de Arges, wpisany na listę UNESCO monastyr Horezu, bukaresztańskie Wzgórze Patriarchalne, gotycki czarny kościół w Braszowie, katedra w Alba Julia, by wymienić tylko najważniejsze zabytki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;I jeszcze jedno. Ponieważ program wycieczki był bardzo napięty, na odpoczynek pozostawało niewiele czasu. Chwili wytchnienia zaznaliśmy w przepięknie położonej Sinai, reklamowanej jako ulubione miasto &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GmFlQaKXI/AAAAAAAAAD0/V3SE3VwEN3s/s1600-h/Sinaia.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166092862401161586" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GmFlQaKXI/AAAAAAAAAD0/V3SE3VwEN3s/s200/Sinaia.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;króla Karola I. Mieszkaliśmy tam w przyzwoitym hotelu z cudownym widokiem na góry, ale nie oddawaliśmy się tylko lenistwu. Spacerkiem udaliśmy się do „Perły Karpat” czyli zamku Peles, równie fantazyjnego, co kiczowatego, a wieczorem mieliśmy okazję posmakować mamałygi przy wtórze rumuńskiej muzyki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Od czasu zakończenia wycieczki minęło już kilka miesięcy i dziś mogę powiedzieć, że pozostały mi z niej same dobre wrażenia, poza poczuciem pewnego niedosytu. Rumunia nadal jest skarbnicą oryginalnej ludowej kultury i wielu wspaniałych zabytków, do których nie dotarliśmy. Mam jednak świadomość, że rozszerzenie programu turystycznego odbyłoby się ze szkodą dla spójnej koncepcji wycieczki, gdyż jej zamierzony cel stałby się mniej wyrazisty. Należałoby też na dłużej zaplanować podróż, zaś obecna propozycja biura jest doskonałą ofertą dla ludzi, którzy mają mało wolnego czasu i chcą go wykorzystać na choćby pobieżne poznanie charakteru zwiedzanych miejsc.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Anna Milewska-Młynik&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-4424544183842581359?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/4424544183842581359/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=4424544183842581359' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4424544183842581359'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4424544183842581359'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2008/02/nie-tylko-szlakiem-drakuli.html' title='Nie tylko szlakiem Drakuli'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/R7GmbVQaKYI/AAAAAAAAAD8/tAf0pDcvoak/s72-c/ATT00007.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-690123272437324052</id><published>2007-10-10T03:26:00.000-07:00</published><updated>2007-11-06T08:28:52.595-08:00</updated><title type='text'>Izrael+ Egipt z Rainbow Tours!!! Rewelacja!!!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;p&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyqhIzCk-I/AAAAAAAAACY/2YrXdFxJX80/s1600-h/ziemia+163.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119654362687378402" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left;" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyqhIzCk-I/AAAAAAAAACY/2YrXdFxJX80/s200/ziemia+163.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Dopiero wszedłem do domu po przylocie, ale na tak poprowadzonej imprezie jeszcze nie byliśmy - brawo RT, Pani Małgorzata, Estera, Amir. Zaczynamy wracać do codzienności, ale z trudem, bo to był nasz 8 wakacyjny objazd - zawsze objazd - i ten był rewelacyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;03.07.&lt;/strong&gt; lotnisko we Wrocławiu - pada deszcz, wylot planowany na 7.45 z powodu jak oznajmiono już na pokładzie drobnej awarii systemu chłodzenia naprawiono po 15 minutach. Ponownie kołujemy na pas startowy i.... w górę. Spokojny lot i lądujemy w Sharm.  Ktoś zostawił otwarty piekarnik......ciepło strasznie.  W terminalu "wyłapuje" nas Amir - rezydent Rainbow Tours. Gość świetnie zna polski - pół Egipcjanin, pół Polak i do tego pan doktor. I zaraz pierwsza dobra wiadomość -kto na objazd to nie kupuje wizy, kto na wczasy i fakultety to do okienka po wizę - " tak powinno być w każdym b....iurze". Jedziemy z grupką z Katowic - lądowali chwilę przed nami- do hotelu zbiórki, na jedną noc, jest to mały hotelik Uni Sharm, a miał być Husa Palermo ale po licznych uwagach poprzednich grup klientów co do jego stanu, biuro poszukało coś innego i jest ok - kolejny plus. Robimy małą wymianę kaski na napoje, zaglądamy do Leila va Leila - jedną przecznicę od hotelu, spotykamy znajomych z wyjazdów do Hiszpanii, Portugalii oraz z ubiegłorocznego rejsu po Nilu ,oni zakończyli wczoraj objazd Jordania + Syria. Trochę na basen i spać, jutro startujemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyqOozCk9I/AAAAAAAAACQ/0zlD9fMlW8s/s1600-h/ziemia+112.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119654044859798482" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyqOozCk9I/AAAAAAAAACQ/0zlD9fMlW8s/s200/ziemia+112.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;strong&gt;04.07.&lt;/strong&gt; śniadanko o 7 i ruszamy w kierunku Taby, podczas jazdy poznajemy naszą panią pilot -Małgorzata Łukaszewska - najmocniejszy punkt imprezy obok ułożonego przez nią programu, po drodze postój na kawkę w Nuwjba i tu pilotka zbiera kaskę na wszystkie opłaty razem z wycieczkami i wstępami dodatkowymi. Ruszamy dalej, potem małe foto przy Wyspie Faraona z zamkiem Saladyna i na granicę. Papa robimy egipskiemu autokarowi i z całym dobytkiem przenosimy się na przejście graniczne, cała operacja trwała około 3 godz. i już siedzimy w nowiutkim mercedesie izraelskim, poznajemy miejscową pilotkę o imieniu Estera - z pochodzenia polska Żydówka z doskonałym językiem polskim, więc miło było słuchać - to kolejny bardzo mocny punkt tej imprezy. Po około godzinie jazdy, stajemy w kibucu Jovata, który specjalizuje się w wyrobach mlecznych gdzie podają doskonałe lody. Jadąc dalej ukazuje się szmaragdowo - turkusowo-błękitne Morze Martwe. Za chwilę zaczynamy zwiedzanie - pierwszy punkt programu -Qumran, oglądamy filmik, a następnie zwiedzamy pozostałości osady esseńczyków. Podziwiamy piękne krajobrazy, za nami jaskinie Qumran a przed nami panorama na Morze Martwe. Po 33 km docieramy do Jerozolimy i kwaterujemy na 3 noce w bardzo fajnym hotelu "Jerozolima Gold" blisko do marketu(napoje) i doskonałe i obfite wyżywienie. Po kolacji spotykamy się na wieczorze zapoznawczym przy piwku, każdy się przedstawia, mówi o sobie dwa zdania (jest nas 32 osoby – fajna ekipa) i fajna inicjatywa pani pilot. idziemy spać jedziemy dalej (ze zwiedzaniem i z opisem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;05.07.&lt;/strong&gt; -po pysznym i obfitym śniadanku, o godz. 8 już siedzimy w autokarze i ruszamy na podbój Jerozolimy zaczynamy od wyjazdu na górę Herzla - wznosi się na zachód od Knessetu, odwiedzamy szpital Hadassa w którym znajduje się synagoga, której główną ozdobą są podarowane narodowi żydowskiemu fantastyczne witraże Marca Chagalla, przedstawiające 12 plemion Izraela. Następnie udajemy się do Ain Karem, miasteczka w którym jak podaje tradycja mieszkali rodzice św. Jana Chrzciciela - Elżbieta i Zachariasz zwiedzamy franciszkański kościół św. Jana Chrzciciela dalej zbliżamy się do murów starej Jerozolimy, podjeżdżamy do Góry Syjon i wchodzimy do wieczernika, następnie na dziedzińcu obok grobu króla Dawida Estera opowiada o stroju chasydzkim, wchodzimy na chwilę do grobu Dawida - panie oddzielnie i panowie oddzielnie - jak przy ścianie płaczu kierujemy się dalej w kierunku Kościoła Zaśnięcia NMP, gdzie schodzimy do podzie&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Rwyq0YzCk_I/AAAAAAAAACg/Gwp4H9dQHZI/s1600-h/ziemia+171.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119654693399860210" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left;" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Rwyq0YzCk_I/AAAAAAAAACg/Gwp4H9dQHZI/s200/ziemia+171.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;mnej krypty - kaplicy na środku której spoczywa figura Maryi, po krótkiej modlitwie udajemy się przez jedną z 7 bram Jerozolimy - Bramę Syjońską- w obręb murów starego miasta, gdzie chwilę spacerujemy Dzielnicą Ormiańską a następnie wchodzimy do Dzielnicy Żydowskiej i zmierzamy na Cardo, oglądamy fragmenty odkrytych fundamentów z czasów Heroda i wędrujemy w stronę Ściany Płaczu. tutaj podobnie jak przy grobie Dawida - panie z prawej strony i mniejszy plac do modlitwy, a panowie z lewej i większy teren do dyspozycji. Podchodzimy do świętego dla Żydów muru, wkładamy kartki z modlitwami w szczeliny ściany, obserwujemy radość chłopaków wychodzących z wojska do cywila i święto Bar Micwa, czyli wchodzenie młodzieńców w dorosłe życie. Na godzinę 14 mamy wejście na Wzgórze Świątynne - nie ma wolnego wstępu, tylko raz dziennie i tylko jednym wejściem i nie w każdym dniu jest ono udostępniane - mamy szczęście, bo jest to dostojne miejsce. Najpierw podziwiamy meczet Al-Aqsa, a następnie wchodzimy nieco wyżej na plac okalający Meczet Skały - fajne miejsce do foto po Wzgórzu Świątynnym, schodzimy do dzielnicy muzułmańskiej na obiadek w lokalu zrobionym w starej kamiennej cysternie na wodę. Przez Bramę św. Szczepana - zwaną Bramą Lwią -zachodzimy do kościoła św. Anny, gdzie panuje wspaniała akustyka i trzeba koniecznie zaśpiewać, następnie odwiedzamy miejsce biblijnej sadzawki Betseda. Od Kościoła Biczowania i Kościoła Nałożenia Krzyża, jeszcze w Dzielnicy Muzułmańskiej, rozpoczyna się Droga Krzyżowa - Via Dolorosa. Te dwa w/w kościoły to pierwsza stacja Drogi Krzyżowej, niektóre następne stacje są nawet niezauważalne, a cztery końcowe mieszczą się już we wnętrzach Bazyliki Grobu Pańskiego. Takie miejsca jak skała namaszczenia, czy Kalwaria, a w szczególności wejście do Grobu Pańskiego to ogromne przeżycia, na które czekaliśmy wiele lat i dziś miał miejsce ten moment radości. Docieramy jeszcze pod najozdobniejszą bramę miejską - Bramę Damasceńską - na kilka fotek i przez Bramę Jafy wychodzimy z murów Starego Miasta, rzut oka na Cytadelę i po męczącym ale pełnym wzruszeń dniu docieramy do hotelu.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyrFYzClAI/AAAAAAAAACo/whQrdMwymQY/s1600-h/ziemia+204.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119654985457636354" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right;" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyrFYzClAI/AAAAAAAAACo/whQrdMwymQY/s200/ziemia+204.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dziś - &lt;strong&gt;06.07.&lt;/strong&gt; nadal pozostajemy w Jerozolimie - zaczynamy od Góry Oliwnej, przed nami wspaniała panorama miasta, wszystko widać jak na dłoni, rozpoznajemy miejsca, które zwiedzaliśmy wczoraj, robimy świetne zdjęcia bo słońce pracuje za doskonałą lampę błyskową - mamy je za plecami. Zaglądamy do kościoła - Pater Noster, gdzie Jezus nauczał swoich uczniów modlitwy "Ojcze Nasz", tu w różnych miejscach na ścianach umieszczona jest na majolikowych płytkach, w wielu językach świata modlitwa - Ojcze Nasz, odnajdujemy i polską wersję zaglądamy następnie do kościółka -Dominus Flevit, gdzie Pan zapłakał nad Jerozolimą, tu doskonale widać fantazyjne złote kopuły cerkwi św. Marii Magdaleny. Zbocze Góry Oliwnej zajmuje żydowski cmentarz, który ma być miejscem Sądu Ostatecznego według tradycji judaizmu i islamu, podążamy spacerkiem do ogrodu Getsemani, gdzie ukazują nam się drzewa oliwne mogące pamiętać czasy Chrystusa, a obok znajduje się kościół Wszystkich Narodów, skrywający w swoim wnętrzu - skałę konania, następnie kierujemy się do grobu Marii matki Jezusa, jest to w/g tradycji chrześcijańskiej miejsce złożenia ciała Marii od czasu zaśnięcia do wniebowzięcia. Wszystkie te miejsca oddziela, od widocznych cały czas przed nami murów starego miasta z centralnie położoną Złotą Bramą - Dolina Cedronu. Po krótkiej podróży wjeżdżamy za mur (9m wysokości) jesteśmy w Betlejem. Estera jako Żydówka nie mogła z nami wjechać i mamy miejscowego przewodnika, który wiedzie nas ulicami Betlejem wprost do Bazyliki Narodzenia, w wejściu trzeba zgiąć kark - tak niskie jest wejście, zwiedzamy główną 5-nawową bazylikę a następnie schodzimy do groty narodzenia Jezusa, a tam wzruszenie i pamiątkowe zdjęcia. Powracamy do głównej Bazyliki Narodzenia i wchodzimy do znajdującego się obok Kościoła św. Katarzyny, gdzie przyjmuje nas polski franciszkanin, który dokonuje poświęcenia pamiątek i prezentów jakie zakupiliśmy później. Schodzimy do groty Hieronima - pierwszego tłumacza Pisma Świętego, następnie kierujemy się do Mlecznej Groty, jednego z miejsc ukrywania się&lt;br /&gt;świętej rodziny w ucieczce do Egiptu, a ściany groty mają ponoć cudowną moc dla karmiących kobiet. Powrotem zza muru na teren Jerozolimy kończymy następny bogaty w ciekawe i wzruszające miejsca dzień naszego pobytu w Izraelu, a tu jeszcze tyle zwiedzania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś szczególna data &lt;strong&gt;07.07.2007&lt;/strong&gt; - dla nowożeńców i jak się przekonamy później dla nas także szczególna ale o tym za chwilę. Do wydarzeń dnia wczorajszego muszę dodać nasz wieczorny wypad na Jerozolimę (tyle tego było, że zapomniałem) a w szczególności na Stare Miasto pod Ścianę Płaczu - dziś jest szabat i cała Dzielnica Żydowska spaceruje wystrojona w chasydzkie stroje -długie czarne lub atłasowe szare płaszcze, kapelusze lub lisiury u panów i elegancko wystrojone kobiety. Ale już wracam do magicznego -07.07.07, jako że trwa szabat i puste ulice mamy propozycję na fakultet do Jafy, Tel Awiwu i Cezarei nadmorskiej - wszyscy ruszamy. Jafa to najstarszy na świecie port i działający do dziś, spacerujemy po starówce, na którą wchodzimy przez Plac Wierzy Zegarowej, a którą upodobali sobie artyści, zaglądamy do kościoła Św. Piotra, spoglądamy na legendarne Skały Andromedy i rzut oka na widoczną pięknie zatokę i wieżowce Tel Awiwu. Wjeżdżamy do prawie pustego w szabat Tel Awiwu, oglądamy nowoczesne wieżowce i zatrzymujemy się przy pomniku upamiętniającym zamach na Ytzhaka Rabina 04.11.1995r w centrum stolicy. Herod wielki- utalentowany budowniczy, zbudował Cezaree nadm&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Rwys5IzClCI/AAAAAAAAAC4/Xfl2Eb2xrs0/s1600-h/ziemia+428.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119656974027494434" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right;" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/Rwys5IzClCI/AAAAAAAAAC4/Xfl2Eb2xrs0/s200/ziemia+428.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;orską. O wielkości miasta i wielkim talencie Heroda świadczą pozostałe do dziś ruiny teatru na 5000 widzów, gdzie znaleziono zapiski o bytności w tym miejscu za czasów Chrystusa, prefekta Poncjusza Piłata, następnie wielki na 20 000 miejsc hipodrom i położony nad samym morzem pałac z basenem schodzącym do morza oraz nieco oddalony od tego miejsca okazały akwedukt będący dziś atrakcją plaży. Na terenie kompleksu Heroda oglądamy jeszcze pozostałości Kościoła Krzyżowców, bramy do miasta, meczet oraz pozostałości murów obronnych. Przejeżdżamy do Seforis - ruin miasta z czasów rzymskich i pozostałości twierdzy Krzyżowców, wchodzimy do zbiornika długiego na ponad 200 m i wysokiego na 40 m, który był dla miasta magazynem wody, a następnie podziwiamy mozaiki pozostałe z domów Patrycjuszów przy Cardo, wspinamy się, mijając okazały las opuncji, do twierdzy krzyżowców na szczycie wzgórza, z którego widać Nazaret i tam mkniemy. Wita nas z daleka okazała wieża dwupoziomowej Bazyliki Zwiastowania NMP a po chwili i okazała Bazylika. We wnętrzu obok ołtarza dolnego kościoła znajduje się część domu Maryi a jedną ze ścian Bazyliki stanowi część Kościoła Krzyżowców. Wychodzimy bocznym wyjściem w kierunku Kościoła św. Józefa i słyszymy - dzień dobry, witamy, co dobrego w kraju - to nasi żołnierze ze Wzgórz Golan zwiedzają Nazaret, wzruszająca i radosna chwila. W Kościele św. Józefa zwanym Kościołem Żywiciela, postawionym w miejscu gdzie był jego ciesielski warsztat, schodzimy do dolnej krypty z czasów bizantyjskich, następnie wychodzimy do kościoła gdzie trwa msza święta w języku polskim. W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i ...... i my tam zajeżdżamy, a właśnie w kościele greckim odbywa się ślub, ale my zmierzamy do nieco dalej położonego kościoła franciszkańskiego, miejsca pierwszego cudu dokonanego przez Jezusa. I tutaj nasza świetna pani pilot organizuje dla chętnych par małżeńskich odnowienie ślubów (i to właśnie 07.07.2007r, ) potwierdzone na specjalnym druku przez franciszkanów - dla nas super pamiątka i będzie co wspominać długie lata, było 6 par z różnym stażem....... na noc poślubną udajemy się do Tyberiady tuż nad Jezioro Galilejskie, gdzie mamy około 213m depresję. Kwaterujemy się do dobrego Royal Plaza Hotel i tu znów świetne jedzonko - chyba zostanę w Izraelu (no jeszcze dwa dni to pewne) po weselu jak to po weselu - nie chce się wstać, a tu czas ruszać dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;08.07.&lt;/strong&gt; - około godz. 8 jedziemy do Tabghi, gdzie nad samym brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego, na ruinach dawnego kościoła bizantyjskiego, wznosi się Kościół Prymatu św. Piotra - upamiętniający cudowny połów na jeziorze. Mamy pecha (jedyny raz w tej wycieczce) p&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwytLozClDI/AAAAAAAAADA/Zcfw6MqwWpw/s1600-h/ziemia+384.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119657291855074354" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwytLozClDI/AAAAAAAAADA/Zcfw6MqwWpw/s200/ziemia+384.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;rzy Kościele Rozmnożenia Chlebów i Ryb - jest zamknięty. ruszamy więc na górę błogosławieństw do ośmiokątnego (osiem błogosławieństw) kościoła ,gdzie Jezus wygłosił jedno ze swoich najważniejszych kazań. Z Tabghi bardzo blisko do Kafarnaum, miasta w którym część swego życia spędził Jezus mieszkając w domu Św. Piotra i nauczając w synagodze. Oglądamy pozostałości budowli z I w n.e. uważanej za ów dom Św. Piotra. Obecnie wznosi się nad tym znaleziskiem nowoczesny kościół nie przysłania on jednak ruin domu Św. Piotra. Bardzo blisko znajduje się okazała synagoga z IV w., z białego kamienia, ale posadowiona jest na widocznych fundamentach z czarnego bazaltu z początku naszej ery, w której Jezus nauczał. Po tym religijnym poranku (a jest niedziela) udajemy się nad brzeg Jeziora Genezaret by odbyć rejs łodzią piotrową. Po wejściu na pokład załoga wciąga na maszt polską flagę przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego. Rejs pozwala odpocząć od upału, jest fajny wiaterek, słuchamy muzyki, tańczymy i po nawrocie zmierzamy do brzegu. Zasiadamy do obiadku w stylu arabskim, bo taka kuchnia dominuje w tym rejonie Izraela, dodatkowo zamawiamy grillowaną rybę Św. Piotra, smaczną i o bardzo delikatnym mięsie. Mamy dwie godziny na kąpiel w jeziorze i poobiednią sjestę i jedziemy na domniemane miejsce chrztu Jezusa nad Jordanem w miejscu zwanym Yardenit. Następnie wzdłuż widocznej z lewej strony (o 50-100m) granicy z Jordanią, docieramy do Bet Shean, miasta z I w n.e. - jednego z najpiękniejszych hellenistycznych miast Palestyny. Najlepiej w Izraelu zachowany teatr na 8000 widzów,publiczna toaleta, bazylika, miejskie łażnie, główna ulica - Cardo - z zachowaną kolumnadą - takie małe Forum Romanum. Opuszczamy Galileę i zmierzamy na nocleg w rejonie Morza Martwego, nocujemy w kibucu w eleganckich domkach a wkoło doskonale utrzymana zieleń i kwiat a dookoła nas pustynia ... dobranoc ostatni dzień na izraelskiej ziemi, ziemi obiecanej - kiedyś sobie z żoną obiecaliśmy że tu przyjedziemy i się spełniło, ale co dobre szybko się kończy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyteozClEI/AAAAAAAAADI/Uq2YPfb7dHc/s1600-h/ziemia+421.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119657618272588866" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyteozClEI/AAAAAAAAADI/Uq2YPfb7dHc/s200/ziemia+421.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;09.07.&lt;/strong&gt; - o godzinie 8 wyruszamy z kibucu w kierunku Masadę, tarasowo zbudowaną przez Heroda wspaniałą twierdzę. Jest to miejsce, w którym odebrało sobie życie 960 osaczonych przez rzymskie wojska żydów, aby nie dostać się do niewoli. Ciekawostką jest to że około 430 metrowej wysokości skała stojąca w 410 metrowej depresji Morza Martwego, faktycznie ma wymiar około 20 metrów nad poziom morza. Zachowały się pozostałości wielu budowli wchodzących w skład tego obronnego kompleksu - pałac północny, pałac zachodni, łaźnie, kościół&lt;br /&gt;bizantyjski, synagoga, magazyny i wiele innych na górę prowadzi ścieżka, którą w godzinę spokojnego marszu można dostać się do twierdzy, ale my wybieramy kolejkę&lt;br /&gt;linową i po chwili jesteśmy w twierdzy, widoki są wspaniałe w kierunku Morza Martwego, choć na dobre zdjęcia trochę za mocne słońce, ale widzimy stąd następny cel naszej podróży - plaże Morza Martwego, jedziemy do kompleksu turystycznego En Boqeq odmładzać się błotkiem i kąpielami w wodzie o około 28-32% zasoleniu. Temperatura piasku nie pozwala stanąć stopą na jego powierzchni, a woda jest jak zbyt mocno rozrzedzony kisiel, po kuracji błotkiem pływamy jak kawałki styropianu lub boje rybackie, zmywając z siebie tą czarną maź........i co, wszyscy jakb&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyrVozClBI/AAAAAAAAACw/7oa2zaJzEm0/s1600-h/ziemia+339.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5119655264630510610" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyrVozClBI/AAAAAAAAACw/7oa2zaJzEm0/s200/ziemia+339.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;y młodsi i piękniejsi - to działa !!!! I niestety na tym kończy się objazdowa część naszej imprezy, na granicy żegnamy izraelską przewodniczkę Esterę - wielkie brawa, jest świetna w tym fachu, przejście graniczne to około 1 godz. i już siedzimy w czekającym na nas egipskim autokarze, przed nami 230 km do Sharm El Sheikh. Około godz. 20 jesteśmy w wybranym przez nas hotelu Sharm Cliff Resort na tygodniowy pobyt, a że ja na pobycie nie odpoczywam więc planuję wypad nocny na Górę Mojżesza i do klasztoru - ale o tym jeszcze napiszę oczywiście że do Klasztoru św. Katarzyny - alem rozkojarzony hotel Sharm Cliff jest w trakcie rozbudowy, czynny jest główny budynek i jeden basen różnych głębokości, następny już gotowy budynek nie jest jeszcze oddany (około 100 pokoików), nowy basen jest już napełniony ale jeszcze nie był udostępniony. Hotel jest świetnie położony na klifie nad zatoką i rozrywko-handlową dzielnicą - Nama Bay. Mieszkamy w ładnym pokoju z nieładnym widokiem na sąsiedni budujący się hotel, obsługa jest dobra, stołówka ładna i z pięknym widokiem z okien, jedzenie monotonne i mało owoców, w telewizji mamy polska telewizję, brak internet caffe. Zagląda do nas zgodnie z rozpiską bardzo sympatyczny rezydent - Amir. Podczas jednej z jego wizyt wykupuję fakultet na nocne wejście na Górę Mojżesza i zwiedzanie Klasztoru św. Katarzyny - dla aktywnych jest to ciekawa wyprawa - wyruszamy z hotelu o 22, zbieramy suchy prowiant na śniadanie i jeszcze osoby z innych hoteli i około 23.30 wyruszamy z Sharm pod Górę Mojżesza. Z miejsca zwanego Cafeteria, pod przewodnictwem młodego Beduina wyruszamy z latarkami w dłoniach na około 7 kilometrową wspinaczkę. Droga jest piaszczysto - kamienista, a końcowy odcinek to tylko stopnie skalne. Nie przypuszczałem, że panuje tutaj taki ruch jak przy stacji metra w godzinach szczytu. Pierwszy etap wspinaczki tak zwaną drogą wielbłądów byłby bardziej przyjemny gdyby nie owe zwierzęta a właściwie, gdyby nie to co na całej trasie pozostawiają po sobie. Co krok z ciemności wyłania się sylwetka maszerującego lub siedzącego wielbłąda i postać jego właściciela z propozycją - .... camel, camel, bo właśnie tym środkiem transportu można się dostać na górę za stosowną opłatą. I jest to swoisty koloryt tego miejsca. Spoglądam w niebo i pełen zachwyt, nie widziałem nigdzie takiej ilości gwiazd, trzeba patrzeć pod nogi, ale niebo przyciąga znacznie bardziej. Wejście zajmuje około 3,5 godz. na górze już brzask ale słoneczka jeszcze nie widać, trzeba wyszukać dobre miejsce na oczekiwanie i na fotki, a wierzchołek jest gęsto usiany turystami. I.........jest, pojawia się mały czerwony dysk, filmuję, pstrykam i po 10 minutach jest już normalnie. Cały ten tłum przystępuje do schodzenia .........wężykiem, wężykiem a wielu wielbłądem, wielbłądem - na sam dół, a przed nami mury Klasztoru św. Katarzyny - po około 2,5 godz. jesteśmy znów w cafeterii - jest 8,15 jemy nasze śniadanka i o 9 otwierają klasztor. Zewnętrznie jest to okazała budowla, 15 metrowej wysokości mury budzą respekt, jednak wewnątrz mnisi niewielką część udostępniają do zwiedzania. Sam Klasztor św. Katarzyny to najstarszy na świecie czynny klasztor chrześcijański, budowla należąca do prawosławnych Greków. Jego początki sięgają 337 r. n.e., kiedy bizantyjska Cesarzowa Helena kazała wznieść kaplicę wokół domniemanego krzewu gorejącego, już wcześniej przyciągającego pustelników i pielgrzymów. Inny element wokół którego miał powstać klasztor to Studnia Mojżesza, a właściwie źródło wody, które ona skrywa - jedno z nielicznych w okolicy. Przy tej studni Mojżesz miał spotkać dwie kobiety, jedną z nich była jego przyszła żona - Sephora. Wchodzimy do Bazyliki Justyniańskiej z VI w, podziwiamy piękny złocony ikonostas, wychodzimy na wąski dziedziniec w kierunku gorejącego krzewu, rzut oka na wieżę bazyliki i jesteśmy przy Studni Mojżesza. Opuszczamy teren klasztoru przechodząc obok ogrodu pielęgnowanego przez mnichów w tych trudnych warunkach pogodowych i udajemy się do autokaru - jest godz. 11, o 13.30 jestem w hotelu, trochę zmęczony ale zadowolony o 4 rano wylot do Wrocławia, świetna impreza!!! &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Aleksandra i Ireneusz&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-690123272437324052?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/690123272437324052/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=690123272437324052' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/690123272437324052'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/690123272437324052'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2007/10/izrael-egipt-z-rainbow-tours-rewelacja.html' title='Izrael+ Egipt z Rainbow Tours!!! Rewelacja!!!'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwyqhIzCk-I/AAAAAAAAACY/2YrXdFxJX80/s72-c/ziemia+163.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-6493594510857143731</id><published>2007-10-05T05:57:00.000-07:00</published><updated>2007-10-18T02:48:53.124-07:00</updated><title type='text'>„Nilu, Nilu – Ty nam życie dajesz”</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1OYzCk7I/AAAAAAAAACA/2eanRGJeN7I/s1600-h/egipt+2007+153.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5117836547844117426" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left; width: 170px; height: 120px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1OYzCk7I/AAAAAAAAACA/2eanRGJeN7I/s200/egipt+2007+153.jpg" border="0" height="97" width="170" /&gt;&lt;/a&gt;W dniach 27 lipca do 11 sierpnia w 2007 r. byłam wspólnie z siostrą na wycieczce z Rainbow Tours zamieszczonej w katalogu pod nazwą „Wzdłuż Nilu”. Nil jest główną rzeką Egiptu, przepływa przez całe państwo z południa aż po północ, gdzie znajduje swoje ujście w Morzu Śródziemnym. Wzdłuż niego toczy się życie i przy jego brzegach umieszczone są największe aglomeracje Egiptu, a także pomniejsze miasteczka i niewielkie wioski. Nil określa się jako życiodajną rzekę, gdyż tylko w pobliżu jego brzegów toczy się życie, ponieważ miejsca do których nie dotarł pochłonęła bezkresna i bezwzględna pustynia.&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1IYzCk6I/AAAAAAAAAB4/FqibwuPB0yM/s1600-h/egipt+2007+135.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5117836444764902306" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right; width: 159px; height: 115px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1IYzCk6I/AAAAAAAAAB4/FqibwuPB0yM/s200/egipt+2007+135.jpg" border="0" height="136" width="180" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwiedzając Egipt Nil towarzyszy turystom w całej ich podróży. Najciekawsze fragmenty meandrującej rzeki można spotkać zwłaszcza na południu Egiptu. Na płyciznach toczy się życie ludzi - Nubijczyków, którzy całkowicie uzależnieni są od rzeki. Z pokładu statków turystycznych ukazują się niespotykanie zadziwiające łąki – pastwiska na środku rzeki, na których pasie się bydło. Wszędzie widać uśmiechnięte dzieci, machające z brzegu, stojące koło swoich domów, ulepionych z cegły mułowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY0_YzCk5I/AAAAAAAAABw/HxytvYE2MQ4/s1600-h/egipt+2007+095.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5117836290146079634" style="margin: 0px 10px 10px 0px; float: left;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY0_YzCk5I/AAAAAAAAABw/HxytvYE2MQ4/s200/egipt+2007+095.jpg" border="0" height="123" width="170" /&gt;&lt;/a&gt;Poza tym jest to miejsce również chętnie odwiedzane przez pisarzy, między innymi, była tu znana wszystkim autorka powieści kryminalnych Agata Christie, która jedną ze swoich powieści „Śmierć na Nilu” umiejscowiła w tej scenerii. Bywa czasami, że przewodnicy mylą się i pod wpływem zmęczenia zachęcają turystów do czytania książki pod zmienionym tytułem „Seks na Nilu”. Może dlatego też z tego powodu często tę imprezę wybierają pary na podróż poślubną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zachęcam wszystkich do płynięcia w Asuanie feluką, gdyż jest to niezapomniane przeżycie, zwłaszcza, gdy podpływają do burty łodzi, swoimi maleńkimi łódeczkami mali Nubijczycy i śpiewają zachodnie przeboje, typu „Makaryna”.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1S4zCk8I/AAAAAAAAACI/0-3zq-7EOSQ/s1600-h/egipt+2007+240.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5117836625153528770" style="margin: 0px 0px 10px 10px; float: right; width: 157px; height: 122px;" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1S4zCk8I/AAAAAAAAACI/0-3zq-7EOSQ/s200/egipt+2007+240.jpg" border="0" height="132" width="174" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Poza przepiękną przyrodą nad Nilem, jest tu okazja do zapoznania się z dawną kulturą i wierzeniami Egipcjan, w czasach faraonów, gdy wylewy rzeki decydowały o bogactwie i przetrwaniu zwykłych ludzi. Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie byli w tej części Afryki do odwiedzenia tych stron i zapoznania się z życiem dawnego i współczesnego Egiptu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Iza i Ewa z Wąbrzeźna koło Torunia&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-6493594510857143731?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/6493594510857143731/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=6493594510857143731' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6493594510857143731'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/6493594510857143731'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2007/10/nilu-nilu-ty-nam-ycie-dajesz.html' title='„Nilu, Nilu – Ty nam życie dajesz”'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZLhrp3Ccgog/RwY1OYzCk7I/AAAAAAAAACA/2eanRGJeN7I/s72-c/egipt+2007+153.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2017818177480957553.post-4150225874779700612</id><published>2007-10-04T07:46:00.000-07:00</published><updated>2010-02-16T02:18:48.862-08:00</updated><title type='text'>Klub Podróżnika Rainbow Tours</title><content type='html'>&lt;div style="COLOR: rgb(51,51,51)" align="justify"&gt;&lt;span style="COLOR: rgb(51,51,51)"&gt;Dla wszystkich, którzy marzą o zwiedzaniu świata Rainbow Tours przygotował specjalną ofertę, jaką jest zostanie członkiem Klubu Podróżnika Rainbow Tours. Jest to ekskluzywny klub stworzony z myślą o prawdziwych miłośnikach podróżowania. Członkowstwo w nim czyni z każdego obywatela całego świata i pozwala na odkrywanie tajemnic najodleglejszych zakątków na Ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szanowni Podróżnicy - wytrawni, odważnie zdobywcy szczytów skalistych gór, odkrywcy piaszczystych stepów, amatorzy egzotycznych wrażeń, badacze dzikiej puszczy i obserwatorzy dalekich kultur. Wszyscy jesteśmy amatorami przygody, aktywnego wypoczynku, dobrej zabawy i przede wszystkim poznawania świata. Łączy nas nie tylko pociąg do przygody, ale także chęć zobaczenia, usłyszenia, powąchania, dotykania i smakowania tego co niezwykłe, nowe i dalekie. Wykorzystując wszystkie pięć zmysłów, odkrywamy szósty - zmysł podróżowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Każdy może zostać członkiem Klubu Podróżnika. To nic nie kosztuje!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Wyślij na adres &lt;/span&gt;&lt;a href="mailto:klubpodroznika@rainbowtours.pl"&gt;&lt;span style="COLOR: rgb(51,51,51)"&gt;klubpodroznika@rainbowtours.pl&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="COLOR: rgb(204,204,204)"&gt;&lt;span style="COLOR: rgb(51,51,51)"&gt; własny reportaż lub recenzję z wakacji z Rainbow Tours! Tekst (min 1 strona A4) i dodatkowo 4 zdjęcia w formacie JPG (min 1 Mb). My zamieścimy Twój tekst na stronie klubowej wraz ze zdjęciami!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="COLOR: rgb(51,51,51)"&gt;3. Nie byłeś jeszcze na wakacjach z Rainbow Tours? Możesz napisać swój własny program wycieczki - najciekawsze dodamy do katalogu!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: left"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2017818177480957553-4150225874779700612?l=rainbow-tours.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/feeds/4150225874779700612/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2017818177480957553&amp;postID=4150225874779700612' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4150225874779700612'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2017818177480957553/posts/default/4150225874779700612'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://rainbow-tours.blogspot.com/2007/10/klub-podrnika-rainbow-tours_04.html' title='Klub Podróżnika Rainbow Tours'/><author><name>Administrator Systemu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17047077342866150899</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry></feed>
